A propos śniadania i amarantusa

Chyba już wszyscy wiedzą o mojej miłości do śniadań. Budzę się głodna a zasypiam z myślą o śniadaniu. Wielbię poddańczo poranki a towarzyszy do śniadań wybieram ostrożnie i z namaszczeniem. Eeeee… nieprawda. Właściwie wszyscy się nadają. Zatem zapraszam!

Już wiem co zjecie na jutrzejsze śniadanie a nawet jeśli się mylę wiem co zjeść powinniście. Obok PANCAKE’KÓW RAZOWYCH są to od niedawna moje ulubione ”smażyste” (analogia do „pieczystego”). Oczywiście śniadaniowe. Silnie związana jestem ze wspomnieniem z dzieciństwa, w którym występują właśnie naleśniki. Pamiętam jak dziś jak moja kochana babcia po raz kolejny poddawała się w batalii z nami dotyczącej tego co będzie na śniadanie. Proponowane przez nią kanapki (no nie mogę się do nich jakoś emocjonalnie zbliżyć) bombardowaliśmy co rano ripostą: naleśniczki albo placuszki. Babcia przegrana ale radosna zabierała się za smażenie. Najlepsze były takie (tłuściutkie) z truskawkami prosto z krzaczka lub jagódkami prosto z lasu. Tęsknię bardzo. I za babcią i za cudownymi śniadaniami, które dla nas robiła.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wracając do propozycji na dziś. Zainspirowana propozycją Dominiki z Tao zdrowia proponuję i ja coś dobrego, coś zdrowego a zarazem ładnego. Jutro rano zakasujemy rękawki piżamki, lub szlafroczka i ochoczo zabieramy się za ZŁOTE NALEŚNICZKI (ORKISZOWE Z AMARANTUSEM). A robi się je tak:

Przygotowujemy:

  • 200 g mąki pszennej orkiszowej
  • 200 ml mleka
  • 300 ml wody
  • 2 jajka
  • 50 g amarantusa ekspandowanego
  • 1/2 łyżeczki kurkumy
  • szczypta soli
  • opcjonalnie 2-3 łyżki oliwy do ciasta (pamiętajmy jednak, że wg diety dr Michała Mularczyka, nie należy łączyć tłuszczu i skrobi gdy zamierzamy poddać mieszankę wysokim temperaturom)
  • syrop klonowy
  • serek ricotta
  • truskawki/maliny/jagody
I dawaj smażymy naleśniczki na suchej patelni do naleśniczków.
A  z czym je podajemy? Z czym dusza zapragnie. My się raczyliśmy złotymi naleśnikami z ricottą i owocami i syropem klonowym. Były wyśmienite i rzeczywiście piękne.

Tajemnicza rzecz ten amarantus? Nic bardziej mylnego. Stary jest tylko przeokrutnie. Stary ale jary. Podejrzewam, że w konkursie na najzdrowsze zboże mógłby zaskoczyć niejednego i znaleźć się na podium. Często nazywany jest zbożem XXI wieku. Zawiera mnóstwo składników odżywczych, chroni przed wieloma chorobami, reguluje istotne procesy, zmniejsza niejedno ryzyk. Generalnie nieźle się popisuje ten amarantus. Aby zachęcić milusińskich do jego spożywania można rzucić argument, że spożywali go Indianie. Bo to prawda. Poza tym występuje w formie malusieńkiego „pop cornu” (oczywiście nie cornu) i właśnie w takiej formie wystąpił dziś w naszym śniadaniu. Amarantus ekspandowany, brzmi godnie…

Smacznego!

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Iza

 

 

Dlaczego kochamy pizzę

Bo tak. Są obiekty stworzone do kochania i już i pizza jest niewątpliwie jednym z nich. Ta doskonała proporcja między węglowodanem a niewęglowodanowym dodatkiem. Chrupkość ciasta i wygoda w spożywaniu. Ta niezliczona ilość możliwość tworząca kuszące pole dla wyobraźni. Nie ma co, dziś jest międzynarodowy dzień tego złotego krążka więc powiedzmy to głośno, pizzę kochać trzeba. Ale czy spożywać?

Zacząć należy od tego, że pizza pizzy nierówna. Nie bez powodu jest ona zaliczona do „junk food”, odsądzana od czci i wiary i znieważana. Potrafi być iście diabelskim daniem. Bywa tłusta, mączna, pełna chemicznych poprawiaczy, spulchniaczy i śmieciowych dodatków. Nie ma wątpliowości, że na pewno powinniśmy się wystrzegać pizzy z popularnych sieciówek. Pewności co do jej składu i wartości nie mamy, więc ryzyko naprawdę duże. Już na pierwszy rzut oka widać, że mąka i tłuszcz to główne składniki większości z nich. Na pewno dzisiejszy dzień, nie jest dniem takiej pizzy. Ale nie porównujmy „takiej” pizzy z tą domową albo pochodzącą z pełnej szacunku dla jej pochodzenia restauracji.

Pizza może być naprawdę wspaniałym, szlachetnym, pożywnym i zdrowym posiłkiem. Naprawdę… Wystarczy użyć ciemniejszej mąki, albo choćby orkiszowej, dobrać odpowiednio proporcje pomiędzy ciastem a dodatkami i odpowiednio dobrać same dodatki. Odpowiednie dodatki to podstawa. Nasza PIZZA WEGETARIAŃSKA Z CUKINIĄ to doskonały przykład pizzy „zdrowo” skomponowanej. Mnóstwo warzyw i domowej roboty, smakowite ciasto. Jej wersja dla mięsożernych PIZZA Z JAJKIEM, SZALOTKĄ I BEKONEM to też niczego sobie połączenie pożywnych składników i łatwego w przygotowaniu, smacznego ciasta. Choć ja oczywiście usunęłabym bekon… Uwielbiam pizze sałatkowe, takie z wybitnie cienkim ciastem, pokryte solidnym bukietem świeżych warzyw. Dziś na obiad, taką właśnie zrobimy… (Już zrobiona: PIZZA ORKISZOWA Z OWOCAMI MORZA)

Z całego serca polecamy też pizze w wersji mini. Szczególnie te z PASTĄ Z RUKOLI i innymi fantastycznymi produktami. Ale też nie wzgardźmy ich prostą wersją dla dzieci z Z SZYNKĄ I DOSKONAŁYM SOSEM POMIDOROWYM. To świetna propozycja na przyjęcie ze szwedzkim stołem lub gromadką dzieci. Swoją drogą to niesamowite jaką karierę zrobiło to proste danie. Wyrwało się kuchni neapolitańskiej i obiegło cały świat, zadomowiając się na dobre w każdym miejscu, do którego trafiło. Poszukiwanie pizzy idealnej nie ma końca. Ostatnio jadłam jedną z bliskich ideałowi w zaskakującej Restauracji warszawskiej   IL CAMINETTO (http://www.ilcaminetto.pl/). Nie zrażajcie się wejściem do lokalu. Zaglądajcie do środka śmiało zamawiając już w progu pizzę o nazwie wdzięcznej jak nazwa restauracji „Il Caminetto”… Rozmarzyłam się. A wy gdzie jadacie swoją ulubioną pizzę?

I jeszcze jedno, na koniec, nie udawajmy, że kształt nie ma znaczenia. Pizza powinna być okrągła! Mała, duża, średnia, pulchna, chrupiąca, wszystko jedno ale, na miły bóg, bezwzględnie okrągła. Nie ważmy się robić jej w blaszce prostokątnej, no chyba, że nie ma wyjścia… Zmieniam zdanie. Lepsza pizza prostokątna niż żadna!

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami

Photo by Kamil/magazynwrazen.pl

 

Kurki w Legionowie

Garść kurek domowych zebrana w Legionowie owocuje czystą radością i poruszającym serce kolektywem. Bo kurki grupami występują w naturze. Jak się znajdzie jedną gdzieś obok na pewno jest druga. Wystarczy tylko dobrze poszukać… To, że z nas natural born kurki domowe w pełnej krasie to chyba nie tajemnica? To, że jesteśmy z tego dumne to też nie sekret wielki. Kochamy domowe kurki i dumnie się do ich grona zaliczamy.

Znamy też kilku domowych kogucików (jakie to niejednoznaczne!). Ależ oni nam imponują. Pewnie ze względu na skomplikowaną sytuację społeczną. Ogólnie nie jest łatwo być kurką czy kogucikiem domowym, trzeba się  z tego tłumaczyć i mieć naprawdę żelazny charakter i zasady. Na szczęście niektórzy chwalą i doceniają. Bo przecież kurki domowe to córy Hestii, a bądź co bądź ta była boginią. Nas zaprosiła na zebranie kurek sama królowa. Regina mieszka w Legionowie od ponad dziesięciu lat i dobrze wie gdzie można zebrać najświeższe kurki. Mianowicie na legionowskim bazarku.

Gdy dotarłyśmy w gościnne progi jej domu nie tylko kurki już czekały ale również gotowała się woda na pierogi z jagodami (pycha) i pyrkał wesoło imbryczek z bałkańską kawą (znowu pycha). Renia z definicji rozpieszcza. Ale jak rasowa kurka domowa dzieli się przestrzenią z przyjaciółmi. Pozwoliła nam, kurkom, szarogęsić się w swoim królestwie. A było nas cztery…  Anna, ulubiona nasza szalona dentystka (profesjonalna bestia) spóźniła się tylko chwilkę, a właściwie była przed czasem. Bo to my spóźniłyśmy się ponad godzinę przez to, że nie wiadomo dlaczego Legionowo i Łomianki to takie, patrzcie Państwo, podobne nazwy. Skomplikowane. Na szczęście imbryczek z bałkańską kawą miło pyrkał…

Takiego „spontanu” dawno nie było. Do końca nie wiedziałyśmy co robimy. Jedynym pewnikiem była ZUPA KURKOWO-MARCHWIOWA. Nie przesadzę jeśli powiem, że była przebojowa, zwłaszcza, że Lidka walecznie czuwała nad jakością. A Lidka nie lubi pełnego spontanu. Potrzebuje planu, który nie chciał się tego dnia skrystalizować. Inaczej niż cebulka na patelni przygotowywana sprytnie zarówno do zupki jak i PLACKÓW ZIEMNIACZANYCH Z SOSEM KURKOWYM. Placuszki znikały z patelni w zastraszającym tempie i tylko cudem udało się zachować kilka do kurek.Posiłek przebiegał etapami i musiał konkurować z uprawianym przez nas pacykarstwem. Vivat Mary Kay, kolejna królowa dnia. Wypacykowane, najedzone, wyśmiane i przerażone upływającym czasem opuściłyśmy Legionowo i zebranie kurek. Regina, wrócimy…

My, domowe kurki kochamy kurki. Mimo, że pieprznik jadalny (biedna kurka, tak brzydko się nazywa) nie daje się hodować uparciuch i trzeba go sokolim wzrokiem wypatrywać po igłami i mchem. A może dlatego właśnie go kochamy? I nie wierzmy pomówieniom, że są bezwartościowe. Bo oprócz walorów smakowych grzyby posiadają właściwości lecznicze  i odmładzające. W chińskiej i japońskiej medycynie od wieków stosuje się grzyby maitake i shiitake jako środek obniżający ciśnienie, wzmacniający układ odpornościowy i opóźniający starzenie się organizmu. Ponoć grzyby te mają działanie antyrakowe, a nawet spowalniają rozwój AIDS (badani, badania). Nasze  polskie grzyby tez nie są gorsze. Zawierają dużo żelaza, potasu, fosforu, wapnia, sodu. Są w nich także mikroelementy – miedź, cynk, jod, mangan, fluor i ołów w granicach normalnych dla roślin jadalnych, przy czym w kapeluszach znajduje się więcej niż w trzonkach. Ech…Pamiętajmy tylko, żeby kureczek nie smażyć zbyt długo bo im dłużej, tym będą twardsze… Takie są przewrotne i nieprzewidywalne. Jak to kurki!

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Iza

Bób ojciec

Stary ten bób. Prawie jak świat. Ojczulek bób znany jest od tysiącleci i uprawiany z powodzeniem w wielu strefach klimatycznych. Ta jednoroczna roślina strączkowa radzi sobie od czasów neolitu (w Basenie Morza Śródziemnego już wtedy się nim zajadano) z naszymi apetytami i zapotrzebowaniem na energię. Nasiona bobu znaleziono nawet w ruinach Troi a w Chinach dostarcza białko, błonnik, węglowodany, tłuszcze, witamin: B1, B2, PP, C i prowitaminy od ponad pięciu tysięcy lat! Już w Starożytnym Egipcie ceniono go za wapń, fosfor, żelazo, magnez i karoten. Być może nieświadomie ale intuicję mieli dobrą. Do tego stopnia ceniono, że składano w ofierze markotnym bogom. W antycznej Grecji, Ojciec Bób zasłużył na własnego bożka – Kyamitesa. Wspominał o nim Homer a nawet rzymscy poeci (Pliniusz Starszy). Rzymianie nie tylko cenili go kulinarnie jako najwspanialsze ze wszystkich roślin strączkowych ale z powodzeniem stosowali bób w polityce. Czarnych i białych nasion używano w głosowaniu, czarne na „nie”, białe na „tak”.

Mimo, że Ojczulek Bób jet ciężkostrawny, kaloryczny, powoduje wzdęcia i „pachnie” specyficznie podczas gotowania trudno oderwać się od jego zielonkawych, sycących nasion. Bób nie tylko dostarcza energii jak szalony ale wciąga i doprawdy niełatwo się mu oprzeć. Idealnie smakuje sam ze sobą. Odrobina soli i masełka i jesteśmy w raju. Gdy jest jeszcze młody, ugotowany na parze lub w lekko osolonej wodzie (jednak to marnotrawstwo witamin) może być wsuwany w „ubranku”. Starsze nasiona warto obierać, tym bardziej, że pod spodem kryje się bardzo atrakcyjny kolor. Jako dodatek do dań bób sprawdza się wyśmienicie. Mimo, że niemal w całym starożytnym świecie bób uznawano za symbol śmierci (kapłani nie mogli go spożywać) i używano do kontaktu ze światem nadprzyrodzonym nam (i nie tylko nam) kojarzy się on z życiem. W wielu kulturach wiązał się z cyklem odradzania, a właściwie jego początkiem. Dawano go w darze młodym parom aby zapewnić kontynuację rodu. Ach ten Ojczulek Bób…

Pamiętając, że nasz pożywny biedak do XVII wieku był podstawą diety w Europie Środkowej a my niewdzięczni zastąpiliśmy go fasolą, kukurydzą i ziemniakami zorganizowałyśmy ucztę na jego cześć. Spotkanie z Bobem. Zamiast Boba był bób ale za to wpadła Kamila, Kamil (to nie pomyłka) i Tobiasz. Zajadali się bobem nie marudząc bo wiedzieli, że jest zdrowy i czuli, że smakowity. Zwłaszcza w takich odsłonach. Nie da się nie docenić bobu w W SAŁACIE  NA ZIELONO (oczywiście z bobem). Jest to doskonała kompozycja smakowa na letnie wieczory. Zajadajmy póki czas, bo tak krótko daje się nam zjadać nie mrożony! Mięsożercy niech ostrzą sobie ząbki na KURCZAKA PIECZONEGO Z BOBEM. Fajnie tak sobie nieco dopiec z bobem.  Oczywiście z umiarem. Ja zostanę jednak przy sałacie. Albo po prostu nagotują bobu na parze, wrzucę do miski, dodam masełka z czosnkiem i odrobinę soli, włączę film, np. „Twin Peaks” (tam można spotkać złego Boba) i będę zajadać dobrego…dobry bób. Obiecam też sobie, że nie po raz ostatni. Bo czy to ładnie o bobie zapominać? Zwłaszcza, że my, Polacy, uprawę tych niemałych strąków znamy od epoki brązu i żelaza. Nieładnie zapominać…

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Kamil/magazynwrazen.pl

GMO – zagrożenie realne

Spać dziś nie mogłam przez tę ustawę. Nie rozumiem jak można w tak istotnej sprawie zachowywać tak konsekwentne milczenie. Przecież jestem tym co jem. Przecież to jak żyję, co w siebie wrzucam bezpośrednio wpływa nie tylko na moje samopoczucie, zdrowie i wygląd ale także (co w tym wypadku niebagatelne) na stan zdrowia moich dzieci, ich dzieci, ich dzieci, ich dzieci… Dlaczego nie ma właściwie oficjalnej, publicznej debaty na ten temat? Człowiekowi brak pokory i wstrzemięźliwości. Wydaje nam się, że jesteśmy centrum dowodzenia wszechświatem. Wystarczy trochę „kosmicznej” perspektywy (Tomku, dziękuję za „Krótką historię prawie wszystkiego”) i wszystko nabiera bardziej realnych proporcji. Nie nam o wszystkim decydować!

Zachęcamy Was do zgłębienia tematyki GMO, my też to robimy. Zyskajmy świadomość, która pomoże nam, być może, zaangażować się w sprawy ważne dla nas wszystkich. Obojętność już nie wystarcza.

„ Genetycznie  zModyfikowany Organizm (organizm transgeniczny)

Na stronie Ministerstwa Środowiska można przeczytać: „…Organizm genetycznie zmodyfikowany to organizm inny niż organizm człowieka, w którym materiał genetyczny został zmieniony w sposób nie zachodzący w warunkach naturalnych…”
źródło: http://gmo.ekoportal.pl/

Może dotyczyć nasion, pasz, półproduktów spożywszych, gotowych artykułów wykonanych przy użyciu zmodyfikowanych składników, oraz organizmów żywych. Nigdy w przyrodzie takie organizmy nie powstają w sposób naturalny np.: pomidor z genem ryby, ziemniak z genem meduzy, karp i ryż z genami człowieka, sałata z genem szczura, soja i kukurydza z genami bakterii. Pyłki nie znają granic co prowadzi do krzyżowania roślin zmodyfikowanych z rodzimymi. Prowadzi to do zmian nieodwracalnych. Wiele produktów zmodyfikowanych nie ma wystarczającej dokumentacji dobrego i trwałego wpływu na stan zdrowia człowieka. Co gorsza, ilość przykładów wskazujących odwrotnie rośnie. Konsekwencje mogą być niewyobrażalne. Nieodwracalne zmiany w środowisku naturalnym (początkowo odporne na wirusy i szkodniki rośliny, prowodują z czasem powstanie jeszcze agresywniejszych wirusów i szkodników, wypierających rdzenne odmiany, oraz te znane ludzkiemu organizmowi; poprzez zapylanie krzyżowe roślin tradycyjnych ze zmodyfikowanymi dochodzi do tworzenia kolejnych obcych gatunków). Niedowracalane zmiany w nas (organizm człowieka nie zna nowo stworzonych substancji i toksyn, co może prowadzić do nowych “chorób cywilizacyjnych”)…”

Wierzę, że coś możemy zrobić. Boję się zmian, które mogą być nieodwracalne i zniszczyć dobra, które wciąż przecież są dostępne. Chcemy się nimi cieszyć. Zachęcam do czytania na stronach:

http://alert-box.org/

http://www.icppc.pl/

Podpisz petycję w sprawie GMO:

http://alert-box.org/petycja/

Photo by Iza

Witajcie pomidory

Tęsknota z jaką wspominam smak letnich pomidorów podczas długich jesienno-zimowych wieczorów dosięga nie tylko mojego podniebienia, artyści w bólach tworzą peany na ich temat:

„…To cóż że jeść ja będę zupy i tomaty
Gdy pomnę wciąż wasz świeży miąższ …
w te witaminy przebogaty…
Addio pomidory, addio utracone
Przez długie, złe miesiące wasz zapach będę czuł…”

Ach… Łzy same cisną się do oczu. Ale nie ma co wyprzedzać emocji. Tak będzie później. Teraz zamierzamy doprowadzać się do szału pomidorowym nieokiełznaniem. Zwłaszcza, że warto…

W roku 1492 znany wszystkim żeglarz i podróżnik odkrył… pomidory. Ta data rozpoczyna chwalebny okres w kuchniach wielu europejczyków, erę pomidora, mimo, że na początku uważano je przede wszystkim za piękną ozdobę. I choć do dziś nie wiadomo skąd pochodził Krzysztof Kolumb (trwają badania DNA) wiadomo na pewno, że pomidory pochodzą z Ameryki (Południowej lub Środkowej) i są niezwykle zdrowe. I to nie tylko te prosto z krzaka ale jak dowodzą naukowcy również przetworzone. Wybierając na swój stół świeże pomidory pamiętajmy, że im ładniej i intensywniej pachną tym lepiej przysłużą się naszemu organizmowi, wąchajmy je szczególnie dokładnie przy szypułce. Obserwujmy też kolor, powinny być równomiernie zabarwione, świadczy to o tym, że pozwolono im dojrzewać spokojnie na krzaczkach. I wbrew ogólnemu przekonaniu, nie ma to większego znaczenia czy były to krzaczki ukryte w szklarni czy wznoszące się ku nieograniczonemu niczym niebu. Tak czy siak zawierać będą mnóstwo witaminy C, która jak powszechnie wiadomo wzmacnia odporność i ułatwia gojenie się ran (choćby dlatego już warto). Jeden duży pomidorek i już dzienne zapotrzebowanie na tę witaminę uzupełnione. Wolne rodniki nie mają szans z amatorami pomidorów, które bogate w liczne antyoksydanty radzą sobie z nimi (rodnikami) bez problemu. Witaminy z grupy B dbają o nasz układ nerwowy a witaminy typu PP odpowiadają za metabolizm cukru i cholesterolu. W czerwonych bulwach kryje się również witamina K i mnóstwo cennych pierwiastków mineralnych. I mają likopen! A musimy go sobie dostarczać z zewnątrz, choćby w postaci czerwonych czy żółtych pomidorów. Ten genialny antyutleniacz zapobiega zawałom serca, rozwojowi miażdżycy i podobno zwalcza niektóre rodzaje nowotworów. I tu wielka uwaga, okazuje się, że najwięcej likopenu uzyskujemy przetwarzając pomidory (jego poziom we krwi po zjedzeniu przetworów pomidorowych jest 2-3 razy wyższy niż po spożyciu świeżych pomidorów). Ogrzewając i rozdrabniając chociażby. Zajadajmy więc pomidorową, domowej roboty ketchup i sosy pomidorowe. Jakby nie dość było tego dobrego, suszone też sprawdzają się w roli obrońcy przed nowotworem doskonale. Czy to nie cudowne wiadomości dla obsesyjnych zjadaczy pomidorów? Ale trzeba być wytrwałym i konsekwentnym aby w pełni skorzystać z ich cudotwórstwa. Hasło na dziś: Codziennie jeden pomidorek!

Pomidor zwyczajny, hmm, nazwa dobra jak każda inna jednak nie oddaje w pełni ogromu zastosowania tych wszechstronnych warzyw. Mimo, że uważać na nie muszą na przykład osoby z chorymi stawami, cierpiący na zgagę i alergicy  zlecamy je wszystkim dbającym o linię i urodę . Piękną skórę, zgrabną sylwetkę zapewnią nam błonnik, potas, witaminy E i C. Cieszę się, że w naszym kraju można przebierać w pomidorach. W ustach do dziś mam smak (a raczej brak smaku) pewnej sałatki z pomidorami jedzonej kilka lat temu w kraju Unii Europejskiej,słynnego strażnika kształtu i koloru.  Wszystkie zawarte w niej warzywa smakowały identycznie. Fuj!

Gdy się prześledzi nasze „RazemSmaczne” menu odnosi się wrażenie, że to jakiś festiwal pomidorów. Są niemal wszędzie. Nie zdawałam sobie sprawy jak często sięgamy po te czerwone kule (choć przecież miewają wszelakie kształty) lub ich pomarszczone czerwono-brązowe wersje (chodzi mi o suszone pomidory). Zachęcamy do zajadania smakołyków takich jak: POMIDOROWA Z KAPUSTĄ, SŁONECZNIKOWA SAŁATA NA ROSZPONCE, MAKARON W MĘSKIM WYDANIU I Z TUŃCZYKIEM, KREM POMIDOROWO-PAPRYKOWY, LASAGNE Z CUKINIĄ I POMIDORAMI,TARTA RAZOWA Z WARZYWAMI I FETĄ,NALEŚNIKI ZE SZPARAGAMI, ZUPA „REDEMPTION SOUP”,MAKARON RYŻOWY Z SOSEM POMIDOROWO-SEROWYM, SALSA POMIDOROWA, SAŁATKA NA CIEPŁO Z MIESZANKĄ KIEŁKÓW, PIZZA WEGETARIAŃSKA Z CUKINIĄ (I POMIDOREM), SAŁATA JAKO DODATEK… Niedługo pojawią się kolejne pomidorowe cuda. Szalejcie Kochani razem z nami i pogódźcie się z tym, pomidory są wszędzie a Razem z nimi Smaczniej!

I jeszcze na koniec jedna mała uwaga, pomidory i ogórki w jednej sałatce to nie najlepszy pomysł, enzym zawarty w ogórkach zabija witaminę C z pomidorów. Ale jest na to rada, wcześniej wymieszajmy jedne i drugie warzywa z oliwą. Dopiero potem je połączmy. Sprawa na szczęście nie dotyczy małosolnych lub kiszonych.

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Kamil/ magazynwrazen.pl

Eliksir młodości – BROKUŁ

Amerykańscy naukowcy lubią bawić się w odkrywców. Cały świat patrzy im na ręce i czują się zobowiązani do zaskakiwania, rewolucjonizowania i zwyciężania. Aby osiągać wysoko postawione cele niemal bez przerwy eksperymentują. Bawią sie również jedzeniem chociaż od dziecka powtarza się nam aby tego nie robić. Na przykład bawiąc się brokułami odkryli, że są one „Żywieniowym Świętym Graalem”  i gdyby tylko mogli, na ich zielonej koronie umieścicili by złotą. Brokuły wygrywają. W bardzo wielu konkurencjach.

Brygada pewnego pana naukowca, (który zwie się Andre Nel i zabawia się jedzeniem w Los Angeles a dokładnie w University of Kalifornia) przekonała się, że sulforafan, którego pełno jest w brokułach, generuje w komórkach procesy zwalczania wolnych rodników. A za co są odpowiedzialne wolne rodniki tlenowe, łobuzy? Za starzenie (choć mają też swoje zasługi, ale przecież nie o tym). Rzeczony, magiczny sulforafan (nazwa godna doprawdy niewidzialnej substancji) zwalcza owe rodniki i wzmacnia układ odpornościowy. A co za tym idzie zapobiega chorobom związanym ze starością takim jak: przypadłości układu krążenia, zwyrodnienie stawów, cukrzyca typu II czy nowotwory. Prawdziwy z niego rycerz. Podobno to co odkryła drużyna z University of Kalifornia to dopiero wierzchołek góry lodowej i czeka nas jeszcze wiele niespodzianek. Wykwalifikowani do zabaw z jedzeniem specjaliści zalecają regularne spożywanie warzyw kapustnych czyli: kalafiora, brukselki, kapusty i przede wszystkim brokułów. Gdyż brokuły  są cudowne. Głównie ze względu na swoją wszechstronność. Zachowują się trochę tak jakby nie były jednym warzywem ale co najmniej dziesięcioma! Poza tym kalorie… My ich wprawdzie nie liczymy, ale dla tych którzy to robią ważna informacja – brokuły mają ich jak na lekarstwo!

Zaakceptujmy więc brokuły z całym dobrodziejstwem inwentarza, nawet ich specyficznym zapachem wydzielającym się podczas gotowania (obecność związków siarki), łatwością rozgotowywania i koniecznością dokładnego, uważnego mycia. Zawierają tyle  związków odżywczych i  bioaktywnych, że należy im się pokłon i wysokie miejsce na liście naszych posiłków. My zrobiłyśmy z nich zupę. Pyszną, chrupiącą (Zainspirowała nas Milena z MILI MOI swoją chrupiącą imbirową) i odmładzającą. Zjadłyśmy ją podczas cudownego spotkania, na którym okazała się nasza zupa być również „kid friendly”. Dziś otrzymałyśmy komplmenty, że wygłądamy pięknie, tak jakoś młodziej czy co… Zdaje się, że to dzięki naszemu chrupiącemu kremowi.

Do wykonania eliksiru młodości potrzebne są nam:

  • włoszczyzna (3 marchewki, 1 pietruszka, por, kawałek selera, kawałek kapusty włoskiej)
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 cebule
  • 2 ziemniaki
  • 1 duży brokuł
  • 2 łyżki oliwy
  • (ewentualnie) 2 trójkąciki serka topionego o smaku śmietankowym lub śmietana
  • przyprawy: sól, pieprz, świeża bazylia lub natka pietruszki, łyżeczka ekologicznej przyprawy uniwersalnej
  • opakowanie pestek słonecznika

A robimy go tak:

W około 2 l wody gotujemy bulion z włoszczyzny i czosnku pamiętając aby do wody wlać 2 łyżki oliwy (niektóre witaminy potrzebują tłuszczu aby rozpuścić się w wodzie). Bulion gotujemy krótko (około 50 minut) na wolnym ogniu, dodając wcześniej kilka listków laurowych i ziele angielskie. My wrzuciłyśmy jeszcze ekologiczną przyprawę uniwersalną. Po wyznaczonym czasie wyławiamy warzywa i wrzucamy zeszkloną wcześniej na patelni cebulę i podsmażone delikatnie ziemniaki. Gotujemy całość około 10 minut i wrzucamy rozdzielony na kawałki brokuł. Dodajemy trochę soli i pieprzu oraz kilka listków bazylii (lub zielonej pietruszki). Wszystko musi się jeszcze podgotować około 5 minut. Wyłączamy garnek i dodajemy dwa „ząbki” serka topionego. Całość miksujemy. Gdyby by krem był zbyt rzadki możemy „domiksować”  część wcześniej wyłowionych warzyw. My podałyśmy naszą zupę z prażonymi pestkami słonecznika. Nie potrzeba wtedy żadnych grzanek a krem jest pożywny i cudownie chrupie. Pamiętajmy żeby prażyć pestki ostrożnie, łatwo ulegają spaleniu.  Można zupę również ozdobić łyżeczką śmietany i listkami bazylii lub natki. Życzymy smacznego. Bo będzie… Pycha! I jeszcze jedna pycha, przypominamy BROKUŁY Z SOSEM KAPAROWO -MUSZTARDOWYM.

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Adam i Iza

Strawberry Fields Forever

Let me take you down,

’cause I’m going to Strawberry Fields.

Nothing is real

and nothing to get hung about.

Strawberry Fields forever…

Teraz zanudzam najbliższych „Bitelsami”. Dzięki Marcie, która podarowała mi biografię Lennona. Ale przyznajcie sami, jest w truskawkach pociągająca bezpretensjonalność, owocowa prostolinijność. Tchną truskawki również odrobiną romantyzmu i wiedzieli to nie tylko The Beatles ale też „Pretty Woman” zamawiając szampana w ich towarzystwie na wstępie jednej z największych przygód miłosnych końca dwudziestego stulecia. Pewnie romantyzm odziedziczyły truskawki po poziomkach, których są bliskimi krewnymi. A świat pamięta siebie bez truskawek.

 

 

 

 

 

Stworzono je około dwustu lat temu. A wszystko za sprawą niepohamowanego łakomstwa Ludwika XIV, króla Francji, który zdaje się, zazwyczaj robił to, co mu się podobało. Wielbiąc poziomki postanowił skłonić nadwornego botanika do eksperymentów.  Antoine Nicolas Duchesne, skrzyżował dwie odmiany poziomek – chilijskie i wirginijskie i zapewne ku własnemu zaskoczeniu otrzymał owoc okazały, soczysty i pełen tego i owego. Bo truskawki, co zadziwiające, pełne są tego i owego. Mają więcej witaminy C niż na przykład słynąca z niej cytryna. Wystarczy zjeść 20 dag truskawek aby zaspokoić dzienne zapotrzebowanie homo sapiens na tę witaminę. W sezonie to takie łatwe… Nie wypada nie wspomnieć o innych witaminach, takich jak: A, B1, B2, B3, PP oraz pektynach (polisacharydy), wszystkich makro- i mikroelementy jakie znamy, a także wapniu, fosforze, magnezie, manganie, żelazie. Brzmi zdrowo i przekonująco, czyż nie? A teraz was zaskoczę, uwaga: truskawki wybielają zęby, a nawet zapobiegają osadzaniu się na nich kamienia. Zawarty w nich wapń i fosfor wzmacniają nie tylko zęby ale  kości i mięśnie, w tym również serce. Powtarzam co usłyszałam ale to nie plotki. Zachęcam, polecam, gwarantuję!

Dziękując Królowi Słońce za jego nieumiarkowanie, spotkaliśmy się na łonie konstancińskiej przyrody, na tarasie Basi i Borysa, żeby oddać hołd sezonowym córom matki natury (i dociekliwych naukowców). Nie będę ukrywać, że nie wszyscy byli zachwyceni. Niektórzy (17-letni młodzieniec, którego ukoiła dopiero wygrana partia szachów) wałęsali się wokół stołu dąsając się jednocześnie, że nie ma czegoś zwanego „konkretnym”. Knedle z truskawkami na obiad, doprawdy oburzające. Oburzające i przepyszne. Muszę przyznać, że zazwyczaj, głownie we wrześniu, knedle wypełniam śliwkami. Truskawki, wiedziona wspomnieniem z dzieciństwa, zazwyczaj zawijam w naleśniki. Był to mój pierwszy raz więc jak to z truskawkami bywa, było romantycznie…
Przygotowanie knedli, w mojej opinii, wymaga towarzystwa. Nie dość, że sprawę załatwia się szybciej to jeszcze można czerpać radość ze współpracy, rozmowy, wymiany doświadczeń. Nie muszę chyba zachęcać… Wymienialiśmy doświadczenia, rozmawialiśmy i przede wszystkim współpracowaliśmy w „basinej” kuchni ciesząc się zapachem truskawek i perspektywą obiadu na stuletnim tarasie. Dzieci się garnęły do pracy a praca paliła się w rękach. Ubieraliśmy truskawki w kożuszki z ciasta chowając do środka ich właściwości antybakteryjne, oczyszczające i wzmacniające mając nadzieję, że jak to mają w zwyczaju, poprawią nam przemianę materii i ułatwią spalanie tłuszczy. Nie dzieliłyśmy się tymi nadziejami z dziećmi, bo i po co…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Deser, który nastąpił po leśnym spacerze, był zaskakująco „nietruskawkowy”, lub raczej, jedynie częściowo truskawkowy. Pomarańczowe muffiny Nigelli, delikatnie przez nas zmodyfikowane okazały się doskonałym towarzystwem dla koktajlu truskawkowego. Zwłaszcza, że i on nie był ortodoksyjny w swoim składzie, szczycąc się również obecnością pomarańczy. Wieczór nas dopieszczał. Ptaki dawały koncert (stroiły z gitarą Borysa), rozmowa się kleiła a dzieci deptały młode trawniki grając we frisbee z wujkiem Szymonem (chwała mu za to). Mimo, że truskawki najlepiej jeść na czczo my zamierzamy się nimi karmić przez najbliższe, mamy nadzieję długie tygodnie o różnych porach dnia. Nocą odpoczniemy. Będziemy korzystać z ich budzącego wyobraźnię smaku, szerokiego zastosowania w kuchni i niosącej zdrowie zawartości. Pozwolimy im chronić nasze nerki, zapobiegać miażdżycy i walczyć z komórkami rakowymi. Włączymy je do naszej diety i zaufamy, że pod czas gdy my zajmiemy się czerpaniem rozkoszy z ich smaku one poprawią wygląd naszej skóry. Dziękujemy  Ci najjaśniejszy Panie, Strawberry Fields Forever!

Polecamy również: Sałatkę z truskawkami, kozim serem i miętąMój pierwszy sernik

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się po linkami.

Photo by Borys, Iza i Lidka

Szparagi, ach szparagi

Zewsząd naciski, od dalekich i bliskich, że szparagów czas nastał a my … ani się zająkniemy na ich temat. Nie dało się dłużej sprawy odkładać, zwłaszcza, że szparagi nie tylko cieszą wyobraźnię kulinarną szerokim zastosowaniem,  podniebienie niezwykłym, wyrafinowanym smakiem ale również oko jakże radosnym kształtem. Nie czekając zbyt długo, a raczej nie mogąc już odeprzeć silnego frontu spotkaliśmy się oddać hołd szparagom. Rozpoczęliśmy ten ceremoniał od obcięcia im główek.

Szparagi to podobno najstarsza roślina uprawna. W Europie (najpierw w Niemczech, Stuttgart) uprawia się ją od 1568 r. Znana była jednak od czasów Starożytności (od około 200 lat p.n.e.) i już wtedy ceniona i droga. Wydano nawet zarządzenie (ręką cesarza Dioklecjana) regulujące ceny szparagów (sic). Dziś też takie zarządzenie by się przydało. Udało nam się nabyć ostatnio szparagi niezwykle drogi i równie niezwykle nieświeże. Z takimi szparagami niewiele uda się zrobić. Najważniejsze jest, zatem, kupić świeże i dobre. A jak je rozpoznać? Są na to różne sposoby. My ostatnio usłyszałyśmy od koleżanki o sposobie „na paznokieć”. Podejrzewamy, że nie jest on zbyt ceniony przez sprzedawców, należy więc działać dyskretnie. Jeżeli nasz paznokieć łatwo wbija się w miąższ szparaga i powoduje wypłynięcie soku, najprawdopodobniej mamy do czynienia z odpowiednim egzemplarzem. Przy określeniu ceny, w przypadku białych szparagów, powinna obowiązywać zasada im bielsze i większe tym mogą być droższe.

Szparagi najlepiej przygotowywać jak najprościej, pamiętając, że nie lubią być rozgotowane (białe gotujemy maksymalnie 20 minut, zielone 15, a fioletowe, najrzadziej spotykane, i najtrudniejsze w uprawie, około 10). Szparagi, dzięki swojemu wyrafinowanemu, mocnemu smakowi nie wymagają zbyt wielu zabiegów aby smakować znakomicie. Czasem wystarczy, ich czarownego smaku, po prostu, nie zepsuć. Dobierając nasze przepisy starałyśmy się raczej uzupełniać, niż przyćmiewać, ich właściwości. Proponujemy Wam wykonanie, nam smakowały niezwykle, naleśników ze szparagami. To proste i smaczne danie to nasz szparagowy przebój i zapewne nie raz jeszcze, nawet w tym roku, je powtórzymy. Szparagi świetnie sprawdzają się również w roli zupy, nasz krem ze szparagów to podstawowa i smaczna wersja, a dzięki swojemu delikatnemu smakowi świetnie nadaje się na propozycję dla dzieci. Tym, którzy lubią „kombinować” w kuchni spodoba się zapewne penne z szparagami i łososiem . I jeszcze jedna możliwość, tym razem danie śniadaniowe. Znane z filmu „Jedz, módl się, kochaj” szparagi z jajkiem to hit śniadaniowy, niewymagający zbyt wiele pracy, odlot dla podniebienia. Pycha!

Szparagi, szparagi, szparagi, szparagi… Sezon na szparagi jest dość krótki, tym większą stanowią atrakcję i rarytas. Zachęcamy do korzystania z tego cennego, szparagowego czasu zwłaszcza, że te niezwykle wyrafinowane warzywa pełne są  witamin (A,B C,K), substancji mineralnych, żelaza, fosforu i potasu. Są też doskonałe dla osób dbających o linię, składają się w 90 procentach z wody, tym samym są niskokaloryczne. Mają również właściwości filtrujące organizm, a także, co nie jest  bez znaczenia przy takiej ilości bodźców wokół, poprawiają pamięć i koncentrację. Nie dekoncentrujmy się zatem, „sfokusujmy” się na szparagi i korzystajmy z przepisów ukrytych pod linkami. Życzymy smacznego z całych naszych, już chyba teraz zielonych, serc!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Kamil (i Iza)

Jajeczny decoupage!

 

Stosunek dietetyków do jajek jest zmienny. Nacechowany mocnym, emocjonalnym charakterem faluje i raz osiąga euforyczny zachwyt aby potem przerodzić się w grozę i przerażenie (tylko jedno jajko w tygodniu, zabójczy cholesterol, dobry cholesterol, zapomnijmy o codziennej jajecznicy). Jakiś czas temu jajka zaczęły otrzymywać noty, od 0 do 3, przy czym 3 nienajlepiej o jajku świadczy. Większość z nas wie co oznaczają czarodziejskie numerki jednak, ku chwale formalności, spróbujemy to uporządkować:

- 0 (tak zwana zerówka) – to jajka od kur z wolnego wybiegu i hodowli ekologicznej (dobra strawa dla kur i cudne warunki)
- 1 - oznacza się jaja pochodzące z chowu na wolnym wybiegu (kury znają smak wolności)
- 2 - z chowu ściółkowego (najrzadziej chyba spotykane)
- 3- z chowu klatkowego (ludzie bójcie się boga!) kury żyją w warunkach urągających ich godności i komfortowi oraz są karmione substancjami, o których wolelibyśmy nie czytać

My nigdy nie używamy „trójek”. Nawet do ciasta. Nie godzimy się na organizowanie legalnych obozów cierpienia dla zwierząt. Histeria? Nie sądzę…
Istnieje jeszcze klasyfikacja „literkowa” (A,B,C) dotycząca świeżości jaj. C-etki nie są nawet kierowane do sprzedaży więc nie bójmy się, zapewne ich nie nabędziemy. I to tyle, jeśli chodzi o teorię.

Jaja jako symbolem odnowienia i życia doskonale sprawdzają się w roli głównego elementu kulinarnego (i estetycznego) Wielkanocy, która przecież ściśle wiąże się z odrodzeniem. Czy jaja są zdrowe? Dr Michał Mularczyk twierdzi, że tak. Nie zaleca nawet specjalnego  rozsądku ilościowego przypominjąc, że szczególnie dla wegetarian jest to doskonały sposób na wzbogacenie diety ubogiej w białko pochodzenia zwierzęcego. Zaleca również pamiętać, że najzdrowsze jajko to takie, w którym żółtko pozostaje przynajmniej półpłynne. Jedzmy więc jajka i niech nam służą! Tak zrobiłiśmy podczas śniadania u naszych przyjaciół.

Po zakupieniu kilku opakowań „zerówek” udałyśmy się do Marcina i Miłosza na jajeczny decoupage. Przeżyliśmy wspólnie świąteczny  falstart zjadając „wielkanocne śniadanie” zwieńczone rękodziełem. Jesteśmy fankami spotkań „przy sztuce”, wspólnego tworzenia i ulegania dziecięcemu entuzjazmowi. Marcin takim właśnie entuzjazmem zaraża. Niby poważny Pan Fryzjer-Artysta a tu nagle wyjeżdża na kurs decoupagu i „zmusza” nie tylko do przekraczania granic poznania ale także do rękodzieła. I taki z niego przyjaciel! Wspaniały! Wspaniały i głodny. Wszyscy (oprócz mnie) nie zjedli nic wcześniej więc presja była niemała. Ale również mnóstwo rąk do pracy. Kamila i Beata uczestniczyły czynnie w krojeniu, obieraniu, mieszaniu i podgrzewaniu. Marcin nakrywszy stół, jął się również do prac przykuchennych. Podzieliliśmy kompetencje, żeby jak najszybciej zasiąść. Jajka faszerowane i jajka po rosyjsku przygotowywałam ja z Kamilą. Lidzia pomogła nam je dokończyć zaraz po tym jak skończyła pastę z wędzonej makreli. Miłosz z wielkim zaangażowaniem robił zdjęcia a Marcin był wszędzie a głównie przy sokowirówce. Produkował sok marchwiowo-pomarańczowego (pycha!). Chlebna zakwasie kroili chyba wszyscy po kolei bo każdy chciał skosztować cieplutkiego bochenka który niedawno wyjęłam z pieca. Gdy już jajka faszerowane obiecująco skwierczały na maśle a babka drożdżowa rosła w piekarniku odetchnęliśmy z ulgą. Zaraz będziemy jeść a tuż po śniadaniu… decoupage.

Śniadanie było nie lada wyzwaniem dla tych, którzy starali się jeść powoli i delektować się smakiem. Nie dość, że wygłodzeni, wystawieni na liczne próby podczas przygotowań posiłku to jeszcze czekaliśmy na robienie pisanek, techniką, której tajniki miał nam wyjawić Marcin. Ostatnio, jego zachłanne i zwinne ręce  pokrywały techniką naklejania i lakierowania wszystko co znalazło się w ich zasięgu. Baliśmy się go trochę… Gdy tylko zaspokoiliśmy jedną z podstawowych ludzkich potrzeb, a przecież nic  co ludzkie nie jest nam obce, zabraliśmy się za sztukę będącą zapewne dużo wyżej na piramidzie Maslowa. Jajeczka powstawały w wesołej atmosferze i skupieniu, które okazało się mieć walory również terapeutyczne. Wstaliśmy od stołu rozluźnieni i lżejsi o kilka trosk. Tak działa wspaniałe towarzystwo, dobre jedzenie i wspólna twórczość. Działa na pewno na zdrowie!

Ale, ale… my tu sobie „pisanki” urządzamy a święta za pasem. I okna jeszcze nie umyte. Zabieramy się do pracy…

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami!

Photos by Milo