Zupa dyniowo-kokosowa

rosołek warzywny:

  • 2 marchewki
  • 1 duża cebula
  • 1 pietruszka
  • kawałek kapusty
  • czosnek
  • 2 cm korzenia imbiru
  • łyżka suszonej włoszczyzny
  • łyżeczka sosu sojowego
  • sól i pieprz do smaku

krem z dyni:

  • 1/2 kg pure z dyni (TU jest przepis)
  • około 1 litra rosołu warzywnego
  • puszka mleczka kokosowego
  • sok z 1/2 limonki (można spróbować więcej, wedle gustu)
  • łyżeczka natki pietruszki
  • łyżeczka kolendry
  • sól, pieprz, mielone chili do smaku
do posypania:
  • świeża kolendra
  • ewentualnie prażone pestki dyni
Na patelnię wlewamy olej. Wrzucamy na niego pokrojoną cebulkę czosnek i imbir. Po trzech minutach wsypujemy pozostałe, pokrojone (a niektóre wcześniej obrane) składniki. Wsypujemy warzywa suszone i smażymy przez chwilę (około 10 minut). Po wyznaczonym czasie wlewamy na patelnię około 1 litra wody. Gotujemy przez około 15 minut i doprawiamy do smaku. Gdy bulion jest gotowy miksujemy go i łączymy z pure z dyni w garnku.
Pure z dyni robi się bardzo łatwo. Dynię myjemy, kroimy na spore kawałki (mnie ze średniej dyni wyszło około 15 kawałków) i układamy na blaszce pokrytej papierem do pieczenia. Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 40 minut. W czasie pieczenia możemy zająć się przygotowaniem rosołku. Upieczoną i lekko przestudzoną dynię oddzielamy łyżką od skóry (odchodzi wyśmienicie) i oczywiście miksujemy na gładką masę.
Powróćmy do zupy. Garnek z pure i bulionem (zmiksowanymi i zmieszanymi) podgrzewamy.  Gdy zacznie wrzeć dodajemy puszkę mleka kokosowego. Wlewamy sok z limonki i doprawiamy. Gdy ponownie zawrze wyłączamy. Zupa właściwie jest już gotowa. Proponujemy nie przyprawiać jej zbyt intensywnie przed podaniem jest wtedy większa szansa, że dzieci ją zjedzą. Miseczki wypełnione dyniowym kremem dekorujemy kolendrą i ewentualnie prażonymi pestkami dyni.

Życzymy smacznego!

Zapraszamy do lektury spotkania przy stole: Hello, helloween…

Photo by Borys/positivestudio.pl

Tarta dyniowa

Ciasto kruche:

  • 250 g mąki
  • 1 łyżka cukru
  • 115 gramów masła
  • 50 ml zimnej wody
  • szczypta soli
Chrupka warstwa:
  • około 50 g orzechów włoskich
  • około 50 g ciasteczek korzennych
Dyniowe wypełnienie:
  • 4 jajka
  • 1 łyżka cukru
  • ok 450 g pure z dyni (TU jest przepis))
  • 120 ml śmietany 30 procent tłuszczu
  • 110 g brązowego cukru
  • pół łyżeczki cynamonu
  • pół łyżeczki imbiru w proszku
  • pół łyżeczki gałki muszkatołowej
  • szczypta soli
Z podanych składników zagniatamy ciasto (nie za długo, bo kruche nie lubi być długo zagniatane). Ciasto wałkujemy na płaski placek, pamiętajmy, żeby podsypać mąką aby się nie przyklejało do stolnicy (lub stołu). Ceramiczną tortownicę o średnicy około 28 cm smarujemy masłem i wysypujemy bułeczką tartą. Nasz placek delikatnie umieszczamy w formie ceramicznej. Przylepiamy do formy dokładnie i odcinamy to co nam pozostanie (możemy z tego upiec ozdoby do tarty w wybranych kształtach).

Teraz przygotujemy chrupką warstwę. To proste. Miksujemy orzechy z ciasteczkami i wsypujemy na nasz placek. Łyżką wyrównujemy sypką warstwę i przykrywamy ją, uciskając, folią aluminiową. Wkładamy ciasto na pół godziny do lodówki razem z folią.

Piekarnik nastawiamy na 180 stopni i w tym robimy dyniowe wypełnienie. Ważne jest robić to ręcznie aby śmietana nie wymknęła nam się spod kontroli i nie ubiła za bardzo. Wszystkie składniki, zaczynając od jajek, mieszamy ubijarką na gładką masę. Teraz możemy umieścić wypełnienie w wyjętym z lodówki ciasto (oczywiście po usunięciu folii). Do nagrzanego piekarnika wstawiamy delikatnie ciasto i pieczemy je około 40 minut. Będzie gotowe wtedy gdy masa z wierzchu delikatnie (delikatnie!!) zbrązowieje. Tarta jest już gotowa. Pozwólmy jej chwilkę wystygnąć i cieszmy się jej oryginalnym smakiem!

Smacznego!

Zapraszamy do lektury spotkania przy stole: Hello, helloween…

Photo by Iza

Trzy cztery

Na trzy cztery rączka do góry: Kto lubi obchodzić urodziny?…Widzę, że prawie wszyscy podnieśli. A kto się lubi starzeć?… Jakoś lasu rąk nie dostrzegam. Oto drodzy Państwo kolejny paradoks związany z rasą zwaną ludzkością. Nie wiadomo o co im chodzi. Urodzinki obchodzić to i owszem ale na temat wieku to się kłamie  w żywe oczy albo rżnie głupa, że się nie pamięta. Kobiety się o wiek nie pyta, mężczyźni są jak wino, nieważne ile się ma ale jak się człowiek czuje, nie wyglądasz na swoje lata, no co Ty, trzydzieści cztery, w życiu bym Ci nie dała! I tak dalej. Pełno jest zwyczajów i gotowych zwrotów do sprawiania sobie przyjemności wzajemnie. Nie ważne zresztą co się na ten temat naprawdę uważa. Nie liczymy wieku ani sobie ani znajomym (im prędzej) a trudne jest to tym bardziej, że wielu z nas przyjęcia urodzinowe organizuje z pasją i łatwą do odgadnięcia regularnością.

Jest typ przyjęć o wdzięcznej nazwie „że niby nic się nie stało”. Urodzinki skromne, w gronie najbliższych. Troszkę niespodzianka, troszkę nie, troszkę przepraszam, że się urodziłem. Radość może niepełna ale jak się już wspomina to super, że były. Dużo mniej to zobowiązujące niż pełna feta z tuzinami gości ale lepsze to niż nic. A poza tym, jak się tak skromnie urodziny świętuje to na pewno nie trzeba sobie dodawać aż całego roku. Może wystarczy dodać parę miesięcy ? Jak to tak? Wczoraj miałem trzy trzy a dziś już trzy cztery? Ano, mój drogi, tak. Kolejny roczek minął i proszę ja Ciebie, wszystkiego najlepszego. Chciałabym zdementować i pouczyć. Rok się dodaje niezależnie od skali huczności przyjęcia. Koniec i kropka.

Te urodziny wypadały w poniedziałek więc przyjęcie „że niby nic się nie stało” samo się narzucało. A poza tym jubilat zaliczył już w swoim życiu kilka niespodzianek więc niech nie narzeka a raczej cieszy się odpoczynkiem. Rodzina zajęła się przygotowaniami, zorganizowała kilku bliskich sercu gości i cieszyła się, że będzie mogła posmakować nieco TORTU W-Z Z MALINAMI. Dzieciaki nie miały siły do utrzymywania tajemnicy więc tajemnica nie pozostała tajemnicą tym bardziej, że PIZZUNIE Z PASTĄ Z RUKOLI wymagały pomocy i zaangażowania najmłodszych, co mocno rzucało się  w oczy i uszy. Nie dało się ukryć, że coś jest na rzeczy. A dzieciaki uwielbiają wycinanie i wałkowanie ciasta a także smarowanie i układanie na nim składników. Jest to troszkę jak zabawa z plasteliną a troszkę jak odpowiedzialne tworzenie pożywienia, więc ciekawie. I tak w miłej atmosferze, bez stresów pracowaliśmy sobie w kuchni ciesząc się, że nie odrabiamy lekcji (na przykład) lub nie odpowiadamy na „nieodpowiedziane” maile.

Goście przybyli punktualnie co pozwoliło nam nie umrzeć z głodu i ochoty na chrupanie SAŁATKI SZYBKO SZYBKO oraz PIZZUŃ. Nastąpiła rytualna wymiana uprzejmości, która zdaje się miała odniesienie do realnych uczuć oraz rozpakowanie prezentów. Przystąpiliśmy do rozmów i oczywiście jedzenia Czy było miło? Bardzo miło było i bardzo smakowicie choć niezbyt wikwintnie. Oprócz piętrowego tortu wszystkie potrawy były raczej  bezpretensjonalne i dość proste w przygotowaniu. Ten typ przyjęć to duże ułatwienie dla organizatorów. Mile widziana jest delikatna nonszalancja i lekkość bo przecież to przyjęcie „że niby nic się nie stało”. Nie musimy czekać na gości z rączkami założonymi i dymiącymi potrawami na stole. Nic się nie stanie jeśli to goście nieco poczekają. Tak czy siak będą wiedzieć, że są mile widziani…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Kamil/magazynwrazen.pl

Tort W-Z z malinami

Tort oparty jest o ciasto baza w typie biszkoptowego choć nie jest ono klasycznym biszkoptem. Robi się je niezwykle łatwo i właściwie nie da się go sknocić. Jest wilgotne i stanowi świetną podstawę dla różnych popisowych deserów więc tym bardziej warto się do niego przyzwyczaić i piec kiedy tylko się da. Podaję go w trzech wersjach ilościowych tak aby można było dostosować je do konkretnych ilościowych potrzeb. Tym razem upiekłam je w wersji średniej i zrobiłam wielkość średnią. Oczywiście użyłam dwóch foremek (tym razem komplet silikonowych) w dwóch wielkościach tak aby móc zrobić piętrowy tort urodzinowy. Można też nie dodawać kakao a wtedy ciasto będzie żółte (dużo zależy od jajek) i taka właściwie jest podstawowa wersja. A oto przepis na ciasto bazowe:

ciasto a la biszkopt:

  • 4 jajka/6 jajek/8 jajek
  • 1 szklanka cukru/1,5 szklanki cukru/2 szklanki cukru
  • 1 szklanka mąki/1,5 szklanki mąki/2 szklanki mąki
  • 1 łyżka octu/2 łyżki octu/3 łyżki octu
  • 4 łyżki oleju/6 łyżek oleju/8 łyżek oleju
  • 2 łyżki cukru waniliowego/3 łyżki cukru waniliowego/4 łyżki cukru waniliowego
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia/2 łyżeczki proszku do pieczenia/3 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 łyżki kakao/3 łyżki kakao/4 łyżki kakao
poncz:
  • 3/4 szklanki mocnej herbaty
  • 1/4 szklanki soku pomarańczowego
  • pół łyżeczki amaretto
krem W-Z:
  • około 500 g serka homogenizowanego wanilinowego
  • 1 masło (około 250 g)
  • 3 łyżki cukru pudru
polewa czekoladowa:
  • 1/6 kostki masła
  • 3/4 szklanki cukru pudru
  • 1 cukier waniliowy z prawdziwą wanilią
  • 4 łyżki wody
  • 3 łyżki kakao
dekoracja:
  • maliny, lub inne owoce sezonowe (świetne będą mandarynki lub winogrona)
Wszystkie składniki na ciasto mieszamy w maszynie na gładką masę. Do wysmarowanej masłem i posypanej bułką tartą formy (oczywiście nie dotyczy to form silikonowych) wylewamy masę i wstawiamy do nagrzanego do 160 C piekarnika na 50 minut. Warto wykonać trick z wykałaczką, bo różne piekarniki różnie pieką, więc pamiętajmy, że sucha wykałaczka (uprzednio wbita w ciasto i oczywiście z niego wyjęta) oznacza, że ciasto jest już gotowe. Jeśli jest gotowe wyjmujemy je z piekarnika i zostawiamy do wystygnięcia.
W tym czasie przygotowujemy poncz do nasączenia. Zaparzamy herbatę i mieszamy ją z sokiem i amaretto. Ciasto kroimy na pół (jeśli robimy piętrowe i mamy dwa ciasta, mniejsze i większe, oba przekrajamy). Rozkładamy wszystkie, wyrównane wcześniej, placki i polewamy suto ponczem uważając jednak, żeby nie przelać i żeby nam ciasto nie ciekło.
Teraz zabieramy się za masę. Niezbyt miękkie masło miksujemy z serkiem i cukrem i rozkładamy między wszystkimi warstwami łącznie z wierzchem górnej warstwy. Pamiętajmy, że łatwiej się rozkłada masę lekko schłodzoną. Ciasto sklejamy masą W-Z i formujemy w wybrany kształt i wkładamy na chwilę do lodówki. Teraz przygotujemy polewę.
W garnuszku umieszczonym na kuchence mieszamy wszystkie składniki polewy i gotujemy aż do całkowitego rozpuszczenia cukru. Cały czas mieszamy. Gdy już będzie gotowa, zdejmujemy ją z ognia, pozwalamy jej nieco przestygnąć co jakiś czas mieszając. Gdy polewa przestygnie ale nadal będzie płynna polewamy nią ciasto z ułańską fantazją, tak aby powstały wzorki czarno białe na jego powierzchni. teraz czas na maliny, które wrzucamy natychmiast umieszczamy na wilgotnej jeszcze polewie. Tort ląduje w lodówce i będzie gotowy za około 2 godziny. I do tego przepyszny. Życzymy smacznego!
Zapraszamy do lektury spotkania przy stole: Trzy cztery.
Photo by Kamil/magazynwrazen.pl

Pizzunie z pastą z rukoli, mieszanką twarogów i oliwkami

  • porcja ciasta na pizzę 
  • pół opakowanie jasnej, drobnej rukoli (około 50 g)
  • 1 jajko ugotowane na twardo
  • garść bazylii
  • kilka kaparów
  • łyżeczka musztardy dijon
  • 2 łyżki startego parmezanu
  • 4 łyżki oliwy z oliwek
  • około 200 g sera ricotta
  • około 100 g twarożku koziego
  • kilka sztuk dużych oliwek zielonych
Przygotowawszy ciasto wg przepisu może spokojnie zająć się pokryciem naszych pizzuń. Chcemy jednak nadmienić, że można użyć gotowych blatów lub jakiegoś pieczywa, ale naszym zdaniem to nie będzie to samo. Warto wysiliś się nieco, zagonić rodzinę lub przyjaciół do wałkowania i wycinania kształtu małych placuszków. Zabawa przednia a smak niepowtarzalny.
Pasta z rukoli robi się łatwo. Miksujemy rukolę, bazylię, jajko ugotowane na twardo, oliwę, kapary, musztardę z oliwą na gładką masę. Gdyby pasta wyszła zbyt gęsty można go jeszcze nieco poczęstować oliwą. I gotowe.
Teraz w drugiej miseczce przygotowujemy mieszankę twarożków. W proporcji 2 do 1 łączymy dokładnie ricottę z twarożkiem kozim. Następnie kroimy oliwki na plasterki i możemy zająć się smarowaniem blacików. Najpierw jedną dużą łyżkę pasty z rukoli umieszczamy na pizzy i dokładnie smarujemy. Na środek dodajemy twarożki i rozkładamy je tak aby widać było po bokach zielony sos. Na wierzch układamy plasterki oliwek (warto zadbać o ich jakość i kupić naprawdę dobre). Wkładamy nasze danie do piekarnika nagrzanego do 250 C i pieczemy je tam przez około 15 minut.
Danie podajemy od razu po wyjęciu z pieca.
Oczywiście możemy też zrobić dwie większe pizze z podanej ilości ciasta ale ostatnio mamy słabość do tych malutkich, na dwa kęsy. Łatwiej się je je (She loves you…) i na pewno ładniej wyglądają. Smacznego!
Zapraszamy do lektury spotkania przy stole: Trzy cztery.
Photo by Kamil/magazynwrazen.pl

Sałatka „szybko, szybko”

Ta sałatka to typowy trick. To idealne lekarstwo na niespodziewanych gości. Niby żaden skomplikowany przepis a potrafi budzić zachwyt. Tym bardziej zachęcam spracowanych i cierpiących na brak czasu smakoszy do spróbowania. Potrzebujemy:

  • opakowanie roszponki (uwielbiam jej jędrność i chrupkość)
  • 4 pomidory malinowe (lub inne aromatyczne)
  • 10 pomidorów suszonych
  • 2 garści (nie żałować) prażonych płatków migdałowych(lub ziaren prażonych dyni)
  • 3 łyżki oleju z pestek winogron
  • 2 łyżeczki kremu balsamicznego o smaku owoców leśnych
  • świeżo mielony pieprz i sól do smaku

Jeśli wcześniej pisałyśmy „nic prostszego” to się myliłyśmy, „nic prostszego” jest tym razem. Zacznijmy od prażenia migdałów na suchej patelni. Wolny ogień i uważne oko krojącego warzywa są tu niezbędne. W czasie prażenia w misce układamy roszponkę. Pomidory kroimy w ósemki i wrzucamy na przygotowaną wcześniej sałatę. Wstyd się przyznać ale z „grubszych rzeczy” to tyle. Teraz kolej na esencję smaku. Sowicie skrapiamy warzywa oliwą aby następnie  zrobić na nich wzór kremem balsamicznym. Wygląda to jak polewa czekoladowa. Posypujemy dobrze uprażonymi, choć nie spalonymi nie daj boże, płatkami migdałowymi. I już. Koniec. Niewymieszane barwne danie podajemy na stół. Zajęło nam to może 5 minut a goście zachwyceni. Bo jest to równie smaczne co proste.

Zapraszamy do lektury spotkania przy stole: Trzy cztery.
Photo by Kamil/magazynwrazen.pl

 

Wygrany wieczór

Fajnie jest wygrywać. Uwielbiam miłą rywalizację i mini zwycięstwa (te duże również). Szczególnie wtedy, kiedy wygrywam wieczór albo nawet cały dzień. Aby nie dać się nudzie, nie pozwolić codzienności zszargać naszego zamiłowania do chwil szczególnych musimy polować na te chwile z zaciętością kłusownika i cierpliwością godną filatelisty. Na takim polowaniu niezbędni są: uśmiech, dobre jedzenie i przyjaciele. U Marty, Oli i Mikołaja zawsze jest miło. Pełno tu zarówno uśmiechu  jak i dobrego jedzenia a na pewno przyjaciół. Pewnego wieczoru, zebrała się u nich całkiem pokaźna gromadka ludzi głodnych i spragnionych. Również uśmiechu i towarzystwa. Ja z dziećmi, Basia i Borys z dziećmi i Szymon, który o mały włos by nie dotarł (a byłoby szkoda). Swoją drogą muszę się nauczyć od Basi kilku technik nakłaniających ludzi do działania zgodnie z powziętym przeze mnie planem. Brawo Basiu!


Plan był prosty, ugotować coś wspólnie, zjeść wspólnie i zabawić się wspólnie. Uwielbiamy gry towarzyskie i to one dziś oprócz obiado-kolacji miały uczynić nasz dzień szczególnym. Pracę sprawiedliwie podzielono między obecnych. Kizia upiekła dwa ciasta, BROWNIE NIGELLI (a właściwie Kizi) oraz CHLEBEK BANANOWY SOPHIE (a właściwie Kizi). Kilka osób dostało po paluszkach bo najpierw miało wjechać PESTO Z NATKI PIETRUSZKI jako pasta. Ciasta odłożono zręcznie na bok aby nie kusiły wygłodniałej tłuszczy a wokół rozległy się odgłosy siekania, mielenia, skwierczenia, przelewania i mlaskania (testowanie smaku i, jakże konieczna, konsultacja). Gdzieś na obrzeżach głównego nurtu powstawały sałaty, nie mniej istotne ale jak zwykle cierpliwie znoszące drugoplanowe role. Zieleniły się obie dumnie, przykryte konstelacją barwnych dodatków. Piękna była SAŁATA Z PIECZONĄ PAPRYKĄ a i SAŁATA Z JAJKIEM I BOCZKIEM (bardziej zapewne doceniana przez mięsożernych) kusiła kolorami. Najpiękniej jednak wyglądał bezalkoholowy poncz (przepis wkrótce) wypieszczony przez Basię i Borysa. Ciepło otuleni wspólnotą i zapachami powstających dań szykowaliśmy się do zajęcia miejsc za stołem.

A potem? A potem była czysta rozrywka. Zaczęliśmy od „karteczek na łepek”, gry znanej powszechnie z „Bękartów wojny” Tarantino i dostosowanej idealnie do obecnego na przyjęciu zróżnicowania wiekowego. Okazało się, że był z nami Lenin, Barbapappa, Chudy a nawet Terminator. Że nie wspomnę o Królu Lwie i Panu Tadeuszu. Przy okazji wyszło na jaw, że zadawanie pytań to wielka sztuka. Dla niewtajemniczonych: gra polega na odgadnięciu za pomocą pytań, na które odpowiedź brzmi „tak” lub „nie”, jaki napis umieszczono na naszej głowie. Tylko pozornie skomplikowanie.  Płynnie przeszliśmy do, tak zwanych, kalamburów (odgadywanie haseł pokazywanych za pomocą pochodnej pantomimy). I tu znów popisać się mógł każdy. W ruch poszły umiejętności aktorskie a także talenty do syntetyzowania uzyskanych informacji. Ale najważniejsze, że chyba wszystkim nam było miło i ciepło i to nie tylko dlatego, że byliśmy porządnie objedzeni a gmina włączyła kaloryfery.

Mimo, że kulinarnie panował klimat śródziemnomorski to obyczajowo było po koreańsku. Podobno w Korei większość dorosłych spotykając się ze sobą miło spędza czas na grach i zabawach towarzyskich. Wiedzę mam pewną bo z pierwszej ręki. Wujek Pawła, kompozytor i profesor muzyki, spędził tam kilka semestrów. Początkowo był zaskoczony gościnnością i serdecznością ludzi a także ich sposobami na wolny czas. Nikt tam nie siedzi godzinami za stołem, mimo że jada się sporo i dobrze. Szybko się do dobrego przyzwyczaił, pokochał tamtejszych ludzi, ich kuchnię i niektóre gry. Do tego stopnia, że lata tam spędzone uznaje za jedne z najbardziej radosnych w swoim życiu.  Cudownie byłoby przenieść takie zwyczaje na nasze podwórko. My i nasi przyjaciele lubimy po koreańsku. Zwłaszcza, że Dominika przywiozła z podróży z Korei kilka propozycji wprost do schrupania i jest szansa rozwinąć naszą sympatię. Nie możemy się doczekać!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Borys/positivestudio.pl

Makaron z pesto z natki pietruszki

Pesto z natki pietruszki:
  • 3 pęczki natki pietruszki
  • mała garść rukoli (tej jaśniejszej i drobniejszej)
  • po garstce: orzeszków ziemnych, migdałów i orzechów włoskich
  • kawałek parmezanu
  • około 5 łyżek oliwy
  • łyżka soku z cytryny
  • sól i pieprz do smaku
  • 4 dojrzałe soczyste pomidory
  • 2 cebule
  • makaron spaghetti z ciemnej mąki

do posypania:

  • starty parmezan
  • ewentualnie kilka listków natki do ozdoby
Wszystkie składniki na pesto mielimy na gładką masę w blenderze. Rukolę i natkę warto wcześniej pokroić odcinając od natki końcówki poniżej gumki. Gdyby masa okazała się za gęsta dolejmy nieco więcej oliwy. Pamiętajmy, że pęczek pęczkowi nierówny, i że musimy zaufać własnemu wyczuciu i oczekiwaniu w stosunku do gęstości pesto. Teraz, gdy woda na makaron już się zagotowała (bo przecież się zagotowała) wstawiamy makaron na około 10 minut bo koniecznie musi być al dente. Gdy makaron będzie gotowy, wrzucamy go na sito i dajemy mu chwilę. W tym czasie, w garnku po makaronie (ważne, żeby był duży), rozgrzewamy łyżkę oliwy. Wrzucamy wcale nie bardzo drobno posiekaną cebulę i i gdy już się zeszkli dodajemy spore kawałki pomidorów. Podsmażamy je tylko chwilę tak aby się nie rozpadły. Następnie dodajemy makaron i nasze, wcześniej przygotowane pesto. Całość mieszamy na ogniu, dość delikatnie aby nie zniszczyć makaronu i warzyw. Gdy składniki się połączą i podgrzeją makaron jest gotowy do podania. Na stół wjeżdża również parmezan i tarka i każdy zgodnie ze swoją wolą i ochotą posypuje sobie danie świeżo startym parmezanem. Danie doskonałe na czas przeziębień i infekcji gdyż ilość zawartej w nim witaminy C przewyższa wszelkie oczekiwania. Życzymy smacznego a wiemy, że będzie.

Zapraszamy do lektury spotkania przy stole: Wygrany wieczór.

Photo by Borys/positivestudio.pl

Sałatka z jajkiem i boczkiem na rukoli

  • opakowanie rukoli (około 100g)
  • 4 jajka ugotowane na twardo
  • duża garść suszonych pomidorów
  • 5 plastrów boczku

sos:

  • 1 ząbek czosnku
  • 4 łyżki oliwy
  • czubata łyżka majonezu
  • łyżeczka musztardy dijon
  • łyżeczka soku z cytryny
  • 1/4 łyżeczki cukru
  • pieprz, sól do smaku

Nasza propozycja dla mięsożerców. Sałatka pożywna, pełna białka ( i żółtka:)) a przy okazji zieloniutka jak wytęskniona już wiosna. Sałatę umieszczamy w misie lub salaterce. Ugotowane na twardo i wystudzone jajka kroimy na ćwiartki. Rozkładamy je na sałacie. Pomidory kroimy na kawałeczki i rozrzucamy na jajku i sałacie. Boczek podsmażamy do momentu uzyskania skwarek i rozkładamy na sałacie. teraz jeszcze sos. Sos najlepiej wymieszać w zamkniętym słoiczku. wszystkie składniki (w tym wyciśnięty czosnek) mieszamy na gładką masę. Sałatę podajemy niewymieszaną, dlatego najlepiej umieścić ją w płaskim naczyniu. Życzymy smacznego!

Zapraszamy do lektury spotkania przy stole: Wygrany wieczór.

Photo by Borys/positivestudio.pl

Sałatka z pieczoną papryką i sosem czosnkowym

  • opakowanie mieszanki sałat
  • 4 czerwone, dojrzałe papryki
  • feta (ser typu greckiego)
  • garść orzeszków piniowych

sos:

  • 5 ząbków czosnku
  • 4 łyżki oliwy
  • łyżeczka kremu balsamicznego
  • łyżeczka miodu

To niezwykła sałata, którą bardzo często raczę swoich gości. Tajemnicą jest tu pieczona papryka, której smak znacznie przewyższa (moim zdaniem) smak surowej. Pieczona papryka jest dużo bardziej aromatyczna, soczysta i znacznie mniej ciężkostrawna niż jej surowa wersja. A paprykę piecze się bardzo prosto. Myjemy ją i w całości układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Umieszczamy w piekarniku nagrzanym do 160 stopni i pieczemy około 35 minut. Papryka gotowa jest wtedy, gdy jej skórka zbrązowieje (nie koniecznie na całej powierzchni). Paprykę nieco studzimy i obieramy ze skóry co okazuje się po upieczeniu niezwykle łatwe.

Teraz możemy zająć się przygotowaniem sałatki. Na rozłożystym naczyniu rozkładamy mieszankę sałat. Na niej układamy delikatnie pokrojoną upieczoną wcześniej paprykę. Fetę kroimy w kosteczki i rozrzucamy na paprykę (warto użyć sera, który się nie kruszy, najbardziej popularna wersja fety niestety nie spełnia tego warunku). Pozostał nam do wykonania jeszcze sos. Sama doskonałość. Czosnek kroimy w dość cienkie łezki i wrzucamy na rozgrzaną oliwę. Po wrzuceniu czosnku zmniejszamy ogień tak aby nam się czosnek nie spalił. Musimy zrobić z niego brązowe, lekko złotawe chipsy. Bądźmy czujni. Spalone będą do wyrzucenia. Gdy już uzyskają pożądany kolor dodajemy ocet i miód i całość mieszamy. Sos jest gotowy. Polewamy nim sałatkę nie mieszając jej przed podaniem. Na wierzch sypiemy orzeszki piniowe. I gotowe. Cudowna, sycąca sałatka nadaje się do jedznia. Smacznego!

Zapraszamy do lektury spotkania przy stole: Wygrany wieczór.

Photo by Borys/positivestudio.pl