Piękna Pani spogląda z okładki i budzi onieśmielenie. Lśniące włosy, połyskujące zęby, zabójczy uśmiech… Gdzie mi tam do niej. Ona zapewne zna się na wszystkim, a już na pewno na kuchni i pielęgnowaniu urody, a ja… znam się na tym o wiele mniej. Na półce taka książka wygląda wspaniale, przejrzeć też mogę ale żeby tak się od razu zabierać do gotowania, bez przesady… Wielokrotnie ten tok myślowy był naszym udziałem. Obie preferujemy wymyślanie, kombinowanie, czarowanie, kierowanie się intuicją. I dobrze. Ale czasami warto zmienić schematy, zboczyć z utartej ścieżki i zacząć się inspirować, bo inspiracja to doskonała okazja, żeby czegoś nowego się nauczyć i doświadczyć. Nas do „doświadczania” z Nigellą skłoniła moja wieloletnia przyjaźń z Kasią, wydawcą książek Pani Lawson w Polsce. Pierwszy egzemplarz dostałam pięć lat temu, jeszcze cieplutki i pachnący drukarnią. Potem dołączyły następne i muszę przyznać, świetnie wyglądały u mnie na na półce! Uwielbiałam  je przeglądać, sycić oczy, karmić wyobraźnię ale wstyd się przyznać, korzystałam z nich niezwykle rzadko. Dlaczego? Myślę, że po prostu nie umiałam. Teraz postanowiłyśmy wspólnie zrobić krok do przodu, zdjąć moje książki z półki i pogotować z Nigellą. Nie chciałyśmy zajmować się jej kuchnią w sposób krytyczny, zastanawiać się na ile jest zdrowa a na ile dietetyczna. Nam się w Nigelli spodobało to, że nie mówi o odchudzaniu, cieszy się smakami i lubi kolory. Spodobało nam się to, że  można się z nią świetnie bawić.

Przeglądając jej książki potrzebowałyśmy klucza, bez niego czułybyśmy się zagubione w takim bogactwie propozycji. Postanowiłyśmy szukać dań prostych, o niewielkiej ilości składników. Tak jest, leniuszki z nas. Poza tym nie chciałyśmy się zniechęcać a raczej chciałyśmy oswoić nowy świat kulinarny, który tym razem, rozpościerała przed nami Nigella. Unikałyśmy przepisów z trudno dostępnymi  składnikami zostawiając je na kolejny etap. Szukałyśmy też tych w miarę zdrowych, pragnęłyśmy kombinacji, która nie stałaby w sprzeczności z założeniami dietetycznymi zapożyczonymi od dr Mularczyka (tak aby nauka nie poszła w las). Zakładając, że wieczór będzie należał  do  mięsożernych (ech…) nie chciałyśmy łączyć białka ze skrobią. Żegnajcie  ziemniaczki, frytki i ty, ryżu. Ale tylko dziś, nie na zawsze. Wiedziałyśmy, że musimy zaproponować takie dodatki, w odpowiedniej ilości, kolorycie i smaku aby tego braku nikt nie zauważył. Chyba się udało. W pierwszym uderzeniu wykorzystałyśmy warzywa. Warzywa obrane i pokrojone w paseczki (seler naciowy, ogórek i listki cykorii). Towarzyszyła im bagna cauda tajemnicza i zaskakująco smaczna „maczanka”, nieco w stylu fondue z anchois i czosnku, naprawdę warto wypróbować. Był też  humus z masłem arachidowym(tak pyszny, że wolę o nim nie myśleć alby nie zaślinić klawiatury). Były  roladki z grillowanych bakłażanów, ostre i nieco przez nas „dostosowane”. Obok stała sałatka, jeden z niewielu „skromnych” dodatków Nigelli, nie okraszony suto dodatkami i nadający się doskonale na towarzystwo dla kurczaka z 40 ząbkami czosnku. Tak, było ich nawet czterdzieści dwa! To oczywiście jeszcze nie koniec, mamy rozmach i powinnyśmy gotować dla wojska. Tuż za kurczakiem wkroczyła pieczona papryka z serem feta i migdałami, która powinna nazywać się boską papryką oraz brokuły w słynnym już sosie kaparowo-musztardowym. Obiad zachwycił, nieskoromnie to brzmi, ale właściwie to chyba głównie zasługa Nigelli. Głównie ale nie jedynie….

Później nastąpił uroczysty spacer. Nasi niezwykli goście byli nadto nasyceni. Nasycona była cudowna wydawczyni (vivat żeńskie formy!) Kasia i jej partner Artur, dziennikarz. Nasycona była Agata, aktorka (ale też kochana kuzynka) i Adam fotograf (całujemy rączki mistrza). Co dziwne nasycone były dzieci (zjadły kurczaka a chyba nawet jakieś warzywo nadgryzły) i Paweł, dość wybredny kompozytor. Wreszcie, nasycone byłyśmy my, z dumnie podniesionym głowami prowadziłyśmy naszych gości na spacer, który nas wszystkich doprowadzić miał do upragnionego deseru. Deser, zjedzony grzecznie około dwóch godzin po głównym posiłku, miał być nagrodą. Brownie bez mąki z sosem czekoladowym to niewątpliwie dwa przeboje Nigelli. Nam podbiły podniebienia i serca i były doskonałym podsumowaniem wieczoru pełnego inspiracji. Wszyscy byliśmy zadowoleni. Uciekliśmy od rutyny i kierując się przepisami pozwoliliśmy sobie na odrobinę fantazji. Brzmi paradoksalnie ale tak było. Popytajcie…

Zachęcamy  do poszukiwań. Proponujemy Wam aby podczas dań szukania i ksiąg kucharskich przeglądania znaleźć swój klucz. Różni ludzie, różne klucze. My tak zrobiłyśmy i zaskakująco szybko skomponowałyśmy menu na kolację z „Nigellą”. A więc do dzieła kochani! Zakasujemy rękawki i eksplorujemy nieznane tereny. Wpychamy się (może nawet z łokciami) w nowe klimaty smakowe, rozwijamy się i cieszymy, przede wszystkim cieszymy.

Niechaj Nigella nas nie onieśmiela!

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami!

Photos by Adam