(Niejeden) DZIEŃ (dla) DZIECKA

Gdybyśmy wiedzieli co jest najlepsze  dla naszych dzieci zapewne chcielibyśmy im to dać. Większość współczesnych rodziców i opiekunów jest zagubiona. Pojęcia „zdrowe”, „ekologiczne”, „wychowanie w miłości”, „konsekwencja” brzmią dla wielu obco i niejasno. Czujemy się pogrążeni w mnogości możliwości i osaczeni przez łatwo dostępne i nie zawsze dobre oferty rynkowe. A nasze dzieci niezależnie od naszej niepewności i zagubienia zasługują na to co najlepsze…
Z Elizą i jej placówką (jakże oficjalnie to brzmi) zetknęła mnie geografia. I Jeszcze pasja związane z poszukiwaniem optymalnego, jak najzdrowszego stylu życia. Kiedy tylko zorientowałam się, że po „drugiej stronie torów” znajduje się ekologiczny zakątek, w którym nie tylko codziennie spotykają się dzieci ale raz na jakiś czas odbywa się Eko-Kiermasz, wiedziałam, że wcześniej czy później tam trafię. I trafiła się okazja, trafienia do „Przedszkola ekologicznego FruFru”.
Majowy kiermasz dał mi możliwość poznania miejsca i skłonił do zawarcia znajomości z kobietą, która jest za wszystko odpowiedzialna.Umówiłyśmy się na spotkanie, które okazało się niezwykle ciekawą opowieścią o pionierskiej działalności przedszkola ale także okazją do wymiany doświadczeń i podzielenia się spojrzeniem na życie, które pokazało wiele punktów stycznych w naszym do niego podejściu. Praca Elizy i zatrudnionego w przedszkolu personelu to wielka przyjemność, związana z pewnym poczuciem misji ale też batalia. Batalia o produkty, batalia z ekonomią i batalia z brakiem zrozumienia tematu i strachem przed tym, co zdrowe i odważne. Ośrodków przedszkolnych szczycących się mianem „ekologicznych” jet w Warszawie kilka, jednak procedury przyznawania tych tytułów budzą w Elizie (i nie tylko w niej) wątpliwości, a samo słowo jest traktowane raczej jak etykietka niż realnie postawiony cel i kierunek działań. „FruFru” nie tylko „się nazywa”, „FruFru” wznosi się ponad ograniczenia i chce promować, małymi krokami, świadome podejście do życia i żywienia.
Koncepcja na przedszkole jest prosta, dzieci dostają do dyspozycji, piękny stary dom, takiż ogród (nieprzesadnie wypełniony zabawkami aby nie hamować wyobraźni) i oddany im (i idei) personel. Przeróżne zajęcia oparte są na elementach pedagogiki zabawy, technikach twórczego myślenia, wychowaniu przez sztukę, glottodydaktyce (nauka czytania i pisania) i oczywiście edukacji ekologicznej. Dbałość o dostarczanie pożywnego, jak najzdrowszego jedzenia jest w FRUFRU szczególna, i to przede wszystkim nas („żarciem” zainteresowane) mocno pociągnęło i mile zaskoczyło. Posiłki są świeżo gotowane, nie odgrzewane. Nie używa się tu mikrofali ani produktów mrożonych. Do gotowania używane są przede wszystkim certyfikowane produkty ekologiczne a indywidualne zalecenia dietetyczne dzieci z alergiami, dzieci wegetariańskich i wegańskich uwzględniane. Jedzonko nie bierze się tu z supermarketu! Eliza zadaje sobie trud robienia zakupów na bazarach ekologicznych (co niejednokrotnie skraca jej weekend) szukania indywidualnych dostawców i przebierania w produktach dostępnych w sklepach ekologicznych i osiedlowych. Dzieci nie dostają „byle czego” i uczą się cenić zdrowe, własnoręcznie przygotowane posiłki a także edukować podniebienie nowymi smakami. Nad jakością diety czuwa w przedszkolu „FruFru” zaprzyjaźniona z nim Pani Dominika Adamczyk z Akademii Zdrowego Odżywiania „Tao Zdrowia”. Nadany przez nią, i przekonania żywieniowe Elizy, kierunek to nie tylko ekologia ale też Kuchni Pięciu Przemian. Co dzień rano wita dzieci owsianka z owocami sezonowymi (lub suszonymi, zimą), kasza jaglana albo polenta. Obiad nie obędzie się bez zupy sezonowej z kaszą lub ziemniakami. A jarzynka na ciepło, surówka z warzyw sezonowych albo kotlety z mięsa ekologicznego (lub z kaszy czy soczewicy) są tu częstymi gośćmi. Na podwieczorek też najczęściej zajadają dzieci ciepłe posiłki. Może to być budyń lub kisiel (oczywiście nie z torebki tylko własnoręcznie robiony) albo świeżo upieczone ciasto z owocami. Pycha… Lubię lubić zdrowe jedzenie. Inspirując się dietą przedszkolaków z „FruFru” proponujemy wam przygotowanie zupy z brukselką, pulpecików z halibuta lub namówienia dzieci do wspólnego robienia pizzy z wymarzonym pokryciem. Może jutro, żeby przedłużyć jeden z najmilszych dni w roku…

Nie wszyscy rodzice „FRUwających” dzieci są świadomymi konsumentami, weganami, czy nawet wegetarianami. Wielu z nich nadal się uczy i korzystając z szerokiej gamy szkoleń organizowanych specjalnie dla nich, towarzyszy swoim dzieciom w, jakże czasem bolesnym, procesie edukacji. Nie jest łatwo. Bo zmiana nawykow bywa ciężka. Ale tylko na początku, bo wraz z nią idzie pewna przydatna rutyna i utarte ścieżki, z których z czasem coraz trudniej zbaczać. I aby  nie tylko w Dzień Dziecka nasze dziecko nie wyglądało jak „Cień Dziecka” zakasujmy rękawki i szukając drogi do dobrego stylu życia, nie bójmy się włożyć w to trochę wysiłku. Proponujmy naszym dzieciom, i tym samym sobie, aktywności, nawyki, które pomogą nam uczynić nasze życie piękniejszym i bardziej wartościowym. Pamiętajmy, że z każdym nowym działaniem jest dużo, dużo łatwiej! Dbajmy o swoje dzieci ale też pielęgnujmy dziecko w sobie.  Niech każdy dzień będzie dniem „naszego” dziecka!

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by  ”FRUFRU”

FRUFRU Przedszkole Ekologiczne,
ul. Wspomnień 40 (Róg Patriotów),
04-860 Warszawa, tel. +48 502 708 710

Uczta z Marleyem


Któż nie zna Boba Marleya? Każdy o  nim slyszał. Któż go zna? Pewnie nikt. Kiedy ikony przestają być tylko ikonami a stają się czymś więcej zaczyna się  z nimi pewien problem. Nie są już takie gładkie i rysowane grubą, wyraźną kreską. Pojawia się więcej szczegółów i to nie zawsze takich jakie byłyby najwygodniejsze dla utrzymania ogólnego, spójnego wizerunku. Kiedy Marta podarowała mi, wydaną przez swoje (i Basi) wydawnictwo biografię, „Catch a fire” oraz historię  jego żony, Rity , Bob Marley był dla mnie taką gładką ikoną. Lubiłam go, a jakże, miałam pewne skojarzenia związane z jego muzyką, ze światem z którego pochodził i z nim samym. ”Marleye” poleżały trochę na półce, nie powiem, ale przyszedł i na nie czas. I wtedy okazało się, że zostałam porwana. Porwana przez rwącą rzekę historii jednego z najbardziej niebanalnych, charyzmatycznych, inspirujących i złożonych artystów naszej (lub może już nie naszej) epoki. Przy okazji okazało się, że Robert Nesta Marley syn potomkini czarnych buntowników i białego wojskowego, syn Jamajki, miejsca pełnego kontrastów, niesprawiedliwości, więdnących marzeń i co i raz wyrastających nowych, był też wyznawcą bardzo skrupulatnie sformułowanego i przestrzeganego stylu życia, a tym samym jedzenia…


Rastafarianizm jako religia, filozofia życia narzuca na swoich wyznawców znaczne ograniczenia. Ale już jako dziecko Marley wiedział co to ograniczenia. Wychowany w Nine Miles, wśród rolników, rozumiał, że on i jego rodzina jeść będą tylko to co sami wyprodukują. Nie był to powód do smutku. Radość dzielenia pracy i odpoczynku była znana temu niesamowitemu chłopcu od urodzenia. W gettcie, w Kingston o środki do życia było trudniej. Każdy posiłek był błogosławieństwem. I Jamajczycy wtedy doskonale to wiedzieli. Celbrowali jedzenie, wspólnie gotowali w kuchniach umiejscowionych na podwórzach, w ogólnodostępnych miejscach (kuchnie wewnątrz domów, znane później, to europejski wynalazek). Każdy, kto był w pobliżu mógł się posilić. Bo przecież razem smaczniej. Kuchnia Jamajska to zupełnie inny temat niż kuchnia rastafariańska. Dużo w niej mięsa (szczególnie wieprzowiny) ale jest też, maniok, bataty, ryż, groszek (czyli fasola), owoce. Gotuje się zupy, smaży jukowe naleśniki, przygotowuje potrawki mięsne ale też ciasta. Arawakowie (Indianie), rdzenni, wycięci w pień mieszkańcy wyspy hodowali bataty, kukurudzę i tytoń. To Hiszpanie przywieźli cytrusy i banany między innymi po to aby walczyć ze szkorbutem.


Czym jest kultura „Rasta”? „…Czerwony jest jak krew ciemiężonych toczona od czasów niewolnictwa! Złoty to bogactwo skradzione ciemiężonym, od kiedy zbudowano świątynię Salomona! Zielony to kraina szczęścia w Afryce czekająca na powrót czarnego człowieka!”. Cały czas się zastanawiam jak można być polskim rastafarianinem, ciekawi mnie to szczerze… Zasady żywienia rasta są dość klarowne. Pozornie prawie nic nie można. Zabrania się: wszelkiego mięsa, wszelkich ryb drapieżnych (sic) i skorupiaków, wszelkich produktów mlecznych, chleba z białej mąki, alkoholu, słodyczy i soli. Można natomiast palić „ziele z grobu Salomona”. Ogólnie, zgodnie z koncepcją ital food, rastafarianie stronią od żywności przetworzonej chętnie sięgają po zupy, soki a wszystko jest oparte o produkty hodowane ekologicznie. Wyobraźcie sobie teraz jak wyglądało nasze planowanie kolacji rastafariańskiej. Jak tu zdobyć ekologiczne mango albo avocado? Zazwyczaj cieszymy się, gdy nam się uda dostać miękkie i dojrzałe.  Chyba tylko dzięki niezłomności naszych charakterów i wierze w cuda nie porzuciłyśmy marzenia o kolacji z „Marleyem”. Spokojnie, inspirując się książkami i licznie opisanymi w niej scenami posiłku, wybierając drogę eliminacji, komponowałyśmy ucztę. Dręczyła nas głównie jedna myśl. Jak to będzie bez soli? Należy jednak pamiętać, że sól i cukier w kuchni to przede wszystkim kwestia przyzwyczajenia. Jednak siła przyzwyczajenia jest ogromna! Przerzucałyśmy się pomysłami i po twardych negocjacjach padło na: Zupę w rytmie reggae (pozwoliłyśmy sobie na odrobinę poezji), sałatkę z batatówryż z mlekiem kokosowym , oraz (last but not least) szpinak plus kiełki z woka. Powiem nieskromnie, że wzbudziły zachwyty. Podobnie jak deser, koktajl ital.W ogóle  okazało się, jak elastyczne są nasze kubki smakowe. Basia, Marta i Borys (silna reprezentacja Axis Mundi) oraz Ola i Daniel (honorowa reprezentacja polskiej młodzieży) wyglądali nie tylko zadowolonych ale i zaskoczonych. My obie również. Okazało się bowiem, że dania bez soli, ale za to z dużą ilością przypraw, lub aromatycznych produktów smakują wybornie i w sposób niezwykle wyrafinowany. Czuliśmy się wyjątkowo i egzotycznie. Po skończonej kolacji nie żałowałyśmy, że nie było ryby. Początkowo planowałyśmy jej przyrządzenie ale po wyeliminowaniu drapieżnych prawie nic nam nie zostało. A świeżych sardynek tego dnia nie dowieźli. Mimo wszystko nikt nie wyszedł głodny, a wartości poznawcze wynikające z tej kolacji są nie do przecenienia.


Kolacja się udała. Kulminacja Marleyowego czasu była godna i uroczysta. Moja rodzina, przyjaciele, znajomi wiedzą co się działo ze mną podczas czytania tych książek. Byłam dość monotematyczna, właściwie w każdej dyskusji, rozmowie wychodziła „sprawa Marleya”, wszędzie opowieść o nim pasowała. Oglądałam filmy dotyczące życia jego i jego rodziny, słuchałam muzyki, grałam na gitarze (razem z Marleyem) „Redemption song”. Wkręciłam się w historię człowieka, który chcąc po prostu grać i śpiewać (bo być może to była jedyna, możliwa forma awansu społecznego) stawał się powoli symbolem, a dla wielu prorokiem i podczas gdy w tym czasie amerykańscy czarni muzycy gibali się w obcisłych trykocikach on śpiewał o dumie, miłości i wyzwoleniu. I bardzo wielu mu wierzyło. Jego życie na Jamajce (właściwie nigdy jej nie opuścił) przypadło na bardzo niespokojne czasy. Wtedy to, choć oczywiście nie tylko wtedy, sława stawała się nie tylko błogosławieństwem ale przede wszystkim balastem i za wszelką cenę należało ochronić dawny świat, ochronić siebie podczas gdy było to prawie niemożliwe.Na Jamajce przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. Puka z każdego rogu, Bob Marley widział ją w oczach swoich braci. Oni w jego oczach widzieli ocalenie. Fenomen jego legendy, siły przetrwania jego muzyki, jej wzrastania i oddziaływania nawet po jego śmierci niezwykle fascynują. I choć pozostaje we mnie cień niezrozumienia dla dozgonnej fascynacji Marleya cesarzem Hajle Sellasje, rolą kobiety, w kulturze rastafariańskiej,  nie mogę nie pochylić się nad jego dziełem, muzyką która nie zna granic. Jednak jest w życiu Marleya coś jeszcze, świadomość tego, jak bardzo styl życia, który obieramy nas definiuje i konstytuuje. I o tym, w trzydziestą rocznicę jego śmierci, chciałabym przypomnieć.

Timothy White, Catch a Fire ”Bob Marley – Życie” Axis Mundi 2011  (kompletna biografia Boba Marleya, historia Jamajki, Etiopii i muzyki reggae)

Rita Marley i Hettie Jones „Moje życie z Bobem Marleyem – No Woman No Cry” Axis Mundi 2010 (wspomnienia żony Boba Marleya, Rity)

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Borys i Iza

 

Owoce nam nie straszne!

Trzymam w ręku poczytne pismo dla Kobiet traktujące o modzie i urodzie. Wiosenna okładka, żółte, soczyste napisy, czuję się niemal zachęcona do zmian, i to nie tyle od jutra, co już od dziś. Podobnie tytuły, „wiosenne diety, rewolucje, jedz i chudnij” itp. Ha! Mam Was. Znów nas dręczycie, kusicie i próbujecie zniewolić marzeniem o szczupłej sylwetce. Chcecie nas zarazić obsesją, która już nigdy nas nie opuści. Wertuję pismo nie dając się zwieść artykułom o moim ewentualnym nowym stylu (choć nie powiem, wszystko wygląda kusząco) brnąc uparcie do części o dietach. Mam! Kilka stron dotyczących frapującej mnie tematyki. Na jednej podsumowanie najbardziej popularnych diet, krytyczne spojrzenie i bardzo dobrze postawione pytanie, dieta i co dalej. No właśnie! Co dalej? Nie powiem, jestem mile zaskoczona… Mówi się o efekcie jo-jo, o konsekwencjach zdrowotnych, niedoborach witamin, słabym samopoczuciu, osłabieniu. No ładnie… Czyżby nareszcie jakaś zmiana trendu… Następny fragment trochę mniej obiecujący (Jak schudnąć na zawsze?) ale również porusza ważne kwestie, że istotniejsze jest nie chudnięcie, ale to aby nie tyć, i że nie należy przesadzać z tempem chudnięcia. I co najważniejsze, cieszyć się życiem, a tym samym jedzeniem. Nieźle, całkiem nieźle. I wreszcie na końcu pojawia się artykuł, którego sensem ma być stwierdzenie, że najskuteczniejsza dieta to zdrowy rozsądek. Zaprawdę, prawda to… Dwanaście punktów wyznaczających zdroworozsądkową dietę. Sensowne porady w stylu zniechęcania do modnych diet, ograniczaniu produktów wysokoprzetworzonych, zachęcania do zażywania ruchu, nieliczenia kalorii… Cudownie, ale zaraz zaraz… Ktoś tu chyba upadł na głowę… I gdzie tu zdrowy rozsądek? Jeden z dwunastu punktów zachęca do wyciskania owoców traktując je jako źródło witamin, inny do nieliczenia kalorii a tuż obok wielkie ostrzeżenie napisane tłustym drukiem OWOCE TO PUŁAPKA (co???) i dalej TO TAKŻE KALORIE!!! I co ja mam teraz robić? Liczyć czy nie liczyć? Jeść czy nie jeść? Czy po prostu od razu zwariować?

Zdrowy rozsądek podpowiada mi żeby nie liczyć (nie jestem w tym najmocniejsza, a kalorii na oczy nie widziałam). A owoców się nie boimy i proponujemy Wam pyszny, egzotyczny Mango lassi, w wiosennym kolorze słonecznej żółci. Smacznego i zdrowego!!!

Zapraszamy do korzystania z przepisu kryjącego się pod linkiem!

Foto by Kamil

Nasz Manifest

W celu uporządkowania myśli odkopałyśmy dawną lekturę. Przy kawie (słabość) ale bez ciasteczka (siła woli) przeglądałyśmy stronice książki Mireille Guiliano „Francuzki nie tyją”. Tytuł zachęcił nas już kilka lat wcześniej, no bo jeśli Francuzki rzeczywiście nie tyją, to może my też możemy. W poszukiwaniu sekretu, zawartego w podtytule, zgłębiałyśmy łapczywie lekturę. Książkę tę czyta się znakomicie i jest tak smakowicie napisana, że połyka się ją niemal w całości. Jednak, żeby ją zrozumieć, zastosować się do jej zaleceń, znaleźć sekret drzemiący na stronicach trzeba trochę dystansu i doświadczenia. Tak nam się dziś wydaje. Kilka lat temu nie byłyśmy jeszcze gotowe na odnalezienie sposobu, który podobno, Francuzki znają od wieków. Teraz, trochę starsze, może bardziej refleksyjne i mniej zdesperowane znów trzymałyśmy książkę w ręku i dumałyśmy nad tym, o co w tym wszystkim chodzi.  Ludzie wokół kręcili się, siadali, rozmawiali, zastanawiali się co zamówić, zamawiali, zjadali. Niektórzy jedli szybko, inni wolno. Jedni mieli poczucie winy wypisane w spojrzeniach rzucanych na jedzone smakołyki inni rozkosz rysującą na twarzy po każdym kęsie. Ile emocji budzi jedzenie, pomyślałam. Ale czy zawsze są to emocje pozytywne? Mimo wszystko chcemy żeby były pozytywne. Siedząc wspólnie przy stoliku kawowym posumowałyśmy wnioski i skleciłyśmy swoisty manifest, NASZ MANIFEST!

Oto on:

1. Każdy posiłek to obrządek należy mu się odpowiednia oprawa i celebracja.

2. Nigdy nie jemy sami. Bo nawet jeśli jemy sami jesteśmy sami… ze sobą, a to doskonale towarzystwo.

3. Nie godzimy się na byle jakość. Nie chcemy tym samym jeść byle czego, byle gdzie, byle jak, byle …. zjeść

4. Naszym celem jest podsycanie radości życia, traktowanie go jako źródła przyjemności. Więcej, nasz cel, to radość życia sama w sobie.

5. Dbamy o wszystkie trzy komponenty, ciało, umysł i ducha.

6. Chcemy podsycać pozytywną energię i apetyt na życie.

7. Wprowadzamy całkowity (no może nie taki całkowity) zakaz rozmawiania o dietach, przy jedzeniu. Zwłaszcza z nieznajomymi.

8. Wypowiadamy wojnę (g)astronimicznej nudzie. Urozmaicenie przeciwdziała złym nawykom żywieniowym.

9. Cieszymy zmysły  kolorem, zapachem, fakturą, różnorodnością.

10. Mniej znaczy więcej, jemy wszystko (no prawie wszystko) ale z umiarem.

11. Dążymy do wagi   ” dobrego samopoczucia” jeśli oczywiście nie stoi ona w sprzcznosci z zachowaniem zdrowia.

12. Chcemy zastępować śmiecie smakołykami.

13. Pragniemy znaleźć drogę, na której nasz apetyt nie będzie stał w sprzeczności z dobrem innych istot i naszego świata (bardzo  trudne!)

i wreszcie:

14. Spotykamy się po to, żeby było miło. Bo RAZEM SMACZNIEJ, zdrowiej i ładniej.

I tyle. Na razie. Może jeszcze nam coś wpadnie do głowy. Na pewno spotkamy kolejnych inspirujących ludzi, lektury, miejsca. Dziś chyba odkryłyśmy to co można nazwać francuską metodę „kulinarną”. Naszym zdaniem brzmi ona tak:  pozwól aby twoje dążenie do zdrowego ładnego wyglądu „zaprzyjaźniło” się z twoim pragnieniem zmysłowych przyjemności, słabości do jedzenia. Znajdź swój Złoty środek. Poszukamy!