„Rzeź” czyli co to właściwie jest „cobbler”…

Czymkolwiek jest cobbler na ekranie nie wyglądał zbyt zachęcająco. Taki jakiś ciapciowaty i rozpadający się twór i do tego jeszcze z lodówki. Jednak do dziś nie mogę się opędzić od jego widoku, od dźwięku łyżeczki uderzającej o talerz, od irytująco-pociągającego mlaskania Christophera Waltza (Alana). Przedziwnie wyglądał cobbler na dnie szklanego, banalnego naczynia do zapiekania. I to nieeleganckie nakładanie łyżką. Kto to widział nakładać ciasto łyżką? No chyba, że cobbler. Ale co to jest u licha „cobbler”?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Udała się Polańskiemu „Rzeź” ponad wszelką wątpliwość. Świetny tekst, który oczywiście można było zepsuć, pierwszorzędne kreacje aktorskie (i dość odważny casting), proste środki wyrazu, nic w tym wypadku wcale nie musiało być takie oczywiste. Dokonano najlepszych z możliwych wyborów i bardzo się z tego cieszę. A wydawało się, że to nie może się udać. Większość reżyserów łapiących się za sztuki teatralne robi wszystko aby wyrwać bohaterów z klaustrofobicznych przestrzeni. Polański odwrotnie, umieszcza ich w drobnomieszczańskim, dusznym od emocji wnętrzu i cieszy się ich niezręcznością i kolejnymi eksplozjami ubitych przez lata frustracji. Nie pozwala im się wydostać choć drzwi przez cały czas są otwarte. Drzwi tak. Jacy my jesteśmy śmieszni, uwięzieni przez konwenans i przykryci przez, nie zawsze dobrze dopasowane, maski. A spróbujmy je ściągnąć. Zaraz ktoś podrzuci nam następną i nawet nie zauważymy kiedy. Niezwykłe jest obserwować siebie w bohaterach, którzy właściwie wcale nie budzą sympatii. Choć tak bardzo się starają.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

No i ten cobbler. Wróćmy do niego bo o niego przecież tu chodzi. W dobrym filmie czuje się zapach i smak jedzenie. Podobnie jest w „Rzezi”. Ja miałam ochotę nałożyć sobie cobbler mimo, że ta, „do której nie wiadomo jakim językiem mówić”, potraktowała go w tak okrutny i nieodpowiedzialny sposób. Cobbler w lodówce?!!  Niewybaczalne. Cobbler nie może być podawany prosto z lodówki. I choć, jak każde danie, miewa swoje sekrety, ten fakt akurat tajemnicą nie jest. Nazywany w polskiej wersji „szarlotką” zaintrygował mnie niemiłosiernie. Musiałyśmy nieco pogłębić temat. I co się okazuje: COBBLER to coś pomiędzy szarlotką a tartą tatin. Mało znany w Polsce, choć podobne na pewno się znajdą, w USA i wielkiej Brytanii jest dość popularny i oczywiście posiada milion wersji. Najważniejsze jest to, że w odróżnieniu od „pie” ciasto znajduje się tylko na górze. Jest to rodzaj biszkoptowego pokrycia, choć pozornie z biszkoptem niewiele ma wspólnego. Na spodzie bywają różne rzeczy. Najczęściej jabłka, gruszki, brzoskwinie itp. Generalnie, choć nie wyłącznie, są to owoce. My, słuchając rady Penelope, zrobiłyśmy cobbler z jabłkami i gruszkami i … (uwaga nasz sekret) piernikową przyprawą! U Penelopy, były to zdaje się okruszki piernikowe (Gingerbread crumbs).

Nie ma to jak prawdziwa uczta filmowa. Nieugięcie poszukując wspaniałych obrazów natykam się na takie od czasu do czasu. Polański wytrwale zaspokaja mój apetyt. Tak było w przypadku „Dziecka Rosemary”, „Lokatora”, „Noża w wodzie”, „Nieustraszonych pogromców wampirów” i  oczywiście „Rzezi”, która od niedawna należy do jednego z moich ulubionych filmów. Nasz COBBLER udał się tak jak film Polańskiemu. Może nie jest aż tak zabawny ale też potrafi zaspokoić pewne potrzeby. Idę po łyżkę, nakładam cobbler i chyba się z kimś pokłócę…

„Rzeź” (Carnage), Roman Polański (2011)

Zapraszamy do korzystania z przepisu kryjącego się pod linkiem.

 

Zapach słońca Andaluzji

Czy czegoś zazdroszczę Hiszpanom? A i owszem. Zazdroszczę im wiernego słońca, karnacji, zazdroszczę im ładnych nadmorskich miasteczek, dopieszczonych i objętych stylistyczną kuratelą, zazdroszczę im dystansu i umiejętności chwytania chwil pięknych z perspektywy kosmicznej nieistotnych (a może właśnie niezwykle istotnych) i oczywiście, całym mym zepsutym od zazdrości sercem zazdroszczę im jedzenia. Tego pewnie najmocniej. Pachnących słońcem pomarańczy, owoców morza (pachnących morzem), wspaniałych serów (pachnących różnie) i wielu wielu innych rzeczy (pachnących mniej lub bardziej ale zawsze).

Nieoczekiwana podróż do Andaluzji przyniosła tyle radości, uroczych skandali i przemiłych afer, że do tej pory nie mogę się otrząsnąć. Nie sądziłam, że luty mnie zaskoczy, i że może być tak ciepłym i kojącym miesiącem. Cudowni ludzie, dobre jedzenie i śmiech, który jest dobry na wszystko, działają cuda. Zwłaszcza w atmosferze wszechogarniającej siesty. Przeciętny Hiszpan wie dlaczego Pan Bóg dał mu kubki smakowe. Trenuje je co dzień zachwycając się smakiem i aromatem prostej ale niezwykle apetycznej kuchni. Umie odróżniać sery, zna się na winach i byle czego do ust nie weźmie. Stereotyp? Nie sądzę. Kultura jedzenia i jedzeniem się cieszenia to wynik kilkusetletniej tradycji hołdowania optymizmowi i chwytania radośnie każdego najmniejszego szczegółu życia. Wiele się od Hiszpanów można nauczyć.

Na przykład robić PAELLĘ I nieważne, że paella paelli nierówna a krewetki nierówne krewtkom. Wiemy, że nie uda się przenieść smaków w  skali 1 do 1 ale słowo „inspiracja” daje nadzieję na satysfakcję, mimo wszystko. Inspirujmy się, cytujmy, parafrazujmy. Nie należy się bać. Jedną z większych zalet życia w globalnej wiosce jest to, że możemy sobie pozwolić na kulinarne szaleństwa i spróbować prawie wszystkiego. Nawet paelli w Warszawie. Bo paellę w Hiszpanii jedliśmy pyszną i niejedną. Kilka nieodżałowanych, doskonałych nie doczekało się na nasze apetyty. Co się z nimi stało, nie wiadomo (taka wycieczka sentymentalna). Nasza PAELLA Z OWOCAMI MORZA daje radę i polecamy Wam ją gorąco. Świetny to pomysł na obiad. Nawet gdy za oknem słońca andazulyjskiego brak a i polskie gdzieś przepadło. Chyba na dłużej.

Gdy tak uparcie nie potrafimy rozstać się z Hiszpanią wciąż szukamy jej na talerzu. Robimy przegląd restauracji hiszpańskich w naszym mieście, oglądamy zdjęcia w książkach kucharskich i przeglądamy karty własnej pamięci. Próbujemy zrobić INSALATA MISTA dokładnie taką jaką jedliśmy w Kalifato. Szukamy Hiszpanii w potrawach, które zazwyczaj jadamy. Na wiele sposobów próbujemy przywołać spragnione smaki i ukoić wytęsknione zmysły. Bo wyobraźcie sobie, moi mili, kubki smakowe potrafią tęsknić. Aby ugasić melancholię możemy z dobrze znanej SAŁATKI MAKARONOWEJ uczynić sałatkę nieco bardziej śródziemnomorską. Troszkę tuńczyka, cebuli, oliwy, cytryny… A może nawet kilka oliwek do dekoracji. I mamy skrawek hiszpańskiego nieba, w gębie. Albo z jak zrobić Andaluzyjskie CAPRESE i przypomieć sobie zapach słońca. Smażony bakłażan i słoneczny pomidor ułożony zgrabnie na rozłożystym talerzu w towarzystwie, jakże oczywistej i niezbędnej, oliwy z oliwek. (A raczej OLIWY Z OLIWEK bo warto się rozejrzeć za towarem najlepszej jakości). Czy CAPRESE Z BAKŁAŻANÓW I POMIDORÓW to profanacja. Nie sądzę. A tym wszystkim, którzy nie wierzą, że słońce ma zapach polecam spróbowanie Malaga Virgen. Wino to, specjalność Malagi (szczególnie polecamy w El Pimpi, tamże), przygotowuje się z rodzynek, które suszyły się na drzewie i, jak mówią Hiszpanie, mają w sobie słońce z całego roku. Malaga Virgen naprawdę pachnie słońcem.

No i oczywiście tapas. Nie może zabraknąć wspomnień o tapas. Podobno wymyślone zostały aby móc zatykać kieliszki i chronić wino przed muchami. (A mówi się, że much są do niczego). Najpierw była to głównie sucha kiełbasa, potem kanapeczki z kiełbasą, następnie inne kanapeczki a teraz lista drobnych przekąsek, zwanych właśnie tapas, właściwie nie ma końca. Doskonałe sery, cienko pokrojony fuet, pieczywo smarowane oliwą, wspaniałe, nieznane u nas, odmiany papryki, przeróżne pasty… Znów tęsknię każdym zmysłem.  Z tej tęsknoty już kilkakrotnie zrobiłyśmy TAPENADĘ, nieziemską pastę z czarnych oliwek i „nie tylko”. Tapenada, moim zdaniem, najlepiej smakuje z grzankami z ciemnego pieczywa ale oczywiście nie tylko. Smakuje i już!

Kochani, nie zapomnę wielkiej niespodzianki, kilku nowopowstałych słów i urodzinowych przyśpiewek, bólu brzuchu od śmiechu, erotycznych tańców, spektaklu u Maggie, uczty w Kalifato, uczty z latającym omletem, uczty z oknem na cały świat i oczywiście kilku innych uczt. Było super, ale to wiadomo… Smacznego i  KAMASAHI!

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Iza

 

„Jestem miłością” – Przez żołądek do serca

 

To jak niedaleko kuchni do miłości udowodniono już miliony razy. Kuchnia przez wielkie K i Miłość przez wielkie M mieszkają w tym samym mieście. To prawda, że to daleko i trudno tam trafić, ale umówmy się, niektórym się udaje. Ciało jest narzędziem zarówno miłości, jak i kuchni, a zmysły darem, który otrzymaliśmy aby móc delektować się jednym i drugim. I jest jeszcze Film przez wielkie F – kolejny pretekst do przeżywania rozkoszy…

„Jestem miłością” to godny hołd złożony Viscontiemu, prawie arcydzieło, jak ktoś to ładnie i trafnie ujął. (Może kilka niepotrzebnych zdań i gestów, kilka zbędnych emocji, nieco za dużo melodramatu w melodramacie). Film niewątpliwie godzien obejrzenia, a może raczej nasycenia się nim. To wspaniała uczta dla oczu i ducha opowiedziana w pełen wrażliwości i delikatności sposób. Prowadziłam ostatnio ciekawą dyskusję na temat tego czy film jest pochodną malarstwa czy literatury. Skłonna byłam przychylić się do pierwszego twierdzenia, ale „Jestem miłością” uwolniło mnie od potrzeby decydowania. Ten film jest dowodem na to, że można połączyć te dwa warianty w jednym utworze. Ba, jest to doskonały przykład tego jak genialnie kino potrafi jednoczyć różne dziedziny sztuki. Tu spotyka się piękno obrazu, z wielką mocą muzyki i wspaniałą, godną snucia, historią.

Poetyka „Jestem miłością” nie musi przypaść do gustu wszystkim, wiem to, akceptuję, ale nie rozumiem dlaczego tak właśnie być musi. Powolna opowieść, zatapianie się w pozornie zbędnych obrazach, gestach i dźwiękach, niemal namacalna, cieknąca z ekranu tęsknota, wydają się wyzwalać uniwersalne, elementarne emocje i skojarzenia. Budzenie się namiętności podsycanej przez dopieszczone kubki smakowe wywołuje dreszcze zapewne nie tylko u mnie. Scena, w której Emma (brawurowa Tilda Swinton) kosztuje przyrządzone przez Antonia krewetki to jedna z najpiękniejszych scen „falling in love” jaką zrodziło kino. Zjedzenie stworzonego przez genialnego kucharza dania to sygnał dla Emmy, już dłużej nie uda jej się ściskać i skrywać swojej natury i pochodzenia, pod idealnie skrojonym kostiumem. Niezależnie od tego jak ją oceniamy czujemy ulgę gdy stopniowo uwalnia ściśniętą duszę.

„Jestem miłością” to oczywiście nie tylko film o Miłości i Kuchni. To także opowieść o ludziach, a raczej o świecie, który wydaje się mieć mocne, usankcjonowane kulturowo i finansowo podstawy, a okazuje się kruchy i bezbronny wobec praw natury, zwykłych ludzkich odruchów, tęsknoty za przeżyciem i prawdą. Tak, oczywiście jest to tylko jakaś prawda, albo część prawdy, ale z perspektywy, którą obrał reżyser to jedyna prawda pasująca do opowieści. I ja się na tę prawdę załapuję. „Jestem miłością” to także historia o tym jak trudno wieść życie będąc zaprzęgniętym  w cugle banalnie ograniczającej kultury. Czasem trzeba te cugle popuścić. Człowiek potrzebuje powietrza, oddechu, a zmysły łakną ukojenia i bodźców. To akurat jest prawda bezsprzeczna, wywołująca poczucie słabości wobec odwiecznej konfliktu tkwiącego pomiędzy tym kim jesteśmy, a tym kogo udajemy. Lub tego, kim po prostu chcielibyśmy być.

Wróćmy jednak do kuchni. Oczywiście tej przez wielki K. Czyż nie jest ona cudownym sposobem na pofolgowanie cielesnej stronie naszej natury? Czy nie daje szansy ukojenia starganym wiecznym ograniczeniem zmysłom? Antonio (porywająco powściągliwy Edoardo Gabbriellini) jest artystą największej klasy, duchowym arystokratą rozkochanym w tworzeniu, nieco nie przystającym do świata, w którym żyje. Gotowanie to jego miłość i powołanie. Dba o swoje dania na każdym etapie, sam hoduje produkty w zakątku, który najprawdopodobniej jest przedsionkiem raju. W  milczeniu i kontemplacji dopieszcza proces wzrostu warzyw, jest z nimi od ziarenka do „talerza”. Antonio jest ascetycznym kapłanem, który nabożnie rozkwita podczas kuchennych obrządków. Nie sposób go nie podziwiać i nie kochać.

My też zabawmy się w artystów. Pozwólmy szaleć pięknu na naszych talerzach. Dajmy się ponieść pragnieniom zaskakujących połączeń smakowych. Nasze ciała łakną takich zmysłowych niespodzianek i jak się okazuje możemy co dzień te pragnienia spełniać. Tylko ostrożnie, pobudzone kubki smakowe otwierają nas na potrzebę nowych przeżyć. Ich właśnie, z całego apetytu, Wam życzymy. Smacznego, pięknego życia…

„Jestem miłością” (Il sono l’amore), Luca Guadagnino (2009)

 

Sophie Dahl i niedzielny obiad

Apetyt na Pannę Dahl pojawił się jakiś czas temu i wzrastał z coraz większą mocą. Piękna Pani na kolorowej okładce obiecująco kusi na półkach w księgarniach. Kolory ponętne, uśmiech ujmujący, lśniąca obwoluta. Nic tylko sięgać po książkę i przeglądać. Estetyczna strona książki to jej niewątpliwa zaleta. Ale nie jedyna. Zaskakująco dobrze czyta się Sohie Dahl. I nie mówię tu o dokładnym studiowaniu przepisów. Są na tyle przejrzyste, że nie trzeba ich zgłębiać. Mój zachwyt nad stylem „Apetycznej Panny Dahl” dotyczy literackich fragmentów jej książki. W kilku autobiograficznych odsłonach poznajemy ją nie tylko jako doskonałą pisarkę ale również kobietę z krwi i kości zmagającą się z pokusami i problemami z wagą. Wszystko ujęte jest w dowcipnej formie zakropionej dystansem, słodkimi wspomnieniami i przede wszystkim wielką miłością do jedzenia i gotowania.

Penetrowanie nowych terenów kulinarnych to doskonały pomysł na niedzielne, leniwe przedpołudnie. Gorąco Was namawiamy do robienia sobie takich leniwych niedziel. Nie wiem jak tam wasze tempo życia ale większość z naszych przyjaciół nie umie wyhamować. Niedziela to taki hamulec tygodniowy. Podczas gdy soboty lubimy szalone i towarzyskie niedziele pozostawiamy senne i niespieszne. Tak jak ostatnią z niezwykle udanym obiad z Sophie Dahl.

Jak zwykle rozpoczęłyśmy od poszukiwania najlepszych na tę okazję i porę roku przepisów. Zważywszy na zaproszonych gości postanowiłyśmy, że obiad będzie mięsny z licznymi przystawkami, które usatysfakcjonują „niemięsnych”. I tak padło na  DUSZONEGO KURCZAKA Z OLIWKAMI. Ten wdzięczny jednogarnkowiec zapowiadał się smakowicie i uniwersalnie. Największym problemem jest przekraczanie granic pokoleniowych. Rzadko bywa, że to co smakuje dorosłym powala również dzieci. W tym wypadku na szczęście się udało. Tym bardziej, że do kurczaka podałyśmy niezwykłe RISOTTO Z KASZY GRYCZANEJ Z LEŚNYMI GRZYBAMI. Okazało się być potrawą mocno uniwersalną. Sprawdziło się nie tylko jako dodatek ale również jako danie samo w sobie. Nasi wege-przyjaciele byli usatysfakcjonowani (wiem to z autopsji).

Mimo, że samemu kurczakowi w głębokim garnku towarzyszyły liczne jarzynowe dodatki postanowiłyśmy zrobić jeszcze zimowe, warzywne danie, które zastąpi tradycyjną surówkę (nie polecamy surówek w dżdżyste, chłodne dni). Sophie zaproponowała nam GRILLOWANE WARZYWA Z SEREM HALLOUMI . Ser halloumi pozwala się cudownie grillować i pięknie prezentuje się z warzywami. Smakuje równie dobrze. Dzięki miło skomponowanemu posiłkowi i równie miłemu towarzystwu obiad upłynął w niezapomnianej atmosferze. Tym bardziej, że nie obyło się bez deseru. Leniwe niedziele nie mogą obyć się bez deseru. Deser Sophie uczynił naszą niedzielę wyjątkową. OWOCE POD KRUSZONKĄ to w wielu krajach klasyka, u nas nieco mniej poplurana. Takie ciasto-nieciasto, które satysfakcjonuje to fajny pomysł dla tych, którzy nie chcą przesadzić z węglowodanami i nie poczuć się przesadnie ciężko. Oprócz tego, mimo swojej prostoty  oferuje zaskakująco wyrafinowany smak.

Okazuje się, że rzeczywiście apetyt rośnie w miarę jedzenia. Spodobało nam się spotkanie z Sophie, jej lekkie, nonszalanckie podejście do kuchni i pełne rozsądku i radości podejście do diety. Sophie słowo dieta rozumie podobnie jak my. Naszym zdaniem jest to racjonalny, stworzony w trosce o zdrowie i dobre samopoczucie sposób odżywiania. Dieta to przemyślany sposób życia i nie musi być związana z odchudzaniem Odchudzanie to jedno z tych słów, którego mamy naprawdę serdecznie dosyć. Jedzmy zdrowo i radośnie tym większa szansa, że nie będziemy musieli się „odchudzać”. Apetycznej Panny Dahl…

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Iza

Orientalnie wkręcone

Wciągnęło nas zupełnie. Po cudownym pichceniu pod wodzą Dominiki nie możemy się opędzić od około-libańskich smaków. Musiałyśmy wreszcie zrealizować pragnienie, ulżyć steranym tęsknotą zmysłom i zrobić coś co wznieci wspomnień czar. W tym to, i właściwie jedynie w tym celu, spotkałyśmy się na łonie mojej kuchni pełnej sprzętów wszelakich i ochoczych rąk do pracy. Czterech rąk.

Niezwykle przyjemnie jest spełniać kulinarne marzenia. I chyba każdy zna stan, w którym wyraźnie czujemy na co mamy ochotę (tym razem mówię o jedzeniu) i co nas usatysfakcjonuje (nadal o jedzeniu). Satysfakcja będzie tym większa, im dłużej dany smak, lub zestaw smaków za nami chodzi. Za nami ochota na TABULEH, libańską sałatkę z natki pietruszki, chodziła dość długo. Właściwie od czasu LIBAN PARTY. Cudownie ten regionalny przysmak przyrządzają w libańskiej restauracji „Le Cedre”, o której już wspominałyśmy, i właśnie ta receptura, bez często dodawanego, kuskus kroczyła za nami depcząc po piętach. Nasze ciała rwały się do orientalnych uniesień.

Wychodząc od wyśnionej sałatki skomponowałyśmy całe menu na nasz powtórkowy, kameralny i orientalny wieczór. Nie było to trudne. No bo cóż może pasować lepiej do TABULEH niż FALAFEL. Te kuszące, nie tylko wegetarian, kotleciki, będące cudowną alternatywą dla mięsnych posiłków nie tylko ze względu na smak, ale również skład potrawy są jednym z moich przysmaków od lat. Bo taką porcją białka jaką oferuje FALAFEL nie powinien wzgardzić nikt. Wiele osób nie wierzy w cieciorkę i odrzuca jej matowy, dość charakterystyczny smak. Jednak przy odpowiedniej ilości cytrynki, jogurtu i kolendry ciecierzyca zamienia się w złoto. Dosłownie! Smażone na złoty kolor kotleciki to doskonały sposób nie tylko na jesienny obiad.

Troszkę zaryzykowałyśmy dodając do naszego zestawu hinduską KOFTĘ ale kto nie ryzykuje ten nie je. ALOO KOFTA to też kotleciki, i też wegetariańskie, więc niezwykle uniwersalne, bo jak się powie mięsożernemu, że je kotleciki to powinien się ucieszyć. A to, że są z warzyw można ukryć lub zachować jako niespodziankę na sam koniec. KOFTA pachniała przecudownie już w trakcie przygotowań. Cały czas powtarzałam Lidce, że to zapach mojego życia, i że zapewne umrę jeśli zaraz tego nie zjem. Nie umarłam, oczyściłam spokojnie ryż basmati i dla ukojenia nerwów wstawiłam go na gaz. Gdy chłopcy wrócili do domu stół pełen był „kotletów”, sosów i spełnionych życzeń. Na szczęście nasze życzenia przypadły do gustu, jakże oczywistym gościom. Dzieci jadły wegetariańskie dania ze smakiem. Kolejne zwycięstwo!

Spełnianie marzeń to niemal obowiązek a na pewno dobry sposób na zadbanie o siebie. Chcemy zachęcić Was do wsłuchiwania się w swoje kulinarne pragnienia, do powrotu do pierwotnych instynktów, kiedy to wewnętrzne potrzeby, nawet te czysto fizyczne, były równie wyraźnie słyszalne jak śpiew ptaków. Ulegając pokusom zewnętrznym, kulturowym pozwólmy czasem aby poniósł nas zew natury, naszej natury. I nie chodzi tu o uleganie przyzwyczajaniom, czy nałogom kulinarnym, które większość z nas posiada ale rozmowę z własnym organizmem. Zapytajmy siebie, czego potrzebuję. Czy może jet to TABULEHFALAFEL. Jeśli tak, to tym bardziej smacznego!

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Iza

 

Pocałunek wilka

Irving bywa piekielnie irytujący. Traktując swoich bohaterów z nabożnym dystansem zaprasza do świata, w który sam do końca się nie angażuje. Życie postaci toczy się poza wszystkim i niezależnie od wszystkiego. Często niezależnie również od ich własnych decyzji. Problemy rozciągnięte na długiej smyczy czasu przestają być problemami a historia, choćby ta nawet mikro, ta indywidualna, jak najbardziej demokratyczny z demokratów traktuje wszystkich tak samo. I gdy już nam się wydaje, że my również, podobnie jak autor pozostajemy bezpiecznie zdystansowani do świata rysującego się na kartach powieści, obserwując naszą dłoń zauważamy, że drży podczas przewracania kolejnej kartki. Nie wiadomo kiedy i jak to się stało, że pokochaliśmy Dominica, Danny’ego i Ketchuma. Bo choć postaci Irvinga żyją w książce i czujemy, że tylko tam nie mając wrażenia, że są gdzieś obok nas angażujemy się w ten ich papierowy, z wielką precyzją narysowany, świat, głęboko i do bólu. Bólu, który towarzyszy niemal każdej istocie ludzkiej, bólu istnienia.

Aby wytłumaczyć dlaczego historia pisarza Danny’ego Angel’a i jego ojca Dominica Baciagaluppo poryszyła mnie tak bardzo, że zajmuję nią Waszą uwagę musiałabym bardzo mocno się zastanowić. Czy chodzi tylko o to, że Dominic, vel Tonny to pierwszorzędny, oddany swej pasji kucharz? Pewnie o to również, może nawet głównie o to, ale na pewno nie tylko. Dominic to artysta, choć sam zapewne nigdy by siebie tak nie nazwał. Gotuje od dzieciństwa, gotuje niemal ciąglę, gotuje po to aby przeżyć i żyje po to aby gotować. Kocha gotując i kocha gotować. Tak, Dominic jest niewątpliwie artystą.

„… Dopracowana niemal do perfekcji kuchenna choreografia dla osoby postronnej bylaby zapewne nieuchwytna, lecz Danny i indiańska pomywaczka znali ją na pamięć. Wiedzieli, że wszystko przebiega według utartego schematu, łącznie z wyjęciem z pieca gorącej blachy z bułeczkami: podkuchenne zwinnie usunęły się z drogi, co nie przeszkodziło jednej z nich przesypać muffinki z puszki do porcelanowego naczynia. Nikt na nikogo nie wpadał, chociaż wszyscy byli dobrze zbudowani, oprócz Danny’ego i jego taty, którzy wyraźnie odstawali od reszty…”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Co gotuje Dominic Baciagaluppo? To co pragnie lub to co musi. Ale gdy już coś musi ugotować zaczyna tego pragnąć. Jego korzenie to kuchnia włoska, dokładnie sycylijska. Chyba żadna pizza nie może równać się jego wyrobowi. Sekretem ciasta jest, uwaga, miód. Dominic vel Tonny ma wiele sekretów. Co zadziwiające chętnie się nimi dzieli. Wpływy włoskiej kuchni, nie tylko w powieści ale również tu, w doskwierającej realności, odczuwa się w każdym niemal znanym mi kulinarnym kręgu kulturowym. Pełna nonszalancji i fantazji potrafi być zarówno niezwykle ciężka i sycąca jak i zaskakująco lekka. Nie wiem czy to z powodu wdzięku i uwodzicielskiego smaku czy też łatwości przygotowywania potraw zatoczyła tak szerokie kręgi. Ale wiadomo, proste potrawy najłatwiej skonocić. Dominic Baciagalupo nie knoci potraw.

Ilość nazw dań jakie pojawiają się na kartach „… Twisted River” chyba nie jest zaskakująca. Dominic cały czas pitrasi. Nie, on nie pitrasi, on gotuje. Pieczeń z musem jabłkowym, gulasz kiełbasiany w marynacie, Pieczeń z sosem worcester czy pieczeń sycylijska to akurat te, których niegdy nie spróbuję. Ale mimo to brzmią soczyście. Będziemy na pewno próbować innych, już niedługo. Niektóre z nich już chyba robiłyśmy : PIZZA , FOCCACIA,  CHLEBEK BANANOWY, którego niepowstydziłby się Dominic, zwłaszcza, że to przepis pięknej Sophii Dahl (o niej już wkrótce) a on kochał piękne kobiety. Albo MUFFINY KUKURYDZIANE Z BORÓWKAMI, które zrobiłam wczoraj specjalnie  dla Dannego czy BUŁECZKI MAŚLANE z pamiętnego śniadania u Dorotki. Mnóstwo tu potraw z warzyw, ciecierzycy, dyni, kukurydzy, soczewicy. Dlatego myślę, że Dominic pokochałby POMIDORY FASZEROWANE KOZIM SEREM, którymi nie tak dawno uraczyla nas Ania albo MAKARON  Z SOSEM POMIDOROWO-SEROWYM. Wydaje mi się, że polubiłby wiele prezentowanych przez nas przepisów. Mam nadzieję, bo byłybyśmy zaszczycone.

Marinara, kotlety alla parmigiana, oberżyna, dunka piżmowa, cannoli, cassoulet, ostrygi w sosie mignonette czy to wszystko nie brzmi jak poezja? Rozpływam się i nasycam słuchając tych nazw. Albo kawa, którą Ketchum parzy na swój mało romantyczny a jakże pociągający sposób:

„… Ketchum zaparzyl kawę starym flisaczym sposobem. Umieścił w garnku skorupki jaj, wodę i mieloną kawę, a następnie zagotowl wszystko na piecyku. Skorupki przyciągały kawę do siebie i przy nalewaniu większość fusów zostawała na dnie. (…) Ketchum pozostał wierny tradycji. Kawa byla mocna – podawał ją z cukrem, czy się tego chciało, czy nie – mocna, słodka i nieco mulista, „jak po turecku”, skomentowała Carmella.”

Niewiele tu przepisów gotowych. Jednym z nich jest prosty i niezwykle kusząca receptura marynaty, która w oryginale miała służyć do mięsa ale można zastosować ją równie dobrze do warzyw: jogurt, świeżo wyciśnięty sok z cytryny, kminek, kurkuma i chili. Tak raczono gości w „Mao” gdzie odbył swój epizodyczny staż Dominic.

Pożegnanie z powieściach to proces bolesny. Trwa tym dłużej im bardziej jesteśmy zaskoczeni, że zwiazalismy się z bohaterami. Powieściopisarze, którzy podchodzą nas od tylu równie mocno irytują co zachwycają. Dlaczego Daniel Baciagaluppo został pisarzem, czy ucieczka jest wpisana w los Dominica, z jakiego powodu Ketchum nie cierpi swojej prawej ręki. Nasza ciekawość nie ma tu nic do rzeczy. Tak po prostu musiało być. Pewne rzeczy muszą się zdarzyć, żeby opowieść mogła się toczyć dalej. Los postaci Irvinga powoli, osnuty w liczne szczegóły, się dopełnia. Ludzie są u Irvinga jak pociągi zatrzymujące się na kolejnych stacjach, pchane przez siłę nie do końca przez nich samych rozumianą . Bo pociągi nie rozumieją jak to się dzieje, że posuwją się naprzód. Po prostu to robią.

John Irving „Ostatnia noc w Twisted River”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2010

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photos by Kamil/magazynwrazen.pl

Światowy dzień wegetarianizmu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nasi drodzy, dziś światowy dzień wegetarianizmu. Jak zapewne wiecie w naszym duecie istnieje pewien rozłam. Ja mięsa nie jem Lidka i owszem. Mimo to starmy się podchodzić z szacunkiem dla naszych postaw i nie zmuszać do przyjęcia swojego światopoglądu. Lidka i tak wykazuje się dużą otwartością i wyrozumiałością dla mojego wyboru i jak wiecie na naszym portalu prawie nie ma przepisów z mięsem. Mimo to szczycimy się tym, że sporo tu zdrowia i pożywnych dań. Jesteśmy pewne, że jedząc z Razem smaczniej nie zaznacie głodu i braku potrzebnych dla organizmu składników.

Dziś pozwolę sobie jednak na mamówienie Was do refleksji. Pomyślcie czym jest wegetarianizm bez nadawania mu tego specyficznego rysu szaleństwa. Pomyślcie czym jest jedzenie mięsa, niegdyś zupełnie zrozumiałe, i co zrobili z nim ludzie i do jakiej eskalacji okrucieństwa dopuścili. Nigdy nie jadłam zbyt dużo mięsa. Bylo to dla mnie dziwne, niezrozumiałe i nieestetyczne. Tym łatwiej było mi je odrzucić niemal całkowicie. Przebudzeniem i inspirtacją była dla mnie lektura niezwykłej książki „Eating Animals”, do której przeczytania namawiam. Może i dla Was będzie coś znaczyć?

Dziś, w Światowy Dzień Wegetarianizmu zachęcam Was, i chyba nawet zobowiązuje, pomyślcie o tym jak żyjemy i czy rzeczywiście musimy jeść Żywe  istoty. Albo czy chociaż koniecznie tak dużo?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zapraszamy do lektury książki „Jedzenie zwierząt” (Eating Animals), Jonathan Safran Foer

Potęga rytuału

Czym byłaby kultura bez ceremoniałów, rytuałów i społecznych poruszeń? Nie wiem bo nie sposób jej sobie takiej wyobrazić. Pewnie po prostu by jej nie było. Jaki byłby świat bez kultury? Nie wiem bo człowiek bez niej moim zdaniem nie istnieje. Nie należę do typu osób buntujących się przeciw konieczności uczestnictwa w rytuałach, co więcej wierzę, że odprawianie powszednich ceremonii pozwala przetrwać w jakże koniecznej i przejmującej na wskroś codzienności. Kocham świętować, hołdować zwyczajom, odprawiać gremialne czary mad stołem pokrytym magicznymi papkami i eliksirami. W kuchni czuję się jak czarownica a przepisy brzmią dla mnie jak zaklęcia. Tym mocniej przywiązuję się do miejsc, które z magią ceremoniału są za pan brat.

Miejsce, w którym jestem rytuał wpisany ma w swoją istotę. Ma też wieloletnią tradycję, krążące o sobie legendy i plejadę talentów, ludzi nietuzinkowych, które to uroczysko od lat nawiedzają. Moi bliscy przyjeżdżają tu od półwiecza i choć mi jest dane dopiero dziesięciolecie już mogę się pochwalić pięknymi przyjaźniami, które wśród wakacyjnych ceremonii się zrodziły. Na magię tego miejsca składa się wiele elementów. Wiele z nich umyka sprytnie werbalizacji, nie mieści się w rzeczach widomych a jest raczej pozytywną energią, której skutki działania są po prostu na wskroś odczuwalne. Tutaj bez odprawiania czarów nie ma posiłku. Panie podające dania, niczym dobre wróżki, dbają o magiczny klimat w stołówce, w której rodzi się poczucie wspólnoty. Bo posiłek do doskonały moment, żeby poczuć się przynależnym. Dobre wróżki są zawsze odświętnie, schludnie (uwielbiam to słowo, kwintesencja dobrego wychowania) ubrane i mimo, że wszyscy je przed chwilą widzieli w codziennych strojach nie pozwolą aby ktoś dostał dymiący półmisek od osoby nie przybleczonej w biel.

Rytm daje mi poczucie bezpieczeństwa, lubię posiłki o stałej porze, przewidywalny przebieg zdarzeń. Lubię wiedzieć gdzie siedzę i kogo spotkam przy stoliku obok. Uwielbiam śpiew mojego żołądka, który przypomina mi, że nadeszła pora obiadu. Uwielbiam podporządkowywać rytmowi kulinarnemu rytm dnia. Oczywiście nie wiem jak znosiłabym to przez dłuższy czas. W obrębie wakacyjnego wypoczynku sprawia mi to szaleńczą przyjemność. Tu powtarzalność działa kojąco. Tutaj czuć zapach tradycji, a w ustach, na długo zostaje smak sentymentalnej podróży, smak (bóg mi świadkiem, że nie chciałam tego użyć tego sformułowania, ale muszę) smak dzieciństwa. Tutaj panuje ta fascynująca niezmienność, która porusza delikatne struny w mojej pamięci. Łza kręci się w oku. Nie zmienia to jednak faktu, że uwielbiam poszukiwania. Powtarzalność to jedno, a poszukiwanie nowości to drugie. Zwłaszcza, że nic nie stoi na przeszkodzie aby z nowinki zrobić kolejny piękny zwyczaj.

Dziś podano zupę wiśniową z łazankami oraz kurczaka z ryżem i sosem cytrynowym. Ja, niejedząca mięsa, dostaję zazwyczaj jakieś miłe zamienniki. To jajko sadzone, a to ser panierowany. To czarodziejskie miejsce otwiera się na nowe zwyczaje kulinarne mimo przyświecającej tu zasada „jak nie zjesz mięsa dwa razy dziennie, lepiej nie wychodź z domu”. Co dzień na stole witają nas cudowne desery, nie sposób opisać jak są piękne. Jednego dnia przez cały posiłek zerkają na nas idealnie kształtne ptysie, innym razem perfekcyjna w każdym calu szarlotka kusi widoczną kruchością. Wiem, wiem, że to niezdrowo i bez sensu jeść ciągle słodycze. Gdybym codziennie odprawiała takie rytuału mogłabym mieć do siebie pretensje. Ale przecież pobyt tutakj to święto, kawałek polskiej tradycyjnej gościnności najlepszej jakości. Czujemy się tutaj chciani, lubiani i nieustannie zapraszani. Ci, którzy przychodzą tylko na chwilę mogą być zaskoczeni skromnością i bezpretensjonalnością napotkanych okoliczności. Może im brakować pewnych luksusów i nowoczesnych rozwiązań. Dla mnie jest tu wszystko co trzeba: stare, drewniane schody, gong, który kiedyś wzywał do jadalni, spokój, przyjaciele, dobre duchy i magia rytuału.

Pisząc do Was zerkam na skąpany w słońcu i delikatnej mgle Giewont. Wiem, że będę tęsknić za rytualnym, porannym spojrzeniem na jego śpiącą dostojność. Wiem również, że przez kilka dni mój żołądek będzie obwieszczał czternastą miłym pomrukiem. Wracam do swoich domowych ceremoniałów.  Jednym z nich będzie ma pewno tęsknota za pewnym miejscem…

Dziękuję Ilonie za inspirację, za Fanny , za pocztową bibliotekę i telefoniczne recenzje i za to, że daje się poznawać. A wszystko zaczęło się w domu z rytuałem…

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Iza

Kolacja na cześć Marty i Jamie’go Oliver’a

Kolacja Marty, na którą Marta prawie na nią nie dotarła, i Jamie’go Olivera, który niestety wcale nie dotarł odbyła się właśnie dzięki Marcie i Jamie’mu. Marta sugerowała zorganizowanie spotkanie z Jamie’m delikatnie acz na tyle zdecydowanie i bez skrywania emocji, że i my naszych długo nie mogłyśmśy skrywać. Jamie jest świetny. Nie dość, że przystojny, bystry, wesoły, genialnie i chętnie gotuje, to jeszcze edukuje dzieci (nie tylko swoją, liczną gromadkę) w sprawach tak istotnych jak zdrowe odżywianie i ma czas na jeżdżenie po świecie i poznawanie kuchni u tak zwanych źródeł. Jamie nie jest „kulinarnym ściemniaczem” ale raczej „gastronomicznym prawdziwkiem”, który uwodzi pasją i bezpretensjonalnością. I dlatego zrobiłyśmy kolację na jego cześć.

My oddajemy cześć w specyficzny sposób. Szukamy czegoś do ugotowania, sposobu na ugotowanie, czasu i miejsca na gotowanie i jedzenie i ludzi skłonnych z nami ten czas dzielić. Tym razem najpierw wiadomo było kto będzie. Miała być właśnie  nasza inspiratorka Marta (kuzynka Łukasza, przyjaciela z dzieciństwa Izy) z Maćkiem (mężem swoim), Łukasz (przyjaciel z dzieciństwa Izy), Damian (przyjaciel Łukasza), Kamil (brat Izy, pan „złoty aparacik”), Paweł (mąż Izy), Franek i Tymek (reprezentujący „czas niewinności”)  i oczywiście my reprezentujące siebie i RazemSmaczniej. Wiadomo też było „gdzie”. Ustalanie „kiedy” przebiegało w bólach i przy użyciu talentów mediacyjnych. Wreszcie się udało. Przynajmniej tak się nam wydawało…

Wybór menu to podstawa. Mamy te swoje sposoby. Zasiadamy do książek uprzednio się nimi sprawiedliwie dzieląc i obstawiając. Szukamy instynktownie rzeczy smakowicie brzmiących, ładnych i prostych. Każda z nas ma swoje typy, które często się pokrywają, ale potem zasiadamy wspólnie i składamy jakąś zgrabną, spójną biesiadę. Czysta przyjemność!  Biedna Lidka przeze mnie  musi unikać dań stricte mięsnych  mając do wyboru ewentualnie potrawy rybne. Muszę przyznać, że jest bardzo dzielna. Jej wzrok przyciągnął i wzmógł produkcję śliny ŁOSOŚ PIECZONY; NA LATO. Tak go nazwałyśmy bo aż się prosi, żeby wykorzystać ten przepis podczas letniego dobrobytu warzywnego.  Mnie najbardziej wciągnęła „Włoska wyprawa Jamiego”. To tam było najwięcej inspirujących przepisów a atmosfera cudownej, kulinarnej podróży emanowała z każdej stronicy. Oczywiście nie wszystkie udało nam się od razu zrealizować ale to przecież nie po raz ostatni Jamie naszymi rękami coś gotuje. Tym razem padło na FOCCACIĘ. Oj były z nią przygody. Eksperymenty bywają stresujące. Na szczęście wszystko skończyło się chrupiąco i foccacia stała się smakowitym towarzystwem dla CAPRESE Z FANTAZJĄ, które zmieniło nasze spojrzenie na tę popularną sałatkę. I wreszcie (last but not least) LETNIA SAŁATKA Z CIECIERZYCY. Niewątpliwie przebój. Ale może nie nam o tym decydować…

Przygotowywanie dań to chyba najmilsza część. Może jedynie konkurować z rozdziałem „konsumpcja w uroczym towarzystwie”. Tym razem jednak miłe towarzystwo postanowiło spłatać nam uroczego figla. Podczas gdy większość z nas gotowa do posiłku kręciła się łakomie wokół nakrytego stołu Marta i Maciek uparcie nie przybywali. Zważywszy na to, że był to dzień urodzin Marty do pewnego momentu znosiliśmy to cierpliwie. Jednak nadszedł czas rozliczeń przez telefon: „No i gdzie Wy jesteście?”, „Jak to gdzie jesteśmy? Sączymy piwko urodzinowe na Saskiej”, „Jakie piwko i na jakiej Saskiej, przecież dziś czwartek, jesteśmy u Izy”, „No wiemy, że czwartek ale to nie ten czwartek”, „Jak to nie ten? Ten, właśnie, że ten czwartek…”. Mniej więcej tak to brzmiało.

Niemniej nieustraszona jubilatka dotarła nie bacząc na odległość, nieubłaganie upływający czas, zawodną pamięć i inne przeciwności losu. Telefon, taksówka, krótka piłka. Marta i Maciek spóźnili się tylko troszkę. Analizę tego co się stało, jak się stało i po co zostawiliśmy sobie na później. Przede wszystkim biesiada! Zajadaliśmy ze smakiem dyskutując, jak zwykle przy jedzeniu, o jedzeniu. Uszy się trzęsły, sztućce dzwoniły o talerze, uśmiechy oświetlały okolice stołu a potrawy znikały (od tego są). Łukasz biorąc przykład z Jamiego, który desery najchętniej kupuje w sprawdzonych cukierniach, zakupił ciasto i tort w sprawdzonej cukierni. Dzięki temu nasza kolacja nabrała znamiona prawdziwego święta. Sto lat Marto! (Ale to Ty się pomyliłaś, to był „ten czwartek”!)

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Kamil/magazynwrazen.pl

Póki jeszcze czas…

Kochani, śpieszmy się kochać truskawki… Zaraz będą drogie, brzydkie, mrożone i obce. Truskawki jemy co dzień (nie kłamię) karmimy nimi gości, dzieci, przyjaciół i wrogów. Spożywamy je w postaci płynnej, stałej…wszelakiej.  Sprowokowane przez jedną z naszych czytelniczek (wdzięczność nasza nie ma granic) postanowiłyśmy wyeksploatować temat „Tarta i Truskawki”. W ramach rodzinnego spotkania „z kilku okazji” podałyśmy tartę. Tartę z truskawkami, a jakże, jednak w wersji nieco bardziej wytrawnej niż zwykle. Inspirowane przepisem Pascala Brodnickiego na tartę z kozim serem i oliwkami zrobiłyśmy wariację z owocami, którym po raz kolejny składamy hołd. A było to tak:

Tarta „jak mgiełka” z truskawkami, kozim serem i ricottą

Ciasto:

  • 250 g mąki
  • 12 łyżek oliwy z oliwek
  • około 8 łyżek wody
  • szczypta soli

Mąkę z dodatkiem soli mieszamy z oliwą aż powstanie sypka masa. Do ciasta stopniowo dodajemy wodę i zagniatamy na jednolitą kulę. Pamiętajmy, że ciasto jest delikatne i ma specyficzną konsystencję. Następnie wylepiamy nim wysmarowaną formę do tarty tak, aby brzegi były również wyłożone. Schładzamy w lodówce przez około 20 minut.
Ciasto jest niezwykle sypkie, my postanowiłyśmy zaszaleć i zrobiłyśmy je na trochę słodko, trochę słono, a że truskawki już niebawem się skończą to robimy z nich wszystko co tylko przyjdzie nam do głowy. Tak więc w środku znalazły się:

  • 250 g serka ricotta
  • 120 g sera pleśniowego z mleka koziego
  • 500 g truskawek
  • świeży tymianek
  • 3 żółtka
  • 350 ml śmietanki 18%
  • sól, świeży pieprz

Schłodzone ciasto smarujemy ricottą,  rozrzucamy na nim ser pleśniowy, truskawki i listki tymianku obrane z łodyżek. Żółtka mieszamy ze śmietaną i przyprawami, zalewamy tartę i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180C około 20 minut.
Tarta była bardzo lekka, smaczna i niezwykle ładnie prezentowała się na stole, a co dla nas najistotniejsze, zadowoliła nawet tych najbardziej wybrednych biesiadników. Truskawki znów podbiły nasze serca i podniebienia. Cudownie zgrały się z pozostałymi składnikami potrawy nadal pozostając bohaterkami. Mamy nadzieję, że i wam nasza tarta przypadnie do gustu. Smacznego i „wspólnego”!

Zapraszamy do korzystania z przepisów: Kruchy placek z truskawkami, Sałatka z miętą truskawkami i kozim serem, Koktail „Truskawkowa fantazja”, Knedle z truskawkami.

Zapraszamy do lektury Spotkań przy stole: „Strawberry Fields forever”, „Dzień matki, czyli dzieci znów gotują”

Photo by Iza i Lidka