Któż nie zna Boba Marleya? Każdy o  nim slyszał. Któż go zna? Pewnie nikt. Kiedy ikony przestają być tylko ikonami a stają się czymś więcej zaczyna się  z nimi pewien problem. Nie są już takie gładkie i rysowane grubą, wyraźną kreską. Pojawia się więcej szczegółów i to nie zawsze takich jakie byłyby najwygodniejsze dla utrzymania ogólnego, spójnego wizerunku. Kiedy Marta podarowała mi, wydaną przez swoje (i Basi) wydawnictwo biografię, „Catch a fire” oraz historię  jego żony, Rity , Bob Marley był dla mnie taką gładką ikoną. Lubiłam go, a jakże, miałam pewne skojarzenia związane z jego muzyką, ze światem z którego pochodził i z nim samym. ”Marleye” poleżały trochę na półce, nie powiem, ale przyszedł i na nie czas. I wtedy okazało się, że zostałam porwana. Porwana przez rwącą rzekę historii jednego z najbardziej niebanalnych, charyzmatycznych, inspirujących i złożonych artystów naszej (lub może już nie naszej) epoki. Przy okazji okazało się, że Robert Nesta Marley syn potomkini czarnych buntowników i białego wojskowego, syn Jamajki, miejsca pełnego kontrastów, niesprawiedliwości, więdnących marzeń i co i raz wyrastających nowych, był też wyznawcą bardzo skrupulatnie sformułowanego i przestrzeganego stylu życia, a tym samym jedzenia…


Rastafarianizm jako religia, filozofia życia narzuca na swoich wyznawców znaczne ograniczenia. Ale już jako dziecko Marley wiedział co to ograniczenia. Wychowany w Nine Miles, wśród rolników, rozumiał, że on i jego rodzina jeść będą tylko to co sami wyprodukują. Nie był to powód do smutku. Radość dzielenia pracy i odpoczynku była znana temu niesamowitemu chłopcu od urodzenia. W gettcie, w Kingston o środki do życia było trudniej. Każdy posiłek był błogosławieństwem. I Jamajczycy wtedy doskonale to wiedzieli. Celbrowali jedzenie, wspólnie gotowali w kuchniach umiejscowionych na podwórzach, w ogólnodostępnych miejscach (kuchnie wewnątrz domów, znane później, to europejski wynalazek). Każdy, kto był w pobliżu mógł się posilić. Bo przecież razem smaczniej. Kuchnia Jamajska to zupełnie inny temat niż kuchnia rastafariańska. Dużo w niej mięsa (szczególnie wieprzowiny) ale jest też, maniok, bataty, ryż, groszek (czyli fasola), owoce. Gotuje się zupy, smaży jukowe naleśniki, przygotowuje potrawki mięsne ale też ciasta. Arawakowie (Indianie), rdzenni, wycięci w pień mieszkańcy wyspy hodowali bataty, kukurudzę i tytoń. To Hiszpanie przywieźli cytrusy i banany między innymi po to aby walczyć ze szkorbutem.


Czym jest kultura „Rasta”? „…Czerwony jest jak krew ciemiężonych toczona od czasów niewolnictwa! Złoty to bogactwo skradzione ciemiężonym, od kiedy zbudowano świątynię Salomona! Zielony to kraina szczęścia w Afryce czekająca na powrót czarnego człowieka!”. Cały czas się zastanawiam jak można być polskim rastafarianinem, ciekawi mnie to szczerze… Zasady żywienia rasta są dość klarowne. Pozornie prawie nic nie można. Zabrania się: wszelkiego mięsa, wszelkich ryb drapieżnych (sic) i skorupiaków, wszelkich produktów mlecznych, chleba z białej mąki, alkoholu, słodyczy i soli. Można natomiast palić „ziele z grobu Salomona”. Ogólnie, zgodnie z koncepcją ital food, rastafarianie stronią od żywności przetworzonej chętnie sięgają po zupy, soki a wszystko jest oparte o produkty hodowane ekologicznie. Wyobraźcie sobie teraz jak wyglądało nasze planowanie kolacji rastafariańskiej. Jak tu zdobyć ekologiczne mango albo avocado? Zazwyczaj cieszymy się, gdy nam się uda dostać miękkie i dojrzałe.  Chyba tylko dzięki niezłomności naszych charakterów i wierze w cuda nie porzuciłyśmy marzenia o kolacji z „Marleyem”. Spokojnie, inspirując się książkami i licznie opisanymi w niej scenami posiłku, wybierając drogę eliminacji, komponowałyśmy ucztę. Dręczyła nas głównie jedna myśl. Jak to będzie bez soli? Należy jednak pamiętać, że sól i cukier w kuchni to przede wszystkim kwestia przyzwyczajenia. Jednak siła przyzwyczajenia jest ogromna! Przerzucałyśmy się pomysłami i po twardych negocjacjach padło na: Zupę w rytmie reggae (pozwoliłyśmy sobie na odrobinę poezji), sałatkę z batatówryż z mlekiem kokosowym , oraz (last but not least) szpinak plus kiełki z woka. Powiem nieskromnie, że wzbudziły zachwyty. Podobnie jak deser, koktajl ital.W ogóle  okazało się, jak elastyczne są nasze kubki smakowe. Basia, Marta i Borys (silna reprezentacja Axis Mundi) oraz Ola i Daniel (honorowa reprezentacja polskiej młodzieży) wyglądali nie tylko zadowolonych ale i zaskoczonych. My obie również. Okazało się bowiem, że dania bez soli, ale za to z dużą ilością przypraw, lub aromatycznych produktów smakują wybornie i w sposób niezwykle wyrafinowany. Czuliśmy się wyjątkowo i egzotycznie. Po skończonej kolacji nie żałowałyśmy, że nie było ryby. Początkowo planowałyśmy jej przyrządzenie ale po wyeliminowaniu drapieżnych prawie nic nam nie zostało. A świeżych sardynek tego dnia nie dowieźli. Mimo wszystko nikt nie wyszedł głodny, a wartości poznawcze wynikające z tej kolacji są nie do przecenienia.


Kolacja się udała. Kulminacja Marleyowego czasu była godna i uroczysta. Moja rodzina, przyjaciele, znajomi wiedzą co się działo ze mną podczas czytania tych książek. Byłam dość monotematyczna, właściwie w każdej dyskusji, rozmowie wychodziła „sprawa Marleya”, wszędzie opowieść o nim pasowała. Oglądałam filmy dotyczące życia jego i jego rodziny, słuchałam muzyki, grałam na gitarze (razem z Marleyem) „Redemption song”. Wkręciłam się w historię człowieka, który chcąc po prostu grać i śpiewać (bo być może to była jedyna, możliwa forma awansu społecznego) stawał się powoli symbolem, a dla wielu prorokiem i podczas gdy w tym czasie amerykańscy czarni muzycy gibali się w obcisłych trykocikach on śpiewał o dumie, miłości i wyzwoleniu. I bardzo wielu mu wierzyło. Jego życie na Jamajce (właściwie nigdy jej nie opuścił) przypadło na bardzo niespokojne czasy. Wtedy to, choć oczywiście nie tylko wtedy, sława stawała się nie tylko błogosławieństwem ale przede wszystkim balastem i za wszelką cenę należało ochronić dawny świat, ochronić siebie podczas gdy było to prawie niemożliwe.Na Jamajce przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. Puka z każdego rogu, Bob Marley widział ją w oczach swoich braci. Oni w jego oczach widzieli ocalenie. Fenomen jego legendy, siły przetrwania jego muzyki, jej wzrastania i oddziaływania nawet po jego śmierci niezwykle fascynują. I choć pozostaje we mnie cień niezrozumienia dla dozgonnej fascynacji Marleya cesarzem Hajle Sellasje, rolą kobiety, w kulturze rastafariańskiej,  nie mogę nie pochylić się nad jego dziełem, muzyką która nie zna granic. Jednak jest w życiu Marleya coś jeszcze, świadomość tego, jak bardzo styl życia, który obieramy nas definiuje i konstytuuje. I o tym, w trzydziestą rocznicę jego śmierci, chciałabym przypomnieć.

Timothy White, Catch a Fire ”Bob Marley – Życie” Axis Mundi 2011  (kompletna biografia Boba Marleya, historia Jamajki, Etiopii i muzyki reggae)

Rita Marley i Hettie Jones „Moje życie z Bobem Marleyem – No Woman No Cry” Axis Mundi 2010 (wspomnienia żony Boba Marleya, Rity)

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Borys i Iza