Odkąd pamiętam polski piątek był postny. W domu była ryba (smażona w panierce, a jakże) w szkole była ryba lub leniwe a w kanapkach nie było wędliny. Zwyczaje się nieco pozmieniały, świat idzie naprzód, ryby jadamy zdecydowanie częściej, ale echa rybnego piątku „słychać” do dziś. W szkole u moich dzieci w piątek jest najczęściej ryba (w panierce, a jakże), na mieście sushi bije rekordy popularności a koreczki z łososia wędzonego to już niemalże polska potrawa narodowa. Ryba ma dobry PR, uważana jest za zdrowszą konkurencję tradycyjnego mielonego, zachęca się społeczeństwo do jej spożywania nie do końca jednak udzielając rzetelnej informacji. Jaka ryba jest zdrowa? Hmm… Nie mamy dobrych wiadomości więc dziś zachowamy je dla siebie (zajmiemy się tym już niedługo). Wiemy natomiast jaka jest smaczna. Basia przygotowała ją, zaprosiwszy nas uprzednio na rybny piątek. Jej zamierzenie było takie aby podejść do tradycji w sposób nowatorski (czasem wydaje mi się, że właśnie do tego służy tradycja) i przygotować rybę tak aby nam sandały pospadały.

Basia należy to tego typu gotujących kobiet, które  nie robią szumu wokół swojego przebywania w kuchni a wyglądają tak, że wszystkim się wydaje, że po prostu nie gotują. Dokładnie tak się prezentowała gdy wkroczyliśmy w jej progi. Spowita w zielenie i żółcienie, z nieodłącznym uśmiechem na twarzy  przywitała nas, przybyłych na rybny piątek, gorąco. Obie, i ja i Lidka, szybko uległyśmy serdecznej atmosferze domu. Podobnie jak towarzyszący nam dwaj nieletni mężczyzni (w tym jeden z nogą w świeżym gipsie). Dzieci zachwycone przestrzenią zaczęły podbijać nowe terytorium zatrzymując się na dłużej przy ogromnej klatce z papugą i pobudzając ją do aktywności. Nikt z nas, przybyłych nie wiedział jeszcze, że budzimy „bestię”. My podążyłyśmy za Basią do kuchni. Gospodyni obmyśliła plan, który miał polegać na naszym uczestnictwie w przygotowywaniu posiłku. Oczywiście większość była już zrobiona. Śledziki z imbirem i octem balsamicznym wabiły zapachem i złotym kolorem, halibut był posiekany, dorsz oczyszczony, warzywa uduszone, sałata czekała jedynie na sos. Deser, za który to my byłyśmy odpowiedzialne, też w pewnym sensie był już gotowy (Lidka w domu pokroiła owoce). Jednak przed nami było jeszcze kilka kulinarnych zadań, za które ochoczo się zabrałyśmy (nie przesadzam, „ochoczo” to dobre słowo). Dołączali do nas kolejni goście. Ania (siostra Basi) przybyła tuż po nas, dzierżąc dumnie w dłoniach suszone krążki jabłek niezbędne do wykonania roladek z dorsza zapiekanego z warzywami. Krzysztof przyjaciel domu, siekał kapustę tak wprawnie i zapamiętale, że z zachwytem patrzyliśmy na szybko rosnącą w misce ilość surówki. Adam oczywiście fotografował uśmiechając się przy tym tajemniczo. Pani Krystyna, dekorator wnętrza, w którym przebywaliśmy, patrzyła na nas z rosnącą ciekawością i (chyba) zadowoleniem.

W kuchni wrzało. Uwielbiamy to. Noże pożyczano, zioła zrywano, produkty mieszano, łączono, doprawiano i wąchano. Wąchano przede wszystkim  gdyż wszytko odbywało się w oparach ziołowych aromatów. Było malowniczo, panował miły rozgardiasz. Skórki avocado mieszały się z resztkami limonki a roladki z dorsza rumieniły się obiecująco w piekarniku. Pikanterii całej sytuacji dodawał fakt, że większość potraw Basia przygotowywała po raz pierwszy. Nie było więc wśród nas eksperta od pulpecików z halibuta. A jednak wszyscy pochylali się nad rybną mieszanką z czułością. Lidka zachęcała do sprzątania, Basia czuwała nad całością sprawnie dyrygując, a zgrany zespół parł do przodu. Na horyzoncie rysowała się kolacja.

Gdy pulpeciki wyjęliśmy delikatnie z naczynia do gotowania na parze, a dorsz zapukał do drzwiczek piekarnika kolację można było uznać za rozpoczętą. Byliśmy wygłodzeni, kubki smakowe szalały z pragnienia doświadczania nowych smaków a oczy cieszyły się widokiem pięknie nakrytego stołu. Gdy już dołączyła do nas Kasia, młodsza córka Basi, która zakończyła właśnie trening akrobatyki, mogliśmy z czystym sumieniem zaczynać jedzenie. Pierwsze były przystawki, śledź z imbirem i octem balsamicznym oraz carpaccio z avocado. Cienko pokrojone plasterki owocu i sos musztardowo-miodowy zrobiły furorę (brawo gospodyni).Temperatura przy stole wzrosła. Gdy przeszliśmy do ryb wokoło rozlegały się ochy  i achy. Nawet dzieci nieufnie patrzące na dorsza nie oparły się urokowi pulpetów (gorąco polecamy mamom i tatom) rezygnując jednak z sosu jogurtowego. A szkoda. Pasował wyśmienicie. Prawie nie słyszeliśmy rozdzierających krzyków papugi (jakże pragnęła zwrócić na nas swoją uwagę) czasem tylko wzdrygaliśmy się zaskoczeni, gdy odgłos był szczególnie „oryginalny”. Rybom towarzyszyły sałatki i nawet nie zauważyliśmy braku tzw. „zapychaczy” (ziemniaczków, frytek itp.).Dotrwaliśmy do deseru w atmosferze przyjacielskiego gawędzenia i wspominania ciekawych doświadczeń i wycieczek kulinarnych. Gdy podano sorbet z sałatką owocową byliśmy już cudownie upojeni smakami i towarzystwem. Ale oczywiście poradziliśmy sobie również z deserem. Tym łatwiej, że był lekki i orzeźwiający.

Gdzieś pomiędzy pulpetem a sorbetem Lidka uwolniła papugę z klatki. Ptak nie dawał o sobie zapomnieć naśladując perfekcyjnie dzwonek do drzwi lub dźwięk telefonu. Wielu z nas wstawało kilkakrotnie aby powitać nowych „gości”. Najciekawszy i najbardziej zaskakujący incydent miał miejsce pod koniec przyjęcia kiedy to zadzwonił prawdziwy dzwonek. Okazało się, ku uciesze osób poniżej 12 roku życia i niektórych studentów medycyny, że to Pan przyniósł pizzę. Tomek znajdujący się w innej części domu był również na innej kulinarnej planecie. Tomku, do dziś nie możemy w to uwierzyć!

Życie jest jednak pełne paradoksów i humoru. Smacznego i „wspólnego”, bo Razem Smaczniej!

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami!

Photos by Adam