Zupa wiśniowa zwana „Wiśnią”

  • 1 kg wydrylowanych wiśni
  • około 1  łyżeczki mąki ziemniaczanej
  • cukier (do smaku), można dodać odrobinę cukru z prawdziwą wanilią
  • przyprawy: 4 goździki, 1/4 łyżeczki mielonego cynamonu
  • opcjonalnie 1/2 szklanki słodkiej śmietanki 36%

Wiśnie, razem z sokiem który puściły podczas drylowana, zalewamy ok 1,5 litra wody, i dodajemy przyprawy. Całość gotujemy około 30-40 minut, aż owoce staną się miękkie. W małej miseczce lub kubku mąkę ziemniaczaną rozrabiamy w odrobinie zimnej wody. Mieszając wlewamy do zupy. Zupę, już prawie na koniec, słodzimy do smaku.
My proponujemy podawanie zupy wiśniowej ze śmietanką. Dodajemy ją jak zupa lekko przestygnie. Można też, ewentualnie, udekorować ją kleksem śmietany już na talerzu.

Podajemy z łazankami lub lanymi kluseczkami. Smacznego!

Zapraszamy do lektury spotkania przy stole: Potęga rytuału

Potęga rytuału

Czym byłaby kultura bez ceremoniałów, rytuałów i społecznych poruszeń? Nie wiem bo nie sposób jej sobie takiej wyobrazić. Pewnie po prostu by jej nie było. Jaki byłby świat bez kultury? Nie wiem bo człowiek bez niej moim zdaniem nie istnieje. Nie należę do typu osób buntujących się przeciw konieczności uczestnictwa w rytuałach, co więcej wierzę, że odprawianie powszednich ceremonii pozwala przetrwać w jakże koniecznej i przejmującej na wskroś codzienności. Kocham świętować, hołdować zwyczajom, odprawiać gremialne czary mad stołem pokrytym magicznymi papkami i eliksirami. W kuchni czuję się jak czarownica a przepisy brzmią dla mnie jak zaklęcia. Tym mocniej przywiązuję się do miejsc, które z magią ceremoniału są za pan brat.

Miejsce, w którym jestem rytuał wpisany ma w swoją istotę. Ma też wieloletnią tradycję, krążące o sobie legendy i plejadę talentów, ludzi nietuzinkowych, które to uroczysko od lat nawiedzają. Moi bliscy przyjeżdżają tu od półwiecza i choć mi jest dane dopiero dziesięciolecie już mogę się pochwalić pięknymi przyjaźniami, które wśród wakacyjnych ceremonii się zrodziły. Na magię tego miejsca składa się wiele elementów. Wiele z nich umyka sprytnie werbalizacji, nie mieści się w rzeczach widomych a jest raczej pozytywną energią, której skutki działania są po prostu na wskroś odczuwalne. Tutaj bez odprawiania czarów nie ma posiłku. Panie podające dania, niczym dobre wróżki, dbają o magiczny klimat w stołówce, w której rodzi się poczucie wspólnoty. Bo posiłek do doskonały moment, żeby poczuć się przynależnym. Dobre wróżki są zawsze odświętnie, schludnie (uwielbiam to słowo, kwintesencja dobrego wychowania) ubrane i mimo, że wszyscy je przed chwilą widzieli w codziennych strojach nie pozwolą aby ktoś dostał dymiący półmisek od osoby nie przybleczonej w biel.

Rytm daje mi poczucie bezpieczeństwa, lubię posiłki o stałej porze, przewidywalny przebieg zdarzeń. Lubię wiedzieć gdzie siedzę i kogo spotkam przy stoliku obok. Uwielbiam śpiew mojego żołądka, który przypomina mi, że nadeszła pora obiadu. Uwielbiam podporządkowywać rytmowi kulinarnemu rytm dnia. Oczywiście nie wiem jak znosiłabym to przez dłuższy czas. W obrębie wakacyjnego wypoczynku sprawia mi to szaleńczą przyjemność. Tu powtarzalność działa kojąco. Tutaj czuć zapach tradycji, a w ustach, na długo zostaje smak sentymentalnej podróży, smak (bóg mi świadkiem, że nie chciałam tego użyć tego sformułowania, ale muszę) smak dzieciństwa. Tutaj panuje ta fascynująca niezmienność, która porusza delikatne struny w mojej pamięci. Łza kręci się w oku. Nie zmienia to jednak faktu, że uwielbiam poszukiwania. Powtarzalność to jedno, a poszukiwanie nowości to drugie. Zwłaszcza, że nic nie stoi na przeszkodzie aby z nowinki zrobić kolejny piękny zwyczaj.

Dziś podano zupę wiśniową z łazankami oraz kurczaka z ryżem i sosem cytrynowym. Ja, niejedząca mięsa, dostaję zazwyczaj jakieś miłe zamienniki. To jajko sadzone, a to ser panierowany. To czarodziejskie miejsce otwiera się na nowe zwyczaje kulinarne mimo przyświecającej tu zasada „jak nie zjesz mięsa dwa razy dziennie, lepiej nie wychodź z domu”. Co dzień na stole witają nas cudowne desery, nie sposób opisać jak są piękne. Jednego dnia przez cały posiłek zerkają na nas idealnie kształtne ptysie, innym razem perfekcyjna w każdym calu szarlotka kusi widoczną kruchością. Wiem, wiem, że to niezdrowo i bez sensu jeść ciągle słodycze. Gdybym codziennie odprawiała takie rytuału mogłabym mieć do siebie pretensje. Ale przecież pobyt tutakj to święto, kawałek polskiej tradycyjnej gościnności najlepszej jakości. Czujemy się tutaj chciani, lubiani i nieustannie zapraszani. Ci, którzy przychodzą tylko na chwilę mogą być zaskoczeni skromnością i bezpretensjonalnością napotkanych okoliczności. Może im brakować pewnych luksusów i nowoczesnych rozwiązań. Dla mnie jest tu wszystko co trzeba: stare, drewniane schody, gong, który kiedyś wzywał do jadalni, spokój, przyjaciele, dobre duchy i magia rytuału.

Pisząc do Was zerkam na skąpany w słońcu i delikatnej mgle Giewont. Wiem, że będę tęsknić za rytualnym, porannym spojrzeniem na jego śpiącą dostojność. Wiem również, że przez kilka dni mój żołądek będzie obwieszczał czternastą miłym pomrukiem. Wracam do swoich domowych ceremoniałów.  Jednym z nich będzie ma pewno tęsknota za pewnym miejscem…

Dziękuję Ilonie za inspirację, za Fanny , za pocztową bibliotekę i telefoniczne recenzje i za to, że daje się poznawać. A wszystko zaczęło się w domu z rytuałem…

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Iza

Kameralnie-orientalnie

 

Odleciałyśmy ostatnio obie na punkcie orientalnych smaków. Z rozżewnieniem wspominamy Hinduski wieczór w Mili Moi, czujemy w ustach smak Phad Thai’a z boczniakami, wszędzie pachnie nam kolendrą. Ciągnie nas na wschód mocno; trudno się oprzeć. Nie, nie jesteśmy ekspertkami. Chcemy jednak eksplorować ten szeroki temat i korzystając z doświadczeń przyjaciół, możliwości rynkowych (przyprawy, ciekawe gastronomiczne adresy, interesujące publikacje) oraz tego, że świat wokół nas otwiera się na nowe wyzwania, postanowiłyśmy poszukiwać. Zważywszy na mieszankę kulturową, której na codzień doświadczamy nic nie już już tak oczywiste i proste. Nawet smaki potraw.

Naszym zdaniem każda okazja jest dobra do dokonywania prób i robienia eksperymentów. Chociażby taka, że trzeba coś dzieciom ugotować, albo też taka, że Lidzia akurat wpadła i obie jesteśmy głodne. Tym razem te dwie okazje zbiegły się w jednym czasie i miejscu. Dzieci głodne krążyły w okolicach kuchni zaglądając do garnków a Lidzia jadąc do nas kupiła bakłażana, kolendrę i morele. Ku radości młodych, kurczak ekologiczny się odmrażał, a ku mojej okazało się , że w lodówce jest jeszcze trochę korzenia imbiru. Spojrzawszy na bakłażany przypomniałam sobie jeden przepis Olivera ale postanowiłyśmy użyć „kulinarnej parafrazy” i nieco namieszać. Bo tego dnia nasz świat miał mieć smak orietu.

Mieszałyśmy tak skutecznie, że powstał BAKŁAŻAN A LA „TIKKA MASALA”. Rewelacja! Udało nam się idealnie skomponować smaki, nawet groszek, który początkowo wydawał mi się złym pomysłem okazał się pasować idealnie. Dopełnił całości i sprawił, że potrawa przestała być nieidentyfikowalną substancją, nabrała charakteru i niezwykle apetycznego wyglądu. Poza tym groszek dodał kolorytu, a wiadomo, że jak coś pasuje kolorystycznie najczęściej też świetnie smakuje. Nie obyło się oczywiście bez problemów. Marząc o sypkim ryżu gotowanym sposobem „na rękę” sięgnęłam po pojemnik z ryżem, który był prawie pusty. Plączące się dzieci same prosiły się o to, żeby je wysłać do sklepu.

Trzy razy były w delikatesach. Mali chłopcy , mój syn i goszczący u nas kuzyn, nie byli w stanie zapamiętać nazwy ekologicznego ryżu. A gdy wysłałyśmy je z pustym opakowaniem zgubili je po drodze. Wreszcie coś przynieśli. Na szczęście wałkowały się CHLEBKI „NAAN” jako zabezpiecznie. Żałowałyśmy potem, że zabrakło nam fantazji na wypróbowanie nowego przepisu. Jak wiadomo, najwygodniejsza jest droga do stajni, którą się już zna. Oczywiście największym przebojem okazał się KURCZAK KOKOSOWY Z MORELAMI. Oto co wiemy o nim na pewno: ważne jest aby morele były bardzo słodkie. Wszystko pachniało cudownie. Naany rumieniły się na patelni, jogurt i ryż czekały na stole a bakłażan zapraszał gotowy od dłuższego czasu. Zasiedliśmy do kameralnego posiłku. Kurczak, z powodu kwaskowatości moreli, był nieco cierpki ale dosrosłym to nie przeszkadzało. Ku naszemu zaskoczeniu zjadały go nawet dzieci. Niektórzy po prostu go pochłaniali. Było pysznie.

Święta mogą być zawsze. Egzotyczny ceremoniał, szczypta przypraw z dalekich stron, towarzystwo kochanych osób wystarczą aby nasz codzienny posiłek stał się niecodzienny. Poza tym niewielkie grono to doskonałe pole do prób i eksperymentów, mniej stresów a i mniejszą niesławą okrywamy się w razie niepowodzenia. Nie łatwo jest robić „doświadczenia kulinarne” na dzieciach. Ich wymagające kubki smakowe, wyczulone na wszelką ekscentryczność  i przesadę stają się surowymi sędziami w zetknięciu z nieznanymi smakami. Tym milej wspominamy nasze kameralne-orientalne spotkanie. W końcu niektórym dzieciom smakowało. Wiktor powiedział: „Ciociu, ryż naprawdę pyszny!”. Smacznego ryżu!

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

A oto inne potrawy z orientalną nutąi: Phad Thai, Szpinak plus kiełki z woka, Makaron ryżowy z sosem pomidorowo-serowym, Mango lassi, Sabji z listkami methi, Masala Tea, Curry warzywne,

Photo by Iza

Kurczak kokosowy z morelami

  • 2 filety z piersi kurczaka (wolny wybieg lub hodowla ekologiczna)
  • 3 cebule
  • 3 ząbki czosnku
  • 2,5 cm-owy kawałek korzenia imbiru
  • puszka mleka kokosowego (ok. 250 ml)
  • ok. 400 dkg świeżych, słodkich moreli
  • sok z 1/2 limonki lub cytryny
  • świeża papryczka chili
  • sól i świeży pieprz
  • 3 łyżki oleju
  • pęczek dymki

Kurczaka myjemy i zostawiamy do osuszenia na sitku. Na dużej patelni lub woku rozgrzewamy oliwę i wrzucamy drobno posiekany czosnek i imbir oraz pokrojoną w piórka cebulę. Kiedy cebula lekko się podsmaży dodajemy pokrojoną w paski pierś kurczaka. Smażymy delikatnie, uważając aby go zbytnio nie spiec. Po chwili od wrzucenia przyprawiamy i dodajemy mleko kokosowe. Całość dusimy 10-15 minut, wrzucamy pokrojone na ćwiartki morele i dusimy jeszcze około 5 minut.
Podajemy z posiekaną dymkę, ryżem lub chlebkiem naan.

Zapraszamy do lektury spotkania przy stole: Kameralnie-orientalnie.

Photo by Iza

Bakłażan a la „tikka masala”

  • 3 średnie bakłażany
  • 4 pomidory
  • 1 malutka, czerwona cebula
  • około 400 g zielonego groszku (lub jedna puszka)
  • 3-4 ząbki czosnku
  • 3 cm-owy kawałek imbiru
  • 1 łyżka kolendry w ziarnach, roztarta w moździeżu
  • 1 łyżeczka kminu rzymskiego
  • 1 łyżeczka garam masali
  • 1 łyżeczka wędzonej papryki
  • 50 ml naturalnego jogurtu
  • kilka łyżek oliwy
  • pęczek świerzej kolendry

W garnku o grubym dnie rozgrzewamy oliwę i wrzucamy drobno posiekany czosnek, cebulę i imbir. Kiedy czosnek i cebulka lekko się podsmażą dodajemy bakłażana pociętego na pół-talarki. Podczas smażenia na pewno będzie potrzeba dolania oliwy, więc dolewamy i oczywiście mieszamy. Kiedy bakłażan lekko sie podsmarzy dodajemy przyprawy i pokrojone na ćwiartki pomidory. Teraz gotujemy wszystko, a raczej dusimy pod przykryciem około 10-15 minut. Pod koniec (około 2 minuty przed końcem) dodajemy ugotowany wcześniej na parze groszek.
Po wyłączeniu gazu, lub zdjęciu potrawy  z płyty dodajemy jogurt.
Bakłażany podajemy obficie posypane posiekaną kolendrą, a najlepiej smakuje serwowany z dobrej jakości ryżem (który sam w sobie jest fajnym daniem) lub chlebkami naan. Smacznego!!!

Zapraszamy do lektury spotkania przy stole: Kameralnie-orientalnie.

Photo by Iza

Szarlotka „domowa”

Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że od lat poszukuję idealnej szarlotki. Jedną z moich ulubionych, w słodkiej, chrupiącej wersji, robi ciocia Krysia z Zacisza. Może kiedyś uda mi się ją namówić na uchylenie rąbka tajemnicy. Nie da się ukryć, jestem szarlotkowym szaleńcem i za kawałek dobrej, prawdziwej, zrobionej z sercem mogę naprawdę zrobić dużo. Nie akceptuję szarlotek, do przygotowania których użyto cukru żelującego albo innych tego typu wynalazków, a jest to niestety praktyka powszechna. I nie raz bywa tak, że szarlotka z dobrym ciastem zostaje zdyskwalifikowana właśnie przez takie praktyki. Apeluję o zdrowy rozsądek, oddanie i uczciwość w przygotowaniu tego jakże szlachetnego deseru, ale przede wszystkim o nieustawaniu w próbach odnalezienia szarlotki idealnej. Wersja, którą dziś proponujemy jest niezwykle przeze mnie ceniona. Przepis ten stosujemy w mojej rodzinie  z powodzeniem od lat. Jest naprawdę pyszna, szczególnie w wersji niezbyt słodkiej. A oto jak powstaje:

ciasto:

  • 3 szklanki mąki krupczatki (ok. 375 dkg)
  • 1/2 szklanki cukru (najlepiej brązowego) lub fruktozy (ok. 100 g)
  • 3 żółtka
  • 3/4 mas ła (250-gramowe opakowanie)  w temperaturze pokojowej (ok. 190 g)
  • połowa paczki cukru waniliowego z prawdziwiej wanilii (pakowanego po 10 g)
  • czubata łyżka śmietany
  • 1 czubata łyżeczka sody oczyszczonej

masa jabłkowa:

  • około 2,5 kg kwaśnych jabłek
  • 2 łyżki cynamonu
  • 1 łyżeczka imbiru w proszku
  • 2 łyżki brązowego cukru (opcjonalnie)

Ciasto zagniatamy ze wszystkich składników (utrzymanych w temperaturze pokojowej, gdy są za zimne rączki marzną) dość sprawnie. Jak wiadomo ciasto kruche nie lubi zbyt długiego „miętolenia”. W razie potrzeby, gdyby niechętnie odlepiało się od rąk, dosypujemy odrobinę mąki, najlepiej bezpośrednio na dłonie. Dzielimy ciasto na dwie części mniej więcej w proporcji 1/4 do 3/4. Mniejszą kulkę zamrażamy (w torebce foliowej) a większą wkładamy do lodówki. Z doświadczenia wiem, że do zamarznięcia ciasta potrzeba około 2 godzin więc mamy naprawdę sporo czasu na przygotowanie jabłek.

Jabłka oczywiście myjemy i obieramy. Małym nożykiem wkrajamy kawałki jabłek do dużego rondla z grubym dnem. Zostawiamy tylko ogryzki, które lądują w śmietniku z odpadami organicznymi (albo w pojemniku na kompost). Na małym ogniu dusimy jabłka z cynamonem i imbirem (można też dodać goździki)  do stanu, w którym nie będą już przypominały swych pierwotnych kształtów, czyli całkowitego rozpadnięcia. Cukier, jeżeli w ogóle, dodajemy na końcu, tak aby nam się jabłuszka nie przypalały. Podczas prażenia całość dość często mieszamy.

Na dużej, prostokątnej blaszce, wysmarowanej masłem i posypanej bułką tartą rozkładamy ciasto, które było w lodówce. Robimy to dokładnie i cierpliwie. Na ciasto wykładamy  jabłka, a na jabłka ścieramy zamrożoną „kulę”. Najlepiej na tarce z grubymi oczkami. W ten sposób tworzy się wierzchnia warstwa naszego deseru. Szarlotkę wstawiamy do nagrzanego do 160 stopni piekarnika i pieczemy około 50 minut.

Podajemy jeszcze ciepłą, posypaną cynamonem lub cukrem pudrem. Można ją podać z kwiatem bitej śmietany ,ale nie trzeba. My lubimy ją najbardziej saute, z gorzką herbatą. Smacznego!

Zapraszamy do lektury spotkania przy stole: Urodziny, raz, dwa poproszę.

Photo by Kamil/magazynwrazen.pl

Urodziny, raz, dwa, poproszę…

Urządzanie przyjęć urodzinowych dla dzieci to już niemal obowiązek. Urodziny w wakacje to pewna komplikacja, która jednak nie znosi obowiązku urządznia przyjęć urodzinowych dla dzieci. Urodzenie dziecka dzień przed własnymi urodzinami sprawia, że nietakt organizowania przyjęć urodzinowych dla mocno dorosłych zostaje zneutralizowany. Można zorganizować podwójne przyjęcie i wtedy wilk jest syty i owca…syta. A podwójne przyjęcia to podwójna zabawa i pojedyncze przygotowania. Choć może przygotowania właściwie podwójne, bo przecież w duecie. Niezawodna Lidzia zaproponowała pomoc i pomogła mi zorganizować podwójne, wakacyjne urodziny. Bo Razem Raźniej!

Dobór menu na takie podwójne urodziny to sprawa niezwykle odpowiedzialna. Należy przecież pogodzić wybredne gusta dziecięce z oczekującymi nowych smaków podniebieniami dorosłych. I jeszcze, żeby wszyscy byli zadowoleni, i żeby dla wszystkich wystarczyło… Nie jest to łatwe. Zrobiłyśmy z Lidką burzę mózgów, rzuciłyśmy parę haseł, padło kilka propozycji i menu jako tako się wykrystalizowało. Organizowanie przyjęcia w charakterze „szwedzkiego stołu” to z jednej strony duże ułatwienie dla gospodarzy, zwłaszcza gdy gości ma być więcej niż szanowny Pan Stół zdoła pomieścić, ale też pewne utrudnienie. Bo potrawy muszą spełniać określone warunki. A mianowicie, łatwo się nakładać, łatwo się zjadać z trzymanego  w ręku talerzyka i tworzyć na stole atrakcyjną konstelację. I jeszcze istotne, aby w trosce o żołądki biesiadników zrobić jakieś potrawy na ciepło. Takie były cele, a efekt?

W efekcie powstało dość sporo różnych dań, które z założenia miały być łatwe i szybkie w przygotowaniu jednak okazało się , że poważnie potknęłyśmy się na tym założeniu. Czas, czas, czas…Najwięcej czasu zajęło Lidce wycinanie kuleczek z arbuza do SAŁATKI Z ARBUZEM I FETĄmi zaś wycinanie MINI PIZZ’UŃ, które miały być główną atrakcją kulinarną dla dzieci. I chyba były. Dość szybko udało nam się zrobić ZUPĘ KREM Z CUKINII, ale pewnie w dużej mierze dzięki przygotowanemu wcześniej bulionowi. Wykorzystywałyśmy piekarnik jak najbardziej ekonomicznie (i ekologicznie) i piekłyśmy wszystko w kolejności, bez jakichkolwiek przestojów. Na pierwszy OGIEŃ poszło ciasto baza do TORTU TIRAMISU Z JAGODAMI, który był swoistym eksperymentem a także źródłem sporów (JA: piękny jest, ONA: Wybacz moja droga, ale nie jest piękny). Następnie w piekarniku wylądowały pomidory do SAŁATKI Z PIECZONYCH POMIDORÓW inspirowanej przepisem Pascala Brodnickiego. Gdy w piekarniku wylądowała SZARLOTKA DOMOWA wiedziałyśmy, że czas nie jest naszym sprzymierzeńcem. Zabrakło nam godziny.

Z wypieków tylko CHLEB NA ZAKWASIE wygrzał się w piekarniku poza kolejnością, wczesnym rankiem, po odstaniu dobrych kilku (obowiązkowych) godzin. Chleb swoje wystać musi. Do chleba zrobiłyśmy pasty. Te, kochane, robią się najszybciej.  Lidka zaproponowała gościom HUMUS LIDKI a ja tradycyjne greckie TZATZIKI , które świetnie wpisały się w upalną aurę, bo wiadomo, jogurt na wysokie temperatury jak znalazł (przepisy niedługo). Chyba najwięcej emocji, nie mówiąc o bezcennym czasie, ukradł nam PHAD THAI, danie już niemal kultowe i tradycyjne w pewnym znanym mi towarzystwie, posiadające lokalną, wdzięczną nazwę (Kasiu, wielkie brawa za Patataja). Było z nim nieco zabawy,budził dyskusje i rodził pomysły. Naszym zdaniem wypadł znakomicie i do dziś za nim tęsknimy.

Gdy stół został już suto zastawiony. Marcheweczki do maczania w dipach pokrojone, szklanki i napoje wystawione a pierwsi uroczy goście dotrzymywali nam towarzystwa w „zamykającej” się powoli kuchni, my „szefowe baru”, a w połowie nawet jubilatki, zastanawiałyśmy się jak to się stało, że czas tak zleciał. Nie dość, że dzień spędzony w kuchni minął jak z bicza strzelił, to jeszcze te lata mignęły z prędkością światła. I nie mówię tu o sobie oczywiście, czuję się niezwykle młodo, ale nie mogę uwierzyć,że Tymek skończył 7 lat…

Ech… Kochani goście… Bez nich to wszystko nie miałoby sensu. Gości mieliśmy cudownych, pięknych, dobrych i mądrych. Nie liczę moim przyjaciołom godzin odstanych i odsiedzianych w kuchni, zwłaszcza, że gotowanie z Lidką to zawsze wspaniała przygoda i wielka przyjemność, szczególnie gdy do mnie mówi. Cieszę się, że przyjaciele byli, że nam śpiewali sto lat (całkiem czysto), że asystowali przy podwójnym dmuchaniu tortu (cudowny tort Kajmakowo-Baileysowy ze „Słodki-Słony” pojawił się dzięki Pawłowi), cieszę się, że było oblewanie się wodą do suchej nitki, że była tradycyjnie burza i oczywiście cieszę się niezmiernie, że goście zjadali przygotowane kulinarne dary. Takie dary matki natury dla nas i dary od nas, dla przyjaciół. Bo gotowanie to obdarowywanie. Dziękuję Wam moi przyjaciele i Tobie Tymku, za to, że jesteś. Sto lat! Nam wszystkim…

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.
Photo by Kamil/magazynwrazen.pl

Krem z cukinii z miętą

  • 2 l wywaru mięsno- warzywnego lub warzywnego (patrz Pomidorowa z kapustą)
  • 3 nieduże cukinie
  • 1 cebula
  • 2-3 ząbki czosnku
  • ćwiartka cytryny
  • sól, świeży pieprz
  • spora garść świeżej mięty
  • 1/3 szklanki śmietanki 12%
  • oliwa lub masło do smażenia

Zupę tę,robi się niezwykle łatwo. Do gotującego wywaru dodajemy pokrojoną i podsmażoną (do miękkości) na oliwie cebulę wraz z czosnkiem. Cukinie (nieobraną) kroimy w dość dużą kostkę, lekko podsmażamy i również dodajemy do wywaru. Wszystko przyprawiamy solą i pieprzem, gotujemy również do stanu odpowiedniej miękkości, czyli około 15-20 minut.  Na sam koniec dodajemy miętę (zostawiwjąc kilka listków do dekoracji) i śmietanę. Pozostaje nam  miksowanie i doprawienie  kilkoma kroplami cytryny i zupa gotowa.
Przed podaniem zupę dekorujemy miętą.

Do tego kremu jak i do innych można dodać prażone ziarna słonecznika, można go podać z grzankami lub groszkiem ptysiowym, albo bez dodatków. Tak jak my tym razem. Smacznego!

Zapraszamy do lektury spotkań przy stole: Urodziny raz, dwa, poproszę…

Photo by Kamil/magazynwrazen.pl

Sałatka z arbuza i fety

  • około 2 kg arbuza
  • około 270 dkg ser feta
  • 2 czerwone cebule
  • duża garśc świeżej mięty
  • 3-4 łyżki oliwy

Arbuza kroimy w kostkę i w miare możliwości, wybieramy pestki. My z naszego arbuza robiłyśmy kuleczki ale było to dość pracochłonne. Oczywiście efekt wart jest wszelkiego trudu. Do pokrojonego arbuza dodajemy ser feta pokrojony w kostę oraz cebulkę, pokrojoną z kolei w cienkie piórka. Na sam koniec wszystko uzupełniamy posiekaną miętą, oliwą i mieszamy.

Sałatka jest bardzo „szybka” w przygotowaniu i smakuje wybornie. Inna wersja tej sałatki, którą chyba lubimy bardziej, zawiera natkę pietruszki, duuuużą ilość natki. Danie stanowi świetny samoistny posiłek ale również nadaje się do towarzystwa dla innych potraw. Szczerze polecamy i życzymy smacznego.

Zapraszamy do lektury spotkań przy stole: Urodziny, raz, dwa poproszę…

Photo by Kamil/magazynwrazen.pl

 

Tort tiramisu z jagodami

Nasz tort tiramisu był spontanicznym eksperymentem połączonym z zabawą i przekonywaniem niewiernych (Lidzia). Może nie wyszedł idealnie ale był naprawdę pyszny i po wprowadzeniu małej korekty zamierzam podnosić nastrój z jego pomocą w chwilach gdy podniosły nastrój będzie potrzebny. Podstawą tortu było ciasto „a la biszkopt” i przepis na nie tu zaprezentujemy. Jest to ciasto-baza, które w mojej rodzinie z powodzeniem piecze się od wielu lat. Można oczywiście spróbować innej bazy, być może klasycznego biszkoptu, pozostawiamy to Waszej wyobraźni i doświadczeniu. Tutaj przepis na ciasto baza a la biszkopt:

  • 6 jajek
  • 1,5 szklanki cukru
  • 1,5 szklanki mąki krupczatki
  • 6 łyżek oleju
  • 2 łyżki octu
  • płaska łyżeczka proszku do pieczenia
  • naturalny aromat waniliowy

Przygotowując ciasto należy wszystkie składniki zmiksować ze sobą na gładką masę. Pamiętajmy, że ciasto będzie półpłynne. Do wysmarowanej masłem i posypanej bułeczką, małej, okrągłej tortownicy wlewamy naszą gładką masę. Ciasto pieczemy w nagrzanym do 160 C piekarniku. Po upieczeniu ciasto przekrawamy na trzy krążki i pozostawiamy do wystygnięcia. W czasie kiedy ciasto się studzi przygotowujemy krem i pącz.

Krem:

  • 500 dkg serka maskarpone
  • 200 ml śmietany 36%
  • 4 żółtka
  • 4 łyżki cukru
  • około 300 dkg jagód (lub innych miękkich owoców)

Żółtka ubjamy z cukrem na puszystą masę, nastepnie dodajemy serek i miksujemy już tylko do połączenia się składników. W oddzialnej miseczce ubijamy śmietanę i bardzo delikatnie łączymy ją z masą serowo- jajeczną.

Pącz:

  • 2 filiżanki mocnej kawy
  • 4 łyżeczki likieru amaretto

Na paterze układamy pierwszy krążek tortu, nasączamy obficie pączem, kładziemy 1/4 kremu i posypujemy jagodami. Na kremie układamy kolejny blat ciasta i postępujemy dokładnie tak samo jak z pierwszym, i to sami robimy z trzecim. Na koniec pozostałym kremem pokrywamy wierzch i boki tortu.
Totr dekorujemy świeżymi owocami i wstawiamy do lodówki na przynajmniej 2-3 godziny. Tort można zrobić dzień wcześniej. Jest pyszny gdy swoje odstoi. Pamiętajmy, żeby dobrze go nasączyć, żeby ciasto nie było zbyt kruche. Życzymy smacznego.

Zapraszamy do lektury spotkań przy stole: Urodziny raz, dwa, poproszę…

Photo by Kamil/magazynwrazen.pl