Ta kolacja była inspirowana przyjazdem Nataszy. Natasza jest przyjaciółką naszego domu od wielu, wielu lat ale również mamą trójki dorosłych dzieci, od niedawna babcią i wspaniałą gospodynią domową (od zawsze). Przyjeżdżając z Ukrainy przywozi ujmujący uśmiech, tamtejsze czekoladki i wielogodzinne opowieści. Reprezentuje wschodnie podejście do bycia z ludźmi (znane na szczęście i u nas) uwielbia przebywać z przyjaciółmi, rozmawiać, słuchać a przede wszystkim gotować. Nataszka wyznaje zasadę, że ukochane osoby trzeba nakarmić, i to dobrze nakarmić. Tym łatwiej dała nam się namówić na pokaz robienia pielmieni, na które Ci bardziej mięsożerni z nas mieli ochotę od dawna. Pielmieni to potrawa znana również w Polsce ale zdecydowanie po jej genezę  należy sięgać dalej na wschód. Od naszych pierogów z mięsem różni ją nie tylko gama przypraw i kształt ale także fakt, że jako farszu używa się mięsa surowego. Wiem od tych, którzy mięso jadają, że smak pielmieni jest niepowtarzalny…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pierożki, a tym samym pielmieni do jedna z najbardziej „społecznych” potraw jaką znam. Robienie ich w samotności uważam za nierozsądne, dziwne a nawet nieodpowiedzialne. Można się przecież zamęczyć na śmierć. Przygotowywanie pierogów odbywa się u nas w domu zawsze w towarzystwie co najmniej dwóch osób, muzyki i rozmów o „byleczym”. Tego wieczoru miała miejsce typowa sytuacja, gdzie kucharek sześć… Zaskakujące było jednak to, że w efekcie było co jeść. Przeszkadzając sobie nawzajem, ale również (co zadziwiające) pomagając, wyrabialiśmy ciasto, wałkowaliśmy je, wycinaliśmy kółeczka, podsypywaliśmy mąki a także podejmowaliśmy wspólnie wiążące decyzje. Robiliśmy pielmieni. Tym razem, co było oczywiście oczywiste, dyrygowała nami Natasza. Miłosz robił zdjęcia, ja stosowałam się do dyrektyw Nataszy, Marcin eksperymentował z kształtem pierożków, dzieci sypały mąkę (wszędzie) a Lidka ekscytowała się rosolnikiem. Od kilku dni mówiła wyłącznie o nim, a teraz miała okazję dowiedzieć się z pierwszej ręki jak to się robi i czym rosolnik właściwie jest. Okazał się być wariacją na temat rosołu i czymś zbliżonym do naszej ogórkowej. Mimo wszystko był nasz rosolnik czymś ponad to, a jego zdecydowany, lekko kwaskowy, głęboki smak przypadł do gustu całej wesołej kompani.

Podczas przygotowań nieustannie rozmawialiśmy, o wszystkim i o niczym. Śmialiśmy się ze wszystkiego i z niczego a dzieci (nakrywając do stołu) pytały jak jest po ukraińsku temperówka i transformers. W tak zwanym „międzyczasie” powstawał posiłek… Lidzia, gdy już była spokojna o losy zupy zabrała się za kolejne wyzwanie, paschę. Obie miałyśmy na swoim koncie doświadczenie z przygotowaniem tego deseru. Kojarząca się głównie z Wielkanocą pascha nie wyszła nam jednak nigdy tak, że mogłybyśmy spocząć na laurach i dalej nie poszukiwać. Zasięgnęłyśmy języka i dostałyśmy informacje od człowieka, któremu niewątpliwie można było zaufać  i oprzeć na jego opinii (ale o tym kiedy indziej). Podążając za radami naszego informatora postawiłyśmy na prostotę (o boska prostoto!) i nasza pascha okazała się nieskomplikowana ale to nie przeszkodziło jej stać się, być może, najpyszniejsza paschą na świecie. Nie byłaby nią zapewne gdyby nie towarzystwo sosu pomarańczowego. Ozdobił ją i uszlachetnił wspaniale!

Gdy już zasiedliśmy do stołu nasze oczy były tak głodne, że musieliśmy sobie przypomnieć maksymę sprzed kilku spotkań (ciesz się każdym kęsem) aby nie nie rzucić się na jedzenie. Pielmieni znikały, rosolnik rozgrzewał, łyżeczka dzwoniła uderzając w naczynie z sosem śmietanowym, ogórki kwaszone i surówka z kapusty kiszonej (które tego wieczoru stały się moim głównym, pożywieniem) dostarczały witaminy C a my się uśmiechaliśmy. Tymczasem odstawione do lodówki desery czekały około dwóch godzin na podanie gdyż bez schłodzenia nie byłyby tym samym czym mogły stać się po schłodzeniu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Posiłek się rozkosznie przeciągał. Tuż przed nim dotarli do nas Kamil i Paweł mile powiększając nasze grono. Marcin z Miłoszem, rozleniwieni i najedzeni, odwołali spotkanie, które na szczęście można było odwołać, Nataszka dopytywała się  jak nam smakowało a mali chłopcy rozpoczęli festiwal dowcipów nie sądząc nawet co z tego wyniknie. Na ten temat zamilknę… Kiedy wspominałyśmy ten wieczór, obie uznałyśmy, że nasza kolacja składająca się z pielmieni, rosolnika i paschy to doskonałe rozwiązanie na świąteczny, wielkanocny obiad. Proponujemy Wam małą modernizację dotychczasowych zwyczajów, przekroczenie granic kulinarnych i urozmaicenie rodzinnej tradycji. Cieszmy się każdym wspólnym działaniem, każdym wspólnym posiłkiem bo Razem Smaczniej, ładniej i zdrowiej (również mentalnie)!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami!

Photos by Milo