Mrozy a stół…


Nadeszły upragnione mrozy i to od razu w formie wybujałej bo jak się marzy, to trzeba marzyć ostrożnie, tak aby spełnienie marzeń nie przeszło naszych najskrytszych oczekiwań. A mrozy mamy teraz siarczyste… Podobno w takich warunkach temperaturowych najlepiej jadać częściej (4-5 posiłków dziennie) tak jak jedna z nas ma w zwyczaju (Lidka nie zapomnij o obiedzie!). Posiłki co 2-3 godziny pozwolą naszemu organizmowi dogrzewać się regularnie. Bo same polarki i kurteczki-śpiworki nie wystarczą. Najlepiej grzać się od samego środka. Kolejna dobra wiadomość to to, że możemy jeść nieco więcej. W ogóle w takie mrozy należy być dla siebie łaskawym. Posiłki zjadajmy ciepłe a nie gorące. Podobno w ten sposób najlepiej oszczędzamy potrzebną nam energię. Czyli na ciepło się raczmy i oczywiście w miłym towarzystwie (uwaga na trawienie).

Idealna będzie ciepła ZUPA Z SOCZEWICY, nasz niewątpliwy ostatni przebój. Porcja warzyw podana w optymalnej temperaturze (czyli na ciepło) zaopatrzy nas w składniki obronne. Witaminy i mikroelementy. Bo warzywa są jak lekarstwa. Porcja REDEMTION SOUP na śniadanie (w takie mrozy nie mam mowy o pominięciu śniadania) to doskonała zbroja do walki z osłabieniem i wyziębieniem. Czyli: należy uzbroić się w warzywa!

I to nieopanowane zapotrzebowanie na witaminę C. Opowiadałam Wam jak rzuciłam się na CYTRYNOWĄ ROSZPONKĘ kilka dni temu. I choć teoretycznie surowe rzeczy nie pasują do „mroźnego menu” (podobie jak cytrusy) czesem warto posłuchać instynktu. Folgujmy takim potrzebom. Słuchanie ciała, świetnie działa, a współczeny człowiek jest raczej ogłuszony i niewiele rozmów ze swoim organizmem przeprowadza.

Kierując się staropolską zasadą, „jest zima-jest kiszonka” (no może nie ma takiej zasady jasno sformułowanej ale na pewno stosuje się ją od stuleci) zajadajmy kiszonki. Rzucajmy się zatem na surówkę z kiszonej kapusty i ogóreczki ze słoiczków przygotowane jesienią (Hmm?). Zaserwujmy sobie ROSOLNIK a będzie to pożywna, rozgrzewająca zupa i ogórki w jednym. Ale nie wzgardźmy też natką. Posypujmy nią niecnie wszystkie potrawy, które nawiną nam się pod rękę. Albo zaserwujmy sobie od razu natkę w ilości znacznej. Polecamy: PESTO Z NATKI PIETRUSZKI lub TABULEH.  W ogóle nie pomijajmy przypraw, ostrych i aromatycznych. Chyba nie jest tajemnicą jak działa imbir i chili. Polecamy MAKARON Z SOSEM POMIDOROWYM z dodatkiem rzeczonych przypraw. Dałam się ponieść skłonności do podróży. Mimo wszystko należy pamiętać, w jakiej strefie klimatycznej żyjemy. Wprawdzie większość z nas na codzień korzysta z menu globalnej wioski (i dobrze) lecz teraz, w ekstremalnych warunkach przyjrzyjmy się nieco łaskawiej tradycyjnemu polskiemu menu. Stara dobra tradycja…

I nie mówię tu o schabowym w panierce z ziemnakiem. Chodzi o prawdziwie tradycyjną polską kuchnię bogatą w kasze i inne węglowodany (zimą pamiętajmy o pochodzącej z nich energii) nie wywodzące się z cukrów prostych. Polecamy Wam RISOTTO Z KASZY GRYCZANEJ jako cudowny dodatek do posiłku albo danie samo w sobie . I nie zapominajcie o „jaglance”, to podobno naturalny antybiotyk. Zamiast białego pieczywa (jakież to nudne tak w kółko powtarzać…) pamiętajcie o pełnoziarnistym. Nie przejadł się nam jeszcze nasz przebojowy CHLEB Z ZIARNAMI.

A na koniec zła wiadomość. Mrozy nie zwalniają nas z obowiązku aktywności fizycznej. Właśnie w takie mrozy trzeba się ruszać. Choćby spinając mięśnie podczas siedzenia na kanapie….

Szykujemy dla Was kolejne mroźne niespodzianki. I życzymy smacznego! Z całych naszych, gorących serc!

Photo by Kamil/magazynwrazen.pl, Milo, Borys/positivestudio.pl

 

Zupa z soczewicy, marchewki i… (zupa Agnieszki)

Urzekła mnie ta zupa zaserwowana na sylwestrowej prywatce przez moją uroczą sąsiadkę Agnieszkę. Tęskniąc za jej smakiem w nowym roku wymusiłam na Agnieszce przepis i oto jest, wkroczyłam z jej aromatem w 2012. Zupa cieszyła podniebienia moje i najbliższych przez kilka dnia. Jest smaczna, pożywna i zaskakująca. Polecam…

  • szklanka ziaren zielonej soczewicy
  • 5 dużych marchewek
  • 2 duże pietruszki
  • pół selera
  • 1 duża cebula
  • ziarna kminku
  • 0,5 litra mleka
  • 2,5 szklanki wody
  • 1 papryczka chili (świeża lub suszona)
  • 2 ząbki czosnku
  • sól, pieprz do smaku
  • olej roślinny
  • oliwa z oliwek (najlepiej z chili) do dekoracji

W dużym rondlu rozgrzewamy olej,  wrzucamy posiekaną nieprzesadnie drobno cebulę i czosnek. Dodajemy ziarna kminku, oraz pożądaną ilość chili. Wszystko razem podsmażamy do momentu uzyskania przez cebulę szklistości. Następnie wrzucamy starte  wcześniej warzywa i soczewicę w ziarnach do naszego rondla z cebulą, czosnkiem itp. Najłatwiej warzywa potraktować maszyną szatkującą ale ewentualnie można zrobić to ręcznie. Warzywa podsmażamy chwilę (około 5 minut) a następnie należy zalać je mlekiem i wodą, doprawić do smaku,  i gotować aż zmiękną. Gdy to się stanie przychodzi czas na miksowanie. Uważamy, że nie ma potrzeby mielić tego na zupełnie gładką masę. Miło jest gdy zupa delikatnie chrupie. W razie potrzeby, gdyby okazała się zbyt gęsta, można zwiększyć ilość użytego mleka i wody.

Proponujemy aby zupę podawać posypaną groszkiem ptysiowym lub grzankami i koniecznie skropioną po wierzchu oliwą chili oraz potraktowaną kilkoma uprażonymi ziarnami kminku.

Smacznego!

Photo by Iza

Kto słucha brzucha?

Bardzo trudno jest współczesnemu człowiekowi zachować rozsądny stosunek do jedzenia. Większość ludzi w naszej strefie kulturowej zmaga się z jego nadmiarem podczas gdy w innym miejscach globu ludzie umierają z głodu. Niewiarygodne to i przerażające. Trochę wstyd się przyznać ale od przybytku głowy i brzuchy nas bolą a niektórych pewnie i sumienia. Tyle złych emocji wiąże się z jedzeniem, że trudno uwierzyć, że jesteśmy tak skonstruowani, żeby ciesząc się, ba, rozkoszować się posiłkami regulować sobie własne potrzeby i orientować się kiedy mam już dość. Większość z nas zatraciła pradawne instykty. Balansujemy pomiędzy obżarstwem a ciągłym odmawianiem sobie i ograniczeniom. Jedno rujnuje zdrowie, drugie rodzi frustrację. Żadne z tych wyjść nas nie powala. Chcemy, i pragniemy szukać złotego środka, a tym samym znów nauczyć się słyszeć nas organizm. Bo on do nas mówi, tylko my nie umiemy usłyszeć.

Ostatnio dostałam od przyjaciół pięknego maila z budzącymi refleksję słowami Dalajlamy, zadziwionego gatunkiem zwanym ludzkością. Zapytano go o to co najbardziej go zadziwia:

” Człowiek. Bo poświęca swoje zdrowie, by zarabiać pieniądze. Następnie poświęca pieniądze, by odzyskać zdrowie. Oprócz tego jest zaniepokojony swoją przyszłością, że nie cieszy się z teraźniejszości; w rezultacie nie żyje ani w teraźniejszości ani w przyszłości; żyje tak, jakby nigdy nie miał umrzeć po czym umiera, tak naprawdę nie żyjąc.”

Pięknie sformułowana smutna prawda. Nie umiemy korzystać z dobrobytu. Nadmiar nas gubi a my gubimy się w nadmiarze. A szkoda, bo życie naprawdę potrafi być piękne.

Sposób odżywiania w dużym stopniu wynika z filozofii życia, z tego jakie wartości chronimy i jacy pragniemy być. Jeśli nie będziemy się kochać i szanować po co nam piękne i smaczne posiłki? Wtedy możemy zjeść cokolwiek, gdziekolwiek i jakkolwiek. A byłoby szkoda…

Nie dajmy się pogoni, brakowi czasu i cywilizacyjnej chandrze. Posłuchajmy siebie a raczej własnego brzucha. Podobno, żeby przetrwać porę roku, która nam teraz towarzyszy trzeba się wysypiać, ubierać odpowiednio do pogody i odżywiać stosownie do zapotrzebowań. Nie przejadajmy się ale dostarczajmy sobie potrzebnych do życia składników.

Oto przepis na niezwykle szybkie, niskokaloryczny i pełen witamin i mikroelementów danie, które poprawia humor i nasyca w cudowny wręcz sposób.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CHIŃSKI MAKARON NA SZYBKO

  •  makaron chiński (ryżowy lub pszenny)
  • 2 średnie cebule
  • 2 ząbki czosnku
  • około 3 cm-owy kawałek korzenia imbiru
  • 2 łyżeczki jasnego sosu sojowego
  • pęczek natki pietruszki
  • łyżka pestek słonecznika
  • olej roślinny
  • sól i pieprz
Cebule kroimy w kostkę (niekoniecznie bardzo drobno). Wrzucamy ją na delikatnie podgrzany olej i rozpoczynamy smażenie. Dodajemy w następnej kolejności drobno posiekany czosnek i imbir. Co jakiś czas mieszamy. Gdy cebula nabierze złotawego koloru wlewamy sos sojowy i przykrywamy patelnię na jakieś 4 minuty. W tym czasie przygotowujemy makaron wg przepisu podanego na opakowaniu oraz prażymy pestki słonecznika. Oczywiście na suchej patelni. Gdy składniki zmiękną na patelnię dodajemy makaron i pokrojoną dość drobno natkę pietruszki (w zatrważającej ilości). Rozkładamy danie na talerzach i posypujemy prażonymi pestkami. Podajemy niezwłocznie gdyż jest bardzo pyszne.
Wielce Smacznego!
Photo by Iza

Makaron z sosem szpinakowym i ziarnami

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przepis już niemal klasyczny. Wspaniałe danie, i to nie tylko ze względu na oszczędność czasu ale również pożywny charakter i uniwersalne przesłanie. Lubią je nawet najbardziej wymagający ze wszystkich konsumentów, czyli dzieci. Czy jest to danie dietetyczne (oczywiście w naszym rozumieniu)? Hmm… Chyba, mimo wszystko tak. Jest mocno sycące i nie sposób zjeść go przesadnie dużo. Poza tym można pokusić się o kilka lżejszych zamienników. Należy jednak zastanowić się czy rzeczywiście muszę „zjeść” michę czy wystarczy tylko miseczka? Jedzmy powoli ciesząc się każdym kęsem i delektując smakiem

Nasze danie podstawowe wzbogaciłyśmy o element „chrupalny”. Było warto!

A oto składniki, których potrzebujemy do przygotowania dania:

  • około 400 g makaronu spaghetti z ciemnej mąki
  • jedno opakowanie mrożonego szpinaku (będzie szybciej choć świeży, jak wiadomo, rządzi)
  • około 100 g sera rokpol
  • 5 łyżek śmietany 18% (można zamienić na 12-tkę lub jogurt naturalny oczywiście nie light)
  • 2 duże, lub 3 małe ząbki czosnku
  • sól i pieprz do smaku
  • około 3 łyżek prażonych na suchej patelni pestek  słonecznika i dyni
I do roboty. Dobrze jest nieco rozmrozić szpinak i odlać powstała w procesie wodę. Na patelnię wlewamy kapkę oleju roślinnego i wrzucamy szpinak. Staramy się go rozmrozić  do końca i delikatnie przysmażyć. Do szpinaku dodajemy obrane i wyciśnięte ząbki czosnku. Chwilę mieszamy i wrzucamy ser w kawałkach. Mieszając pozwalamy mu się rozpuścić i połączyć ze szpinakiem. Przyszedł czas na śmietanę. Łączymy ją z całością i doprowadzamy sos do wrzenia. Dodajemy trochę soli (nie za dużo, bo ser jest słony) i pieprzu. Możemy wyłączyć palnik. Teraz dosypujemy pestki zostawiając kilka do ozdoby. Sos jest gotowy.
Do tak przygotowanego sosu dodajemy makaron, nigdy odwrotnie, bo może okazać się że sosu mamy zbyt mało i danie będzie za suche, a co z tym idzie niekoniecznie, smaczne. To jest zasada którą stosujemy we wszystkich rodzajach sosów.
Nasz makaron podajemy z ziarnami. Można też dodać kilka listków zieleninki. Bazylia będzie idealna.
Smacznego, zdrowego i estetycznego!
Photo by Iza

 

Nowy, pożywny, „nieprzesadnie” kaloryczny przepis

Kochani, specjalnie dla Was, nowy przepis z serii „poszukiwanie złotego środka”. Tym razem na bolognese wegetariańskie, makaron z pomidorowym sosem wzbogaconym cieciorką. Oczywiście makaron z semoliny, dużo mniej tuczący i, jak wieść niesie, o niebo zdrowszy od tych powszechnie używanych. Danie jest łatwe w przygotowaniu ( nie mówiąc o tym, że robi się je dziecinnie prosto) bogate w białko i praktycznie pozbawione tłuszczu. A dodatkowo, co bardzo istotne Smakuje również na zimno.
Do zrobienia naszej „złoto środkowej” potrawy potrzebujemy:
  • 1 dużą cebulę
  • 1 czerwoną paprykę
  • 3 ząbki czosnku
  • 1 małe chilli
  • 1 puszkę cieciorki
  • 1 puszkę krojonych pomidorów
  • 2 łyżki oliwy
  • sól, świeży pieprz
  • 1/2 pęczka natki pietruszki
  • 500 g makaronu z semoliny lub razowego

Na patelni rozgrzewamy oliwę i podsmażamy na niej oczyszczone i pokrojone w drobną kostkę: cebulę, czosnek (te idą jako pierwsze), paprykę i chilli. Gdy warzywa zmiękną (po około 10 minutach) dodajemy pomidory i odsączoną z wody cieciorkę. dusimy jeszcze przez chwilę. Całość przyprawiamy do smaku solą i pieprzem.
Do tak przygotowanego sosu dodajemy makaron, nigdy odwrotnie, bo może okazać się że sosu mamy zbyt mało i będzie za suchy, a co z tym idzie niekoniecznie, smaczny. To jest zasada którą stosujemy we wszystkich rodzajach sosów. Już na talerzach posypujemy pietruszką wegług upodobań, my zawsze robimy to baaardzo obficie.
Smacznego!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Photo by Iza

Pierwszy krok czyli jak zaczynam mój dzień

Czas na kolejny krok, delikatnie obsunięty w czasie bo dużo upływa nam go na rozmowach i rozmyślaniach nad nową tematyką (ale prawda jest taka, że nie tylko nad tym). Drugi wpis i pierwszy krok, o którym warto napomknąć i wziąć sobie do serca.Temat pt: Jak zaczynam? Wierzymy głęboko w to, że im lepszy start sobie zapewnimy tym łatwiejszy będzie nasz bieg do mety. A my ten bieg chcemy sobie ułatwiać a nie utrudniać. No przecież! Chcemy też ostrzec wszystkich czekających na kalorie i ich dokładne liczenie. Nie będzie w naszym „Złotym środku” liczenia kalorii. Będzie szukanie rozwiązań na lepsze, zdrowsze i milsze życie. Owszem, będą lżejsze dania, i to nierzadko, ale żadnego popadania w obsesje. Uważamy, że licznie kalorii działa destabilizująco i nadto obciąża psychikę. Ale, ale, wracamy do tematu. Konkretyzując, będzie nim kwestia: Jak zaczynam mój dzień?

 

Chcemy Was namówić do refleksji. Podobno kluczowe znaczenie ma dla naszego organizmu i naszego samopoczucia to jakie działania podejmujemy tuż po przebudzeniu. Nie będziemy zaczynać od tego jak powinno się wstawać choć to również temat rzeka ale zajmiemy się się tym co zrobić tuż po wstaniu, żeby przygotować się na nadchodzący czas i związane z nim wymagania. Pierwsza rzecz, którą udało nam się zauważyć po rozmowach z przyjaciołmi i siegając do własnego doświadczenia to wieczny pośpiech. Jakże my go nie lubimy. Gdy już rano wpadnie się w przyspieszenie ponaddźwiękowe trudno z niego wypaść i wszystko co robimy robimy pobieżnie i  bez radości. A tego byśmy nie chcieli. Drodzy nasi, od jutra nastawiamy budziki o 10 minut wcześniej i dajemy sobie chwilę na poranną refleksję, atak porannych kremów i…. No właśnie, co dalej albo nawet wcześniej.
My mamy swój pomysł i chcemy się nim z wami podzielić. Nasz dzień zaczyna się codziennie tak samo. Ktoś mógłby powiedzieć „ale nuda” ale wierzcie nam nic bardziej mylnego. Napój bogów, którym co dzień witamy codzienność daje nam poczucie, że jesteśmy wyjątkowe, piękniejsze i zdrowsze. Wiem, że brzmi to wszystko pompatycznie i niewiarygodnie ale może odbierze nieco powagi fakt, że napojem tym jest woda. Czy po prostu woda? Prawie po prostu. Rano nalewamy sobie 3/4 szklanki zimnej wody, 1/4 wrzątku i dodajemy gruby plasterek cytryny, pomarańczy albo limonki (wiele zależy od nastroju). Wypijamy nasz napój zanim zaczniemy jakiekolwiek działania. Podobno jeszcze lepiej działa i smakuje woda z cytrusem gdy zaleje się go na noc wodą a rano jedynie doleje wrzątku. Dla jeszcze bardziej ambitnych mamy propozycję napoju nieco bardziej wysublimowanego.
  • 1 l niegazowanej wody źródlanej
  • 2 cytryny
  • 2-3 łyżek miodu
  • ewentualnie kilka
    listków mięty

Jedną cytrynę kroimy w plastry, z drugiej wyciskamy sok, wszystko wrzucamy do dzbanka, dodajemy miód. Całość zalewamy wodę i mieszamy. Na koniec wrzucamy listki mięty. Lemoniada gotowa!
Jeżeli chcemy żeby lemoniada była miętadą, zamiast jednej cytryny dajemy garść bardzo drobno posiekanej, a najlepiej zmiksowanej mięty. Pychota!!!!

I czyż dzień rozpoczęty takim rytuałem nie będzie piękniejszy. Vivat rytuały, kochamy rytuały.

A jak Wy zaczynacie swój dzień? Czy jutro odbędzie się powitanie nowego toastem z napoju bogów? Czekamy na Wasze propozycje…

Photo by Adam Bondarowicz

Dieta na całe życie czyli złoty środek


I nas to dopadło. Rzecz będzie o dietach i choć nieco nam wstyd nie mogłyśmy się dłużej opierać. Jak wiecie zapewne nie jesteśmy wielkimi fankami diet. Do życia i jedzenia staramy się mieć stosunek racjonalny i radosny. Nie żyjemy po to aby jeść ale też nie żyjemy po to aby wyglądać choć lubimy zarówno jeść, jak i wyglądać. Preferujemy złoty środek co prezentujemy w NASZYM MANIFEŚCIE. Wydaje się, że złoty środek to gotowe rozwiązanie i należy jej tylko wprowadzić w życie i jedząc wyglądać. Ale złoty środek, podobnie jak kamień filozoficzny to niedościgniony obiekt pożądania ludzkości od tysiącleci. Obiekt pragnień, nieskończonych obliczeń i marzeń. Gdyby tylko zdobyć złoty środek można by wreszcie wtedy zapewne precyzyjnie zdefiniować szczęście. W tym wypadku gonienie króliczka jest mniej ciekawe niż złapanie króliczka. Oj przydałby się nam złoty środek.

Podsumujmy: nie wierząc w diety a wierząc w złoty środek pozostajemy nieco skonsternowane i zagubione w obliczu trudności związanych z zachowaniem stałej wagi przy jednoczesnym zdrowym i smacznym odżywianiu. Ale nie rezygnujemy. Zachęcone przez jedną z naszych koleżanek, która próbuje usilnie zrzucić parę kilo postanowiłyśmy się pokusić o niemożliwe i odnaleźć złoty środek. Będziemy się posiłkować własnym doświadczeniem, doświadczeniem mądrzejszych od nas, zdrowym rozsądkiem i dobrym planem. Trzeba od czegoś zacząć.

Jedno jest pewne, z całą stanowczością odrzucamy diety restrykcyjne, krótkoterminowe, nieurozmaicone i przesadnie niskokaloryczne. Nie wierzymy w nie a co więcej wiemy jak wiele złych konsekwencji ze sobą niosą, wśród których efekt jo-jo to najmniejszy problem. Zaczynamy od tego że odrzucamy klasyczne diety i jest to nasz punkt pierwszy. Jeżeli ktoś z naszych czytelników ma problem z wagą, prawdziwy, stanowiący zagrożenie dla zdrowia lub dobrego samopoczucia powinien się naszym zdaniem zgłosić do lekarza. Możemy polecić zaprzyjaźnionego z nami dietetyka Michała Mularczyka. Człowiek jest zaufany i sprawdzony.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

My pragniemy się zająć czymś nieco innym a mianowicie zmianą stylu życia albo raczej znalezieniem stylu życia, który nam pomoże utrzmać stałą wagę, zdrowie i dobre samopoczucie. Punkt drugi zatem to kolejne założenie, smutne i radosne zarazem: nasz złoty środek, nasza dieta, a raczej nasz nowy styl, to zadanie na całe życie. Tym większa spoczywa na nas odpowiedzialność.  Jak widzimy sprawa jest poważna. Zajmiemy się nią precyzyjnie, planowo i konsekwentnie. Założenie jest takie aby do końca roku skrystalizował się jakiś pomysł. Czy się uda? Z Waszą pomocą na pewno. Dziś pierwszy upominek dla Was. Przepis na zupę, pożywną, smaczną, łatwą, dość niskokaloryczną i kolorową. To nasz upominek,  a Wy obiecajcie, że przez cały okres poszukiwań przynajmniej jeden wasz posiłek będzie przygotowany w domu przez Was lub bliską Wam osobę. Mocno wierzymy, że najzdrowiej i bez niepotrzebnych pustych kalorii jada się w domu. Także rączki zakasujemy i robimy prostą i przepyszną ZUPĘ RYBNĄ W STYLU TAJSKIM. A jutro kolejny odcinek „ZŁOTEGO ŚRODKA”. Obiecujemy!

A oto nasz pierwszy krok:

  • 2 l wywaru warzywnego (można go przygotować o tak)
  • 3-4 marchewki
  • 400 dkg świeżego łososia
  • około 10 krewetek
  • puszka mleczka kokosowego
  • kilka namoczonych (dziesięć minut we wrzątku) grzybów Mun
  • 2 papryczki chilli
  • około 2 cm świeżego imbiru
  • jedna limonka (ewentualnie cytryna)
  • sos sojowy
  • pęczek posiekanego szczypiorku lub kolendry, albo trochę tego i tego
  • 1 mała paczka cieniutkiego makarony ryżowego

Marchewkę ścieramy na tarce o grubych oczkach, imbir na mniejszych i podsmażamy chwilę na oliwie w głębokim rondlu lub garnku o grubym dnie. Po podsmażeniu składników do garnka dodajemy bulion i doprowadzamy do wrzenia. Dorzucamy pokrojoną drobno papryczkę chilli (jeżeli nie lubimy dań ostrych dodajemy papryczki bez pestek). Zmniejszamy płomień pod wywarem, wlewamy mleczko kokosowe i dodajemy rybę (wcześniej umytą, oczyszczoną i pozbawioną ości) pokrojoną w dużą kostkę oraz pokrojone w paseczki grzyby Mun. Całość gotujemy około 5 minut. Przyprawiamy sosem sojowym, sokiem z limonki.
Makaron ryżowy przygotowujemy zgodnie z opisem z opakowania (niektóre się chwilę gotuje a inne tylko zalewa wrzątkiem). Zupę podajemy z makaronem, posypaną ziołami i ewentualnie uprażonym sezamem.
Zupa jest niezwykle „szybka”, a jeżeli mamy gotowy bulion to wprost błyskawiczna i treściwa, więc spokojnie wystarcza za cały posiłek. Smacznego.

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Kamil/magazynwrazen.pl i Iza

Eliksir młodości – BROKUŁ

Amerykańscy naukowcy lubią bawić się w odkrywców. Cały świat patrzy im na ręce i czują się zobowiązani do zaskakiwania, rewolucjonizowania i zwyciężania. Aby osiągać wysoko postawione cele niemal bez przerwy eksperymentują. Bawią sie również jedzeniem chociaż od dziecka powtarza się nam aby tego nie robić. Na przykład bawiąc się brokułami odkryli, że są one „Żywieniowym Świętym Graalem”  i gdyby tylko mogli, na ich zielonej koronie umieścicili by złotą. Brokuły wygrywają. W bardzo wielu konkurencjach.

Brygada pewnego pana naukowca, (który zwie się Andre Nel i zabawia się jedzeniem w Los Angeles a dokładnie w University of Kalifornia) przekonała się, że sulforafan, którego pełno jest w brokułach, generuje w komórkach procesy zwalczania wolnych rodników. A za co są odpowiedzialne wolne rodniki tlenowe, łobuzy? Za starzenie (choć mają też swoje zasługi, ale przecież nie o tym). Rzeczony, magiczny sulforafan (nazwa godna doprawdy niewidzialnej substancji) zwalcza owe rodniki i wzmacnia układ odpornościowy. A co za tym idzie zapobiega chorobom związanym ze starością takim jak: przypadłości układu krążenia, zwyrodnienie stawów, cukrzyca typu II czy nowotwory. Prawdziwy z niego rycerz. Podobno to co odkryła drużyna z University of Kalifornia to dopiero wierzchołek góry lodowej i czeka nas jeszcze wiele niespodzianek. Wykwalifikowani do zabaw z jedzeniem specjaliści zalecają regularne spożywanie warzyw kapustnych czyli: kalafiora, brukselki, kapusty i przede wszystkim brokułów. Gdyż brokuły  są cudowne. Głównie ze względu na swoją wszechstronność. Zachowują się trochę tak jakby nie były jednym warzywem ale co najmniej dziesięcioma! Poza tym kalorie… My ich wprawdzie nie liczymy, ale dla tych którzy to robią ważna informacja – brokuły mają ich jak na lekarstwo!

Zaakceptujmy więc brokuły z całym dobrodziejstwem inwentarza, nawet ich specyficznym zapachem wydzielającym się podczas gotowania (obecność związków siarki), łatwością rozgotowywania i koniecznością dokładnego, uważnego mycia. Zawierają tyle  związków odżywczych i  bioaktywnych, że należy im się pokłon i wysokie miejsce na liście naszych posiłków. My zrobiłyśmy z nich zupę. Pyszną, chrupiącą (Zainspirowała nas Milena z MILI MOI swoją chrupiącą imbirową) i odmładzającą. Zjadłyśmy ją podczas cudownego spotkania, na którym okazała się nasza zupa być również „kid friendly”. Dziś otrzymałyśmy komplmenty, że wygłądamy pięknie, tak jakoś młodziej czy co… Zdaje się, że to dzięki naszemu chrupiącemu kremowi.

Do wykonania eliksiru młodości potrzebne są nam:

  • włoszczyzna (3 marchewki, 1 pietruszka, por, kawałek selera, kawałek kapusty włoskiej)
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 cebule
  • 2 ziemniaki
  • 1 duży brokuł
  • 2 łyżki oliwy
  • (ewentualnie) 2 trójkąciki serka topionego o smaku śmietankowym lub śmietana
  • przyprawy: sól, pieprz, świeża bazylia lub natka pietruszki, łyżeczka ekologicznej przyprawy uniwersalnej
  • opakowanie pestek słonecznika

A robimy go tak:

W około 2 l wody gotujemy bulion z włoszczyzny i czosnku pamiętając aby do wody wlać 2 łyżki oliwy (niektóre witaminy potrzebują tłuszczu aby rozpuścić się w wodzie). Bulion gotujemy krótko (około 50 minut) na wolnym ogniu, dodając wcześniej kilka listków laurowych i ziele angielskie. My wrzuciłyśmy jeszcze ekologiczną przyprawę uniwersalną. Po wyznaczonym czasie wyławiamy warzywa i wrzucamy zeszkloną wcześniej na patelni cebulę i podsmażone delikatnie ziemniaki. Gotujemy całość około 10 minut i wrzucamy rozdzielony na kawałki brokuł. Dodajemy trochę soli i pieprzu oraz kilka listków bazylii (lub zielonej pietruszki). Wszystko musi się jeszcze podgotować około 5 minut. Wyłączamy garnek i dodajemy dwa „ząbki” serka topionego. Całość miksujemy. Gdyby by krem był zbyt rzadki możemy „domiksować”  część wcześniej wyłowionych warzyw. My podałyśmy naszą zupę z prażonymi pestkami słonecznika. Nie potrzeba wtedy żadnych grzanek a krem jest pożywny i cudownie chrupie. Pamiętajmy żeby prażyć pestki ostrożnie, łatwo ulegają spaleniu.  Można zupę również ozdobić łyżeczką śmietany i listkami bazylii lub natki. Życzymy smacznego. Bo będzie… Pycha! I jeszcze jedna pycha, przypominamy BROKUŁY Z SOSEM KAPAROWO -MUSZTARDOWYM.

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Adam i Iza