Libańskie „co nieco”

To było niewątpliwe najbardziej egzotyczne spotkanie od dawna. Nie to, że się nie spodziewałyśmy, ale żeby aż tak nas uraczyć… Dominikę natura obdarowała aż nadto i niesprawiedliwie wobec innych. Nie dość, że jest piękna, inteligentna, interesująca i niezywkle koleżeńska (piękne słowo) to jeszcze zdolna jak jasny gwint (też ładnie). Od razu przypadłyśmy sobie do gustu kulinarnego i w kuchni z Dominiką było nam wyśmienicie. Zwłaszcza, że mogłyśmy pozwolić się prowadzić gospodyni zorientowanej dużo lepiej od nas w temacie.

A temat był wdzięczny. Libańska kuchnia, ogólnie nam znana (ale tylko ogólnie ) pociągała nas od dawna. Lubiana i ceniona libańska restauracja „Le Cedre” narobiła nam smaku i podkręciła tylko apetyty. Tym chętniej i radośniej przyjęłyśmy ofertę spotkania z osobą kompetentną. Dominika jest pół-Libanką (pół- Wenusianką zdaje się) i celebruje swoje kulturowe korzenie zamiłowaniem do egzotycznej kuchni. Wielu rzeczy nauczyła się w domu, między innymi od babci, do wielu dochodziła sama. Kiedy się coś lubi i robi z pasją nie sposób aby nie było to zauważone. Jedno jest pewne, Dominika ma rękę do potraw. Postanowiła wykorzystać talent zawodowo. Za kilka dni rusza jej autorski projekt, firma cateringowa „Fresh box” (www.freshbox.pl). Pytana o to czym jest „Fresh box” Dominika odpowiada: „Jedzenie z pasją dla każdego. Po prostu pysznie”. Jak pysznie to pysznie!

Tego dnia, jak zazwyczaj, wszyscy zostali zagonieni do roboty. Właściwie nikogo nie trzeba było zaganiać, towarzystwo się garnęło do pracy, takie to wszystko było kolorowe i pachnące. Lidka, znanym sobie zwyczajem zamilkła i zajęla się drążeniem różnych rzeczy (głównie cukinii) i oczywiście wychodziło jej to perfekcyjnie. Ja kroiłam warzywa rozmawiając z Agatą a spóźniona delikatnie Ania zachwycała się ekspresyjnie bogactwem posiłku rysującego się na horyzoncie. Adam robił zdjęcia (ku czci potomności) a Dominika komendreowała. Uwielbiamy być pod jej dowództwem. To dzięki niej dania powstawały sprawnie, nie było przestojów a nasze rozbudzone apetyty miały widoki na rychłe spełnienie.

Równie apetyczne jak wygląd potraw były ich nazwy. Większość z nas słyszała je po raz pierwszy tym mocniej działały one na wyobraźnię. Bo jak tu nie pragnąć KOUSA MAHSHI czy BATATA HARRA. I niewiele zmienia fakt, że jedno z nich to faszerowana cukinia a drugie zapiekane ziemniaczki. FATTOUSH, tradycyjna libańska sałatka smakuje równie znakomicie jak brzmi. I choć na niektóre potrawy, będące efektem spontanicznych kombinacji, nie znaleźliśmy libańskich nazw, jak na przykład na SAŁATKĘ PIECZONĄ Z FETĄ , smakowały one równie dobrze. Więc może nie chodziło tu obcobrzmiące słowa? Może po prostu Dominika jest genialna?

Nie zdziwię zapewne nikogo tym, że było uroczo. Podobnie jak Libańczycy zasiedliśmy do niskiego stołu zastawionego mezzes, czyli małymi miseczkami z pastami, dipami i sałatkami. Papugowaliśmy to co warte papugowania. Zajadaliśmy aż się nam uszy trzęsły. Z podziwem patrzyliśmy na drobne dłonie Dominiki, której wrodzona skromność nie pozwoliła popaść w samozachwyt. My pozwoliliśmy sobie na nieco próżnośći. Bo przecież też uczestniczyliśmy w powstawaniu tych cudów.

Kuchnia libańska jest dość „mięsna”. Je się głównie jagnięcinę i baraninę, ale Libańczycy nie wzgardzą też innym mięsiwem  Mimo wszystko, i to nie tylko ze względu na położenie kraju pochodzenia, można ją nazwać śródziemnomorską (uznana przez liczne autorytety dietetyki za jedną najzdrowszych). Pełno tu warzyw, różnego rodzaju serów, jogurtów, jada się ryby, domowej roboty pieczywo i serwuje oliwy i oleje roślinne. Ale chyba tym co konstytuuje ją i decyduje o charakterze są zioła i przyprawy. Tymianek, mięta, kolendra, czosnek to tylko te bardziej znane z nich. Przyprawy libańskie lubią tworzyć niecodzienne, zaskakujące zestawienia. A do tego niezwykle piękne i bez wątpienia kuszące. Nas uwiodły. Planujemy ciąg dalszy libańskiej, smakowej przygody…

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Adam

Cenne adresy:

Restauracja i sklep „Samira”, Al. Niepodległości 213

Restauracja „Le Cedre”, Warszawa, Al. Solidarności 61

„Fresh Box” – catering, www.freshbox.pl

Kousa mahshi czyli cukinia faszerowana mięsem

Przepis na 4 osoby:

  • 8 cukinii
  • 100 dkg ryżu (np. jaśminowy)
  • 500 dkg mielonego mięsa (może być wołowina, cielęcina lub mix)
  • 2 małe, bardzo dojrzałe pomidorki
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 pęczek mięty
  • przyprawy, sól, świeży pieprz
  • 1 puszka pomidorów
  • kubeczek sereka labneh (do nabycia w „Samirze”)

Cukinię wydrążamy jak najgłębiej i delikatnie, aby jej nie podziurawić. My w tym celu użyłyśmy takiej małej, specjalnej łyżeczki do robienia kulek np. z melona.
Mięso dokładnie mieszamy z ryżem, drobno posiekanym czosnkiem, drobno pokrojonymi pomidorami, przyprawami i miętą.
Tak powstałą masą faszerujemy wydrążone cukiniei ustawiamy je pionowo w garnku jeden obok drugiego. Zalewamy wodą do 3/4 wysokości, lekko solimy i wrzucamy wydrążone środki. Gotujemy pod przykryciem około 30 minut.
Po tym czasie wyciągamy cukinie, dodajemy pomidory z puszki i po zagotowaniu miksujemy na gładki sos. Przyprawiamy do smaku.
Cukinie serwujemy na sosie, pokrojone na grube plastry, z serkiem labneh, posypane kolendrą i miętą. Danie wybitne smaczne, możliwe także w wersji wegetariańskiej (o tym niedługo).
Smaczngo!

Zapraszamy do lektury spotkań przy stole: Libańskie „co nieco”

Photo by Adam

Fattoush czyli sałatka z pieczoną pitą

  • 1 mała sałata rzymska
  • 2-3 bardzo dojrzałe pomidory
  • 1 duży zielony ogórek
  • pęczek zielonej pietruszki
  • 3 pszenne placki chlebka pita (można ewentualnie użyć tortilli)

Sos:

  • 6 łyżek oliwy extra virgin
  • 4 łyżki soku z cytryny
  • 2 zmiażdżone ząbki czosnku
  • sól, świeży pieprz

Placki chlebka tniemy na paski grubości dwóch palców i pieczemy w nagrzanym do 200 C piekarniku do zrumienienia. Sałatę rwiemy na dość małe kawałki i wrzucamy do dośc dużej miski. Dodajemy drobno pokrojone pomidory i ogórki.
Składniki na sos należy dobrze ze sobą wymieszać (świetnie się sprawdza mały słoiczek z zakrętką).
Sałatę tuż przed podaniem mieszamy delikatnie (pamiętajmy, że zielona sałata jest wrażliwa na mieszanie) z sosem i połamanymi, podpieczonymi kawałkami pity. Na koniec możemy wszystko skropić jeszcze nieco cytryną. Fattoush lubi cytrynę.
Smacznego!

Zapraszamy do lektury spotkań przy stole: Libańskie „co nieco”

Photo by Adam

 

Batata Harra czyli ziemniaczki pieczone na ostro

  • 6-7 srednich ziemniaków  (odmiana nadająca się do pieczenia, np. czerwone) – obranych i pokrojonych w kostkę
  • 2-3 ząbki czosnku – drobno posiekane
  • pęczek kolendry – posiekanej
  • 1-2 papryczki chili – posiekane lub około 1/2 łyżeczki sproszkowanego chili (opcjonalnie)
  • przyprawy: sól, pieprz cayenne
  • około 4 łyżek oliwy z oliwek

Piekarnik rozgrzewamy do 180 C i wstawiamy do niego ziemniaki, lekko posolone, skropione oliwą. Pieczemy je około 30-40 minut od czasu do czasu lekko mieszając.
Na głębokiej patelni rozgrzewamy oliwę, wrzucamy papryki chili, czosnek i smażymy kilka minut. Następnie dodajemy podpieczone ziemniaki, przyprawiamy i smażymy do uzyskania złotego koloru. Na koniec dorzucamy kolendrę, dobrze mieszamy i gotowe.
Ziemniaki są świetnym dodatkiem do dań mięsnych, warzyw ale same, jako przegryzka, również są niezwykle smaczne.

Zapraszamy do lektury spotkań przy stole: Libańskie „co nieco”

Photo by Adam

 

Pieczona sałatka z serem feta

  • 1 duży bakłażan
  • 2 cukinie
  • 3 pomidory
  • 200 dkg sera fety koziej lub owczej (my użyłyśmy fety z arabskiego sklepu)
  • przyprawy: sól, 1 łyżka przyprawy Zatar (do nabycia w „Samirze”)
  • 1-2 łyżki oliwy z oliwek

Warzywa kroimy na średniej grubości plastry i układamy w naczyniu żaarodpornym na przemian. Na wierzchu umieszczamy rozdrobniony lub pokrojony ser feta. Całość skrapiamy oliwą z oliwek, solimy i obficie posypujemy przyprawą zatar.
Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180C i pieczemy około 40 minut. I gotowe!
Tak przygotowane warzywa mogą być dodatkiem do dań mięsnych, ale sprawdzają się jako przystawka. Smakują wyśmienicie, więc życzymy smacznego!
Zapraszamy do lektury spotkań przy stole: Libańskie „co nieco”

Photo by Adam

Sernik Nelly Rubinstein

Nikomu nie trzeba przedstawiać  chyba Nelly Rubinstein. Kulinarna królowa salonów trzydziestolecia międzywojennego zasłynęła nie tylko doskonałym gustem i wyczuciem w kwestii przygotowywania potraw ale również mistrzostwem w organizowaniu przyjęć. Jest jedną z największych narodowych legend kucharskich. Tym większy ukłon w stronę Ani, która nas jej cudownym sernikiem uraczyła podczas również już legendarnej kolacji.

A sernik przygotowuje się z:

  • 350 dkg twarogu typu „wiejskiego”
  • 8 łyżek stołowych masła
  • mała paczka herbatników (typ holenderski, np. „Digestive”)
  • 2 jajka
  • 2/3 szklanki cukru
  • naturalna esencja waniliowa
  • 1 łyżeczka soku z cytryny

Do zrobienia lukru potrzeba:

  • 1/2 szklanka śmietany 22% (1/4 litra)
  • 1/2 szklanka śmietany 30% (1/4 litra)
  • 4 łyżki stołowe cukru (może być brązowy)
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 1 łyżeczka esencji waniliowej

Masło roztapiamy w rondelku i zostawiamy do wystygnięcia. Herbatniki rozbijamy na miazgę (np. wałkiem). Pokruszone herbatniki mieszamy z masłem i umieszczamy w tortownicy o średnicy 22 cm. Masę rozprowadzamy po dnie i bokach tortownicy dość dokładnie i wstawiamy do lodówki, żeby masa stężała (około 30 minut). Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. W misce mieszamy jaja, cukier, twaróg, esencję waniliową i sok z cytryny a potem wszystko miksujemy. Całość przekładamy do tortownicy z masą. Sernik pieczemy około 30 minut. Jest gotowy gdy poruszywszy tortownicą stwierdzimy, że masa zastygła. Powierzchnia powinna być jasnozłota a sernik ma nieco zwiększyć swoją objętość. Sernik odstawiamy na około 20 minut w temperaturze pokojowej. Masa z serem nieco opadnie ale nie martwmy się, to miejsce wypełnimy lukrem. A lukier robi się niezwykle prosto. Składniki na lukier mieszamy ze sobą dokładnie i pokrywamy powstałą masą cały sernik. Wstawiamy do piekarnika na 5 minut aż cukier się rozpuści. Wyjmujemy z piekarnika, studzimy i wstawiamy do lodówki na trochę (gdy lukier zrobi się twardy i świecący sernik jest gotowy). My podałyśmy go ze świeżymi owocami, truskawkami i malinami. I naprawdę było warto…

Przepis pochodzi z książki Anieli Rubinstein „Kuchnia Neli”

Zapraszamy do lektury spotkania przy stole: Śmigamy na kolację

Photo by Iza


Drugie (śniadanie) nie znaczy gorsze

Jednym z koszmarów poranka są puste pudełka śniadaniowe moich dzieci. Ileż to razy zastanawiałam się czym je wypełnić. Ileż to razy zdarzało mi się umieścić w nich coś, co budziło we mnie głębokie wyrzuty sumienia. Ciągła walka między tym co zjadalne a tym co zdrowe odbija się głównie na mnie a czasem na kondycji moich drogich uczniów. Bo co tam włożyć, żeby drugie śniadanie było pożywne, smaczne, wygodne w spożywaniu na, jakże gwarnej, przerwie, estetyczne i żeby mieć pewność, że zostanie zjedzone.

Surowymi sędziami są moi chłopcy. Ich niewyrobiony jeszcze smak jest poważną przeszkodą dla wielu zdrowych smakołyków, które sama pochłonęlabym jednym kłapnięciem. Najchętniej zjadaliby białe (plastykowe) bułeczki z szynką, która nie widziała nigdy mięsa albo batony. A wredna mama wrzuca im do kolorowych pudełeczek chleb razowy lub, nie daj boże, jakieś warzywa do pogryzania. Co dzień chłopcy zaglądają podejrzliwie do pudełek mając nadzieje na jakieś łakocie. Chcecie łakoci? Dostaniecie.

Jest taki gatunek łakoci, na które nabrać się mogą maluchy. Domowe, w miarę zdrowe wypieki. Łatwo je zapakować do plecaka i wystarczy upiec wieczorem, żeby na rano były gotowe. Wiem, wiem, w wielu głowach rodzi się pytanie, jak to upiec wieczorem, przecież to kłopot itp. Ale przecież, gdy nabierzemy wprawy i wyszkolimy się w kilku prostych przepisach, zrobienie ich zajmie nam kilkanaście minut, naprawdę. Wczoraj, chcąc przełamać złą drugośniadaniową passę, upiekłam muffinki z jabłkiem i słonecznikiem. Robi się je szybko i zdaje się są dobrą wersją na śniadanie w szkole.  Mam nadzieję, że dzieci nie zorientują się, że należą one do zdrowszych przekąsek. A do zrobienia muffinów z jabłkiem i słonecznikiem wykorzystałam:

  • 200 dkg mąki żytniej razowej
  • 100 dkg mąki pszennej krupczatki
  • 100 g brązowego cukru trzcinowego
  • 100 ml mleka
  • 3 jajka
  • 3 średnie jabłka
  • półtorej łyżeczki sody oczyszczonej
  • półtorej łyżeczki proszku do pieczenia
  • łyżeczka cynamonu
  • 3 łyżki podprażónych ziaren słonecznika

W jednej misce mieszamy suche składniki (mąki, cukier, proszek, sodę, cynamon i ziarna słonecznika). Do drugiej rozbijamy jajka i ubijamy je delikatnie. Potem dolewamy mleko i wrzucamy starte na tarce o grubych oczkach jabłka. Całość mieszamy. Wlewamy „mokrą” zawartość jednej miski do miski z suchymi produktami i mieszamy dość pobieżnie. Tak aby nie było jednak nigdzie suchej mąki. Ciastem wypełniamy papilotki do muffinów włożone do specjalnej blaszki z okrągłymi otworami lub do małych foremek do babeczek. Ważne żeby ciasto sięgało prawie do samego końca papilotki, dzięku czemu urośnie nam śliczny muffinek jak z obrazka (ja nalałam troszkę za mało). Muffiny pieczemy około 20 minut w tempetaturze 200 C. I już. drugie śniadanie grzecznie stygnie na następny dzień. Oczami wyobraźni widzę moje dzieci jak zjadają estetyczny i smaczny posiłek trzymjąc je w muffinkowej, estetycznej papilotce (nie muszą nawet dotykać, pewnie nienajczystszymi rękami) i są szczęśliwe. A ja razem z nimi.

Dziś dorzuciłam im do muffinów jabłka (kosztele) i jogurt  naturalny z przyczepionymi do pokrywkli muesli. Do picia zawsze daję im wodę. Ciekawe jak im będzie smakowało? Waga drugiego śniadania jest nieoceniona. Zmuszone przez wymagający sysytem edukacji do nadmiernego wysiłku intelektualnego dziecko, potrzebuje pożywki dla wyczerpanego organizmu. Jeśli je odpowiednio wyposażymy, jest duża szansa, że nie tylko będzie czuło się syte i odżywione ale również nie zajrzy do szkolnego sklepiku, w którym jest „samiwiemyco”. Do dzieło i smacznego na każdej przerwie!

Nasze propozycje na drugie śniadanie do szkoły: Muffiny pomarańczowe, Muffiny z jabłkiem i słonecznikiem, Mufinny czekoladoweGofry inne niż wszystkie, Ciasto „na zdrowie”, Ciastka owsiano-korzenne, Bułeczki maślane, Mini Pizzunie, Makaroniki, Ciasto marchewkowe, Ciasto „raz,dwa” ze śliwkami, Tosty „piknikowe”, Tosty z „łososiem”, Bułeczki – grahamki, Kruchy placek z truskawkami, Kanapki z pastą jajeczną, Ciabata z kurczakiem

Photo by Kamil/magazynwrazen.pl (i Iza)

Muffinki z jabłkiem i słonecznikiem

  • 200 dkg mąki żytniej razowej
  • 100 dkg mąki pszennej krupczatki
  • 100 g brązowego cukru trzcinowego
  • 100 ml mleka
  • 3 jajka
  • 3 średnie jabłka
  • półtorej łyżeczki sody oczyszczonej
  • półtorej łyżeczki proszku do pieczenia
  • łyżeczka cynamonu
  • 3 łyżki podprażonych ziaren słonecznika

W jednej misce mieszamy suche składniki (mąki, cukier, proszek, sodę, cynamon i ziarna słonecznika). Do drugiej rozbijamy jajka i ubijamy je delikatnie. Potem dolewamy mleko i wrzucamy starte na tarce o grubych oczkach jabłka. Całość mieszamy. Wlewamy „mokrą” zawartość jednej miski do miski z suchymi produktami i mieszamy dość pobieżnie. Tak aby nie było jednak nigdzie suchej mąki. Ciastem wypełniamy papilotki do muffinów włożone do specjalnej blaszki z okrągłymi otworami lub do małych foremek do babeczek. Ważne żeby ciasto sięgało prawie do samego końca papilotki, dzięku czemu urośnie nam śliczny muffinkowy grzybek (ja nalałam troszkę za mało). Muffiny pieczemy około 20 minut w tempetaturze 200 C. I już. Muffiny wychodzą bardzo wilgotne i długo tę wilgoć utrzymują. Przepyszna propozycja nie tylko na śniadanie. A poza tym Doktor Mularczyk by się ucieszył, gdyż nasz wypiek nie zawieraz tłuszczu tym samym nie stanowi większego zagrożenia dla zdrowia. Wg doktora skrobia i tłuszcz razem i to w wysokiej temperaturze to niezbyt szczęśliwe połączenie. Tym bardziej smacznego!

Zapraszamy do lektury Spotkania przy stole: Drugie (śniadanie) nie znaczy gorszeO co chodzi z muffinami…

Photo by Iza

Śmigamy na kolację…

Wrzesień rozrzucił nas wszystkich po mieście. Sprawił, że wszędzie się zrobiło daleko i nie po drodze. Ale my się nie dajemy. Brnąc pod prąd w wrześniowej histerii, przedzierając się melancholijnie przez warszawskie korki, ryzykując ośmieszenie i nazwanie pospolitymi wariatkami, postanowiłyśmy spotkać się w jeden z pierwszych piątków września. Nieśpiesznie mijając pędzących dokądś, kierowałyśmy się tam gdzie większości normalnych nie jechałaby przedweekendowym popołudniem. Na uroczystą, refleksyjną, wspólną kolację do Ani Ś.

Mknęliśmy  w zamyśleniu. Towarzyszący mi Franciszek opowiadał o wczesnoszkolnych perypetiach zmuszając tym samym do wspomnień. Stwierdziłam, że czasy się zmieniają ale ludzi nie. Spóźnieni nieznacznie, zaznaczyliśmy tym samym swoją obecność delikatnym popłochem.  I oczywiście pełnym energii zaangażowaniem. Lecz moja energia niczym jest zestawiona z energią Anny i Lidki razem wziętych więc nie dopchałam się do blatu roboczego. A na blacie działo się już poważnie. Pomidorki wydrążone. Twarożek kozi rozmemłany. Ochłonąwszy po zderzeniu z estetycznym tajfunem (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) jakim jest dom Pani eŚ uparłam się, że jednak jakoś pomogę i zajęłam moje drogie kuchareczki rozmową. W odpowiednim momencie, z odsieczą przybyła Regina, królowa ukochana, wnosząc powiew świeżości i elegancji. Padały pytania o przyczyny tak promiennego wyglądu lecz odpowiedzi były niejasne. My swoim sposobem zrzuciłyśmy to na karb dobrej diety. Patrząc na to co przygotowała dla nas Ania miałyśmy nadzieję, że i my, niedługo zaczniemy wyglądać wyśmienicie.

Jedną z podstawowych cech Anny jest skromność ubrana w dowcip i uroczy sarkazm. Jednak my się zwieść nie dajemy, wiemy że Ania jest mistrzynią smaku w wielu, doprawdy, odmianach. Również kulinarnego. Kolacja zapowiadała się nie tylko smakowicie ale również kobieco i kolorowo. Królowała czerwień schłodzona miętową zielenią i doprawiona łososiowym odcieniem różu. Tego wieczoru świat pachniał tak jak powinien: rozgniatanymi w moździerzu kuminem, kozieradką i kolendrą oraz babim latem.

Miałyśmy nie jeść za wiele. Tak, żeby się wykwintnie nie przejadać. Jednak już po skosztowaniu arbuza z sosem balsamicznym wiedziałyśmy, że ten wieczór będzie należał do obfitych. Arbuz się nie dawał przestać zjadać (o słodko-kwaśna prostoto) a przecież miał być tylko wstępem (o gorzkie nieumiarkowanie). POMIDORY FASZEROWANE KOZIM SEREM na szczęście nie piekły się zbyt długo. Cierpliwość nie jest naszą mocną stroną. Tym bardziej SZASZŁYKI Z ŁOSOSIA GRILLOWANE Z CUKINIĄ I ZIOŁAMI. Łosoś wcześniej przygotowany i unurzany w tychże ziołach, na patelni przebywał krótką chwilkę. Wspaniały łosoś. My, kobiety byłyśmy usatysfakcjonowane, nasi mali mężczyźni, Leon i Franek też. Chwilę przed kolacją zjedli kila opakowań czekoladowych łakoci. Tak, żeby im się milej grało na kompie. Zasiadając do kolacji nie byli już głodni. Nasz błąd. Ale wracając, kolacja była przepyszna…

Desery, można było sobie darować, oczywiście. Ale nie zrobiłyśmy tego. Ania przygotowała SERNIK NELLY RUBINSTEIN z owocami, o którym już niedługo. A można by o nim długo… Ja przywiozłam nasze nieśmiertelne MARCHEWKOWE CIASTO z delikatnym kremem i tak z deseru, którego być nie powinno, zrobiły się dwa. Desery były nam tego dnia potrzebne. Potrzebne żeby ukoić kroplą endorfin wysmagane wrześniowym zawirowaniem nerwy, potrzebne aby stół ładniej wyglądał i potrzebne przede wszystkim po to, aby uczcić prawdziwie świąteczną kolacją, nasz wrześniowy, niezwykle udany, eskapizm. Umknęłyśmy sprytnie społecznie wyznaczonym ramom na początek roku szkolnego i zaszalałyśmy przeciągając na naszą stronę nieco wakacji. Warto było.

Wiele razy już nadmieniałam jak trudno zadowolić Lidkę (i nie rzucam tu wyzwania). Lidzia jest sędzią surowym lecz sprawiedliwym. Po Aniowej kolacji rozpływała się w „achach” i „ochach” i Ci, którzy znają szczerość Lidki wiedzą, że wszystkie westchnięcia nie były udawane (Lidka nie umie udawać). Posiłek stanowił naprawdę doskonale skomponowaną, pożywną i ładną całość. Tym większy budził zachwyt, że przygotowywano go z zawodową nonszalancją i idealną dozą spontaniczności. Uwielbiam patrzeć na rodzące się w dyskusji i eksperymencie koncepcje kulinarne i ubóstwiam odwagę, tę w kuchni również. A może właśnie tę szczególnie. Do odważnych smak należy!

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Iza i Lidka

Pomidory faszerowane kozim serem

 

  • 6 pomidorów
  • 400 dkg sera koziego
  • 100 dkg sera feta lub twarogu
  • 100 dkg posiekanych i podprażonych orzechów włoskich
  • 100 dkg suszonej żurawiny
  • pęczek szczypiorku
  • kilka gałązek tymianku
  • 2 ząbki czosnku
  • 2-3 łyżki jogurtu naturalnego
  • sól, świeży pieprz do smaku

Z pomidorów odcinamy cienkie „czapeczki” czyli góry, a ze środka wydrążamy pestki i miąższ. Ser kozi i fetę mieszamy z orzechami, żurawiną, drobno posiekanymi ziołami, czosnkiem oraz jogurtem a na koniec przyprawiamy. Tak powstałą pastą faszerujemy pomidory, przykrywamy czapeczkami i przekładamy je do natłuszczonego naczynia żaroodpornego. Pieczemy w temperatrze 180 C przez około 20 minut.
Pomidory są przeeeeeepyszne. Możemy je podać jako przystawkę, albo jako dodatek do delikatnego mięsa lub ryby. Smacznego!

P. S. Robiąc naszą wersję farszu niestety zapomniałyśmy wykorzystać środki pomidorów, ale można je zużyć do sosu lub zupy pomidorowej.

Zapraszamy do lektury spotkań przy stole: Śmigamy na kolację, Witajcie pomidory.

Photo by Iza