Tiramisu czyli poderwij mnie

Tiramisu to podstawa. Jeden z najbardziej lubianych deserów ever. Podawany niemal w każdym domu. U nas ubóstwiany i traktowany niemal bałwochwalczo. Tiramisu oznacza po włosku „obudź się” lub, co bardziej nam odpowiada „poderwij mnie”. Ach, nie dość, że boski smak to jeszcze pierwszorzędna, pobudzająca wyobraźnię nazwa. Nie chcemy się chwalić ale obie robimy doskonałe tiramisu. Każda oddzielne, ale okazało się, że bardzo podobne. Lidka nieco bardziej śmietanowe ja bardziej serowe. Ta wersja jest wersją klasyczną, obowiązkową i przepyszną. Zachęcamy: dajcie się poderwać i porwać. Tiramisu…

Tiramisu

  • 500 g dobrego serka mascarpone
  • 200 ml śmietany kremówki (36%)
  • 4 żółtka
  • 5 łyżek cukru
  • prawdziwe espresso (rozpuszczalna kawa też się „nadawa” ale espresso to espresso)
  • 4 łyżki amaretto (Lidzia, oprócz amaretto, dodaje co jej pod rękę się nawinie Coiuntreau, rum, ech…)
  • około 2 opakowań biszkoptów okrągłych (Lidka używa podłużnych, tzw. „lady fingers”)
  • kakao
  • mięta (do ozdoby)
Śmietankę ubijamy z łyżką cukru na sztywno i odstawiamy. Żółtka z resztą cukru ucieramy na krem (mikser i duże obroty).Powoli dodajemy serek i znów miksujemy, tym razem już na mniejszych obrotach. Dodajemy śmietaną i łączymy ją z masą delikatnie (łyżką lub mieszadłem). Wybieramy sobie foremkę. Najlepiej ceramiczną, w której łatwo będzie podać estetyczny deser.W przestudzonym espresso z dodatkiem likieru amaretto moczymy biszkopty (musimy to wyczuć, tak aby nie były zbyt mokre ale również nie za suche) i układamy całą ich warstwę na dnie naczynia. Na nich umieszczamy połowę kremu. Potem znów moczone w kawie z amaretto biszkopty a na nie pozostała część kremu. Deser posypujemy sowicie kakao i wstawiamy do lodówki co najmniej na dwie godziny. Najlepszy jest następnego dnia.
Nasze tiramisu zrobiłyśmy z podwójnej porcji w formie tortu. Specjalnie na 11 urodziny Franka syna, który je uwielbia. Sto lat Franiu!

 

Photo by Iza

Makaron z sosem szpinakowym i ziarnami

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przepis już niemal klasyczny. Wspaniałe danie, i to nie tylko ze względu na oszczędność czasu ale również pożywny charakter i uniwersalne przesłanie. Lubią je nawet najbardziej wymagający ze wszystkich konsumentów, czyli dzieci. Czy jest to danie dietetyczne (oczywiście w naszym rozumieniu)? Hmm… Chyba, mimo wszystko tak. Jest mocno sycące i nie sposób zjeść go przesadnie dużo. Poza tym można pokusić się o kilka lżejszych zamienników. Należy jednak zastanowić się czy rzeczywiście muszę „zjeść” michę czy wystarczy tylko miseczka? Jedzmy powoli ciesząc się każdym kęsem i delektując smakiem

Nasze danie podstawowe wzbogaciłyśmy o element „chrupalny”. Było warto!

A oto składniki, których potrzebujemy do przygotowania dania:

  • około 400 g makaronu spaghetti z ciemnej mąki
  • jedno opakowanie mrożonego szpinaku (będzie szybciej choć świeży, jak wiadomo, rządzi)
  • około 100 g sera rokpol
  • 5 łyżek śmietany 18% (można zamienić na 12-tkę lub jogurt naturalny oczywiście nie light)
  • 2 duże, lub 3 małe ząbki czosnku
  • sól i pieprz do smaku
  • około 3 łyżek prażonych na suchej patelni pestek  słonecznika i dyni
I do roboty. Dobrze jest nieco rozmrozić szpinak i odlać powstała w procesie wodę. Na patelnię wlewamy kapkę oleju roślinnego i wrzucamy szpinak. Staramy się go rozmrozić  do końca i delikatnie przysmażyć. Do szpinaku dodajemy obrane i wyciśnięte ząbki czosnku. Chwilę mieszamy i wrzucamy ser w kawałkach. Mieszając pozwalamy mu się rozpuścić i połączyć ze szpinakiem. Przyszedł czas na śmietanę. Łączymy ją z całością i doprowadzamy sos do wrzenia. Dodajemy trochę soli (nie za dużo, bo ser jest słony) i pieprzu. Możemy wyłączyć palnik. Teraz dosypujemy pestki zostawiając kilka do ozdoby. Sos jest gotowy.
Do tak przygotowanego sosu dodajemy makaron, nigdy odwrotnie, bo może okazać się że sosu mamy zbyt mało i danie będzie za suche, a co z tym idzie niekoniecznie, smaczne. To jest zasada którą stosujemy we wszystkich rodzajach sosów.
Nasz makaron podajemy z ziarnami. Można też dodać kilka listków zieleninki. Bazylia będzie idealna.
Smacznego, zdrowego i estetycznego!
Photo by Iza

 

Nowy, pożywny, „nieprzesadnie” kaloryczny przepis

Kochani, specjalnie dla Was, nowy przepis z serii „poszukiwanie złotego środka”. Tym razem na bolognese wegetariańskie, makaron z pomidorowym sosem wzbogaconym cieciorką. Oczywiście makaron z semoliny, dużo mniej tuczący i, jak wieść niesie, o niebo zdrowszy od tych powszechnie używanych. Danie jest łatwe w przygotowaniu ( nie mówiąc o tym, że robi się je dziecinnie prosto) bogate w białko i praktycznie pozbawione tłuszczu. A dodatkowo, co bardzo istotne Smakuje również na zimno.
Do zrobienia naszej „złoto środkowej” potrawy potrzebujemy:
  • 1 dużą cebulę
  • 1 czerwoną paprykę
  • 3 ząbki czosnku
  • 1 małe chilli
  • 1 puszkę cieciorki
  • 1 puszkę krojonych pomidorów
  • 2 łyżki oliwy
  • sól, świeży pieprz
  • 1/2 pęczka natki pietruszki
  • 500 g makaronu z semoliny lub razowego

Na patelni rozgrzewamy oliwę i podsmażamy na niej oczyszczone i pokrojone w drobną kostkę: cebulę, czosnek (te idą jako pierwsze), paprykę i chilli. Gdy warzywa zmiękną (po około 10 minutach) dodajemy pomidory i odsączoną z wody cieciorkę. dusimy jeszcze przez chwilę. Całość przyprawiamy do smaku solą i pieprzem.
Do tak przygotowanego sosu dodajemy makaron, nigdy odwrotnie, bo może okazać się że sosu mamy zbyt mało i będzie za suchy, a co z tym idzie niekoniecznie, smaczny. To jest zasada którą stosujemy we wszystkich rodzajach sosów. Już na talerzach posypujemy pietruszką wegług upodobań, my zawsze robimy to baaardzo obficie.
Smacznego!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Photo by Iza

Makaron z ciecierzycą i pomidorami

  • 1 duża cebula
  • 1 czerwona papryka
  • 3 ząbki czosnku
  • 1 małe chilli
  • 1 puszka cieciorki
  • 1 puszka krojonych pomidorów
  • 2 łyżki oliwy
  • sól, świeży pieprz
  • 1/2 pęczka natki pietruszki
  • 500 g makaronu razowego lub z semoliny

Na patelni rozgrzewamy oliwę i podsmażamy na niej oczyszczone i pokrojone w drobną kostkę: cebulę, czosnek, paprykę i chilli. Gdy warzywa zmiękną (po około 10 minutach) dodajemy pomidory i odsączoną z wody cieciorkę. dusimy jeszcze przez chwilę. Całość przyprawiamy do smaku solą i pieprzem.
Do tak przygotowanego sosu dodajemy makaron, nigdy odwrotnie, bo może okazać się że sosu mamy zbyt mało i będzie za suchy, a co z tym idzie niekoniecznie, smaczny. To jest zasada którą stosujemy we wszystkich rodzajach sosów. Już na talerzach posypujemy pietruszką wegług upodobań, my zawsze robimy to baaardzo obficie.
Danie jest łatwe w przygotowaniu, bogate w białko i praktycznie pozbawione tłuszczu. Smakuje również na zimno. Smacznego!

Photo by Iza

Pierwszy krok czyli jak zaczynam mój dzień

Czas na kolejny krok, delikatnie obsunięty w czasie bo dużo upływa nam go na rozmowach i rozmyślaniach nad nową tematyką (ale prawda jest taka, że nie tylko nad tym). Drugi wpis i pierwszy krok, o którym warto napomknąć i wziąć sobie do serca.Temat pt: Jak zaczynam? Wierzymy głęboko w to, że im lepszy start sobie zapewnimy tym łatwiejszy będzie nasz bieg do mety. A my ten bieg chcemy sobie ułatwiać a nie utrudniać. No przecież! Chcemy też ostrzec wszystkich czekających na kalorie i ich dokładne liczenie. Nie będzie w naszym „Złotym środku” liczenia kalorii. Będzie szukanie rozwiązań na lepsze, zdrowsze i milsze życie. Owszem, będą lżejsze dania, i to nierzadko, ale żadnego popadania w obsesje. Uważamy, że licznie kalorii działa destabilizująco i nadto obciąża psychikę. Ale, ale, wracamy do tematu. Konkretyzując, będzie nim kwestia: Jak zaczynam mój dzień?

 

Chcemy Was namówić do refleksji. Podobno kluczowe znaczenie ma dla naszego organizmu i naszego samopoczucia to jakie działania podejmujemy tuż po przebudzeniu. Nie będziemy zaczynać od tego jak powinno się wstawać choć to również temat rzeka ale zajmiemy się się tym co zrobić tuż po wstaniu, żeby przygotować się na nadchodzący czas i związane z nim wymagania. Pierwsza rzecz, którą udało nam się zauważyć po rozmowach z przyjaciołmi i siegając do własnego doświadczenia to wieczny pośpiech. Jakże my go nie lubimy. Gdy już rano wpadnie się w przyspieszenie ponaddźwiękowe trudno z niego wypaść i wszystko co robimy robimy pobieżnie i  bez radości. A tego byśmy nie chcieli. Drodzy nasi, od jutra nastawiamy budziki o 10 minut wcześniej i dajemy sobie chwilę na poranną refleksję, atak porannych kremów i…. No właśnie, co dalej albo nawet wcześniej.
My mamy swój pomysł i chcemy się nim z wami podzielić. Nasz dzień zaczyna się codziennie tak samo. Ktoś mógłby powiedzieć „ale nuda” ale wierzcie nam nic bardziej mylnego. Napój bogów, którym co dzień witamy codzienność daje nam poczucie, że jesteśmy wyjątkowe, piękniejsze i zdrowsze. Wiem, że brzmi to wszystko pompatycznie i niewiarygodnie ale może odbierze nieco powagi fakt, że napojem tym jest woda. Czy po prostu woda? Prawie po prostu. Rano nalewamy sobie 3/4 szklanki zimnej wody, 1/4 wrzątku i dodajemy gruby plasterek cytryny, pomarańczy albo limonki (wiele zależy od nastroju). Wypijamy nasz napój zanim zaczniemy jakiekolwiek działania. Podobno jeszcze lepiej działa i smakuje woda z cytrusem gdy zaleje się go na noc wodą a rano jedynie doleje wrzątku. Dla jeszcze bardziej ambitnych mamy propozycję napoju nieco bardziej wysublimowanego.
  • 1 l niegazowanej wody źródlanej
  • 2 cytryny
  • 2-3 łyżek miodu
  • ewentualnie kilka
    listków mięty

Jedną cytrynę kroimy w plastry, z drugiej wyciskamy sok, wszystko wrzucamy do dzbanka, dodajemy miód. Całość zalewamy wodę i mieszamy. Na koniec wrzucamy listki mięty. Lemoniada gotowa!
Jeżeli chcemy żeby lemoniada była miętadą, zamiast jednej cytryny dajemy garść bardzo drobno posiekanej, a najlepiej zmiksowanej mięty. Pychota!!!!

I czyż dzień rozpoczęty takim rytuałem nie będzie piękniejszy. Vivat rytuały, kochamy rytuały.

A jak Wy zaczynacie swój dzień? Czy jutro odbędzie się powitanie nowego toastem z napoju bogów? Czekamy na Wasze propozycje…

Photo by Adam Bondarowicz

Dieta na całe życie czyli złoty środek


I nas to dopadło. Rzecz będzie o dietach i choć nieco nam wstyd nie mogłyśmy się dłużej opierać. Jak wiecie zapewne nie jesteśmy wielkimi fankami diet. Do życia i jedzenia staramy się mieć stosunek racjonalny i radosny. Nie żyjemy po to aby jeść ale też nie żyjemy po to aby wyglądać choć lubimy zarówno jeść, jak i wyglądać. Preferujemy złoty środek co prezentujemy w NASZYM MANIFEŚCIE. Wydaje się, że złoty środek to gotowe rozwiązanie i należy jej tylko wprowadzić w życie i jedząc wyglądać. Ale złoty środek, podobnie jak kamień filozoficzny to niedościgniony obiekt pożądania ludzkości od tysiącleci. Obiekt pragnień, nieskończonych obliczeń i marzeń. Gdyby tylko zdobyć złoty środek można by wreszcie wtedy zapewne precyzyjnie zdefiniować szczęście. W tym wypadku gonienie króliczka jest mniej ciekawe niż złapanie króliczka. Oj przydałby się nam złoty środek.

Podsumujmy: nie wierząc w diety a wierząc w złoty środek pozostajemy nieco skonsternowane i zagubione w obliczu trudności związanych z zachowaniem stałej wagi przy jednoczesnym zdrowym i smacznym odżywianiu. Ale nie rezygnujemy. Zachęcone przez jedną z naszych koleżanek, która próbuje usilnie zrzucić parę kilo postanowiłyśmy się pokusić o niemożliwe i odnaleźć złoty środek. Będziemy się posiłkować własnym doświadczeniem, doświadczeniem mądrzejszych od nas, zdrowym rozsądkiem i dobrym planem. Trzeba od czegoś zacząć.

Jedno jest pewne, z całą stanowczością odrzucamy diety restrykcyjne, krótkoterminowe, nieurozmaicone i przesadnie niskokaloryczne. Nie wierzymy w nie a co więcej wiemy jak wiele złych konsekwencji ze sobą niosą, wśród których efekt jo-jo to najmniejszy problem. Zaczynamy od tego że odrzucamy klasyczne diety i jest to nasz punkt pierwszy. Jeżeli ktoś z naszych czytelników ma problem z wagą, prawdziwy, stanowiący zagrożenie dla zdrowia lub dobrego samopoczucia powinien się naszym zdaniem zgłosić do lekarza. Możemy polecić zaprzyjaźnionego z nami dietetyka Michała Mularczyka. Człowiek jest zaufany i sprawdzony.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

My pragniemy się zająć czymś nieco innym a mianowicie zmianą stylu życia albo raczej znalezieniem stylu życia, który nam pomoże utrzmać stałą wagę, zdrowie i dobre samopoczucie. Punkt drugi zatem to kolejne założenie, smutne i radosne zarazem: nasz złoty środek, nasza dieta, a raczej nasz nowy styl, to zadanie na całe życie. Tym większa spoczywa na nas odpowiedzialność.  Jak widzimy sprawa jest poważna. Zajmiemy się nią precyzyjnie, planowo i konsekwentnie. Założenie jest takie aby do końca roku skrystalizował się jakiś pomysł. Czy się uda? Z Waszą pomocą na pewno. Dziś pierwszy upominek dla Was. Przepis na zupę, pożywną, smaczną, łatwą, dość niskokaloryczną i kolorową. To nasz upominek,  a Wy obiecajcie, że przez cały okres poszukiwań przynajmniej jeden wasz posiłek będzie przygotowany w domu przez Was lub bliską Wam osobę. Mocno wierzymy, że najzdrowiej i bez niepotrzebnych pustych kalorii jada się w domu. Także rączki zakasujemy i robimy prostą i przepyszną ZUPĘ RYBNĄ W STYLU TAJSKIM. A jutro kolejny odcinek „ZŁOTEGO ŚRODKA”. Obiecujemy!

A oto nasz pierwszy krok:

  • 2 l wywaru warzywnego (można go przygotować o tak)
  • 3-4 marchewki
  • 400 dkg świeżego łososia
  • około 10 krewetek
  • puszka mleczka kokosowego
  • kilka namoczonych (dziesięć minut we wrzątku) grzybów Mun
  • 2 papryczki chilli
  • około 2 cm świeżego imbiru
  • jedna limonka (ewentualnie cytryna)
  • sos sojowy
  • pęczek posiekanego szczypiorku lub kolendry, albo trochę tego i tego
  • 1 mała paczka cieniutkiego makarony ryżowego

Marchewkę ścieramy na tarce o grubych oczkach, imbir na mniejszych i podsmażamy chwilę na oliwie w głębokim rondlu lub garnku o grubym dnie. Po podsmażeniu składników do garnka dodajemy bulion i doprowadzamy do wrzenia. Dorzucamy pokrojoną drobno papryczkę chilli (jeżeli nie lubimy dań ostrych dodajemy papryczki bez pestek). Zmniejszamy płomień pod wywarem, wlewamy mleczko kokosowe i dodajemy rybę (wcześniej umytą, oczyszczoną i pozbawioną ości) pokrojoną w dużą kostkę oraz pokrojone w paseczki grzyby Mun. Całość gotujemy około 5 minut. Przyprawiamy sosem sojowym, sokiem z limonki.
Makaron ryżowy przygotowujemy zgodnie z opisem z opakowania (niektóre się chwilę gotuje a inne tylko zalewa wrzątkiem). Zupę podajemy z makaronem, posypaną ziołami i ewentualnie uprażonym sezamem.
Zupa jest niezwykle „szybka”, a jeżeli mamy gotowy bulion to wprost błyskawiczna i treściwa, więc spokojnie wystarcza za cały posiłek. Smacznego.

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Kamil/magazynwrazen.pl i Iza

Zupa rybna w stylu tajskim

  • 2 l wywaru warzywnego (można go przygotować o tak)
  • 3-4 marchewki
  • 400 dkg świeżego łososia
  • około 10 krewetek
  • puszka mleczka kokosowego
  • kilka namoczonych (dziesięć minut we wrzątku) grzybów Mun
  • 2 papryczki chilli
  • około 2 cm świeżego imbiru
  • jedna limonka (ewentualnie cytryna)
  • sos sojowy
  • pęczek posiekanego szczypiorku lub kolendry, albo trochę tego i tego
  • 1 mała paczka cieniutkiego makarony ryżowego

Marchewkę ścieramy na tarce o grubych oczkach, imbir na mniejszych i podsmażamy chwilę na oliwie w głębokim rondlu lub garnku o grubym dnie. Po podsmażeniu składników do garnka dodajemy bulion i doprowadzamy do wrzenia. Dorzucamy pokrojoną drobno papryczkę chilli (jeżeli nie lubimy dań ostrych dodajemy papryczki bez pestek). Zmniejszamy płomień pod wywarem, wlewamy mleczko kokosowe i dodajemy rybę (wcześniej umytą, oczyszczoną i pozbawioną ości) pokrojoną w dużą kostkę oraz pokrojone w paseczki grzyby Mun. Całość gotujemy około 5 minut. Przyprawiamy sosem sojowym, sokiem z limonki.
Makaron ryżowy przygotowujemy zgodnie z opisem z opakowania (niektóre się chwilę gotuje a inne tylko zalewa wrzątkiem). Zupę podajemy z makaronem, posypaną ziołami i ewentualnie uprażonym sezamem.
Zupa jest niezwykle „szybka”, a jeżeli mamy gotowy bulion to wprost błyskawiczna i treściwa, więc spokojnie wystarcza za cały posiłek. Smacznego.

Zapraszamy do lektury spotkania przy stole: Dieta na całe życie, czyli złoty środek.

Photo by Iza

Hello, Halloween…

Stało się i należy to zaakceptować. A może wystarczy nauczyć się cieszyć nowymi pretekstami do balowania. Jak tak się prześledzi historię kultury można odnaleźć wiele śladów rytuałów związanych z oswajaniem straszności i potworności, które przez 364 dni w roku skazane są na przebywanie w ciemnym, rzadko odwiedzanym kącie. Tak więc, hello Halloween, witamy cię oficjalnie na naszym podwórku i postaramy się zaakceptować fakt, że się zadomowiłeś.


A dla tych najbardziej wątpiących i zdruzgotanych zakażaniem polskiej tradycji: jednym z pozytywów wiążących się ze wzrostem popularności helloween jest wzrost spożycia dyni. A dynię spożywać warto bo potrafi zdziałać cuda: wspomaga układ odpornościowy, pobudza trawienie, dostarcza witaminę D, redukuje tkankę tłuszczową, działa uspokajająco i wspiera nerki. A ponadto reguluje gospodarkę wodną i działa odchudzająco. Oczywiście to nie wszystko ale wydaje mi się, że wystarczy aby wątpiących przekonać. Uznajmy więc helloween za święto dyni a tym samym święto zdrowego i racjonalnego żywienia i problem z akceptacją kulturowych naleciałości mamy z głowy.

Spotkaliśmy się helloweenowo i radośnie aby sobie miło porywalizować, trochę się nastraszyć i zjeść coś przerażającego. Kuchnia „helołińska” jest bardzo pożywna i otwarta. Jada się w niej właściwie wszystko ale oczywiście niemożliwym byłoby przygotowanie wszystkiego nawet z pomocą czarnej magii. Postawiliśmy więc na „helołińskie klasyki”. Na pierwszy rzut poszła ZUPA ZE ZBUTWIAŁEJ DYNI ROSNĄCEJ NA CMENTARZYSKU. Pozornie przypominała zwykłą dyniową ale wierzcie, była dużo lepsza i  smakowała doprawdy wybornie. Wszystkie straszydła machały łyżkami i mlaskały radośnie. Na drugie podano ulubione danie czarownic: WŁOSY MEDUZY Z SOSEM PEŁNOKRWISTYM I BOBKAMI LEŚNEGO TROLLA.  Niektóre wegetariańskie stwory nie były zachwycone ale umówmy się co kogo w Helloween obchodzą wegetariańskie stwory? Danie to, lubiane również przez stworki, tryumfowało tego wieczoru a ujmowało prostotą i klasycznym smakiem. Halloween uwielbia klasykę.

Niewątpliwym przebojem była jednak SAŁATKA Z MÓZGIEM I OCZAMI GNOMA Kucharze nie chcieli ujawnić pochodzenia mózgu a inni, szanując tajemnicę kucharską, nie naciskali. Sałatka z mózgiem to danie wykwintne choć niezbyt pracochłonne. Kilka prostych zaklęć i gotowe. Z kilku kolejnych wyczarowaliśmy deser a była to przede wszystkim TARTA PAJĘCZYCA oraz (last but not least) tajemne mieszanki: KOKTAJL Z ŻUKÓW oraz NAPÓJ Z HEKTOPLAZMY. No paluszki pokrzywione lizać. Pomruki, jęki, a nawet krzyki dobiegały z gardeł gości uczty. Smakowały nam te potworności, oj smakowały. A potem…

A potem postanowiliśmy zachowywać się jak ludzie bo czas rozrywki nastał. Był to ciąg dalszy wieczoru koreańskiego , który odbyliśmy niemal w tym samym gronie wzbogadzonym jedynie nieznacznie acz korzystnie. Gry i zabawy okazały się dla pełnych brzuszysk idealne na trawienie. Skorzystaliśmy z zabaw z poprzedniego spotkania łamiąc sobie głowy i ciała w wyścigu po zwycięstwo. Przegrani mieli zostać zamienieni w robale. Darowano im łaskawie. To chyba słodko- korzenna PAJĘCZYCA zdziałała cuda. Przez żołądek do serc, nawet u tych, którzy ich ponoć nie mają.

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.
Photo by Borys/positivestudio.pl

Sałatka z serem halloumi

 

  • 180 g mieszanki ulubionych sałat
  • 250 g pomidorków cherry
  • 250 g ciemnych winogron
  • 1 czerwona cebula
  • 250 g sera halloumi

Sos

  • 1 łyżka octu winnego
  • 3 łyżki oliwy
  • sól, świeży pieprz

Do dużej miski w której będzie podawana sałata, wrzucamy sałatę, pokrojone na pół pomidorki cherry i winogrona (z winogron wyjmujemy pestki, przyjemniej się je) i pokrojoną w piórka cebulę. Na suchej, mocno rozgrzanej patelni smażymy na złoty kolor pokrojony w grubą kostke ser halloumi. Halloumi to rodzaj sera solankowego półtwardego pochodzenia greckiego. Od wielu stuleci wytwarzany jest z surowego mleka owczego i koziego, obecnie także z dodatkiem krowiego. Ma lekko słodki, mleczny smak i nadaje się do gotowania :-)

Tuż przed samym podaniem sałatkę polewamy przygotowanym sosem (najlepiej składniki na sos wymieszać w małym, zamniętym słoiczku) pamiętając, że nie trzeba mieszać jej zbyt dokładnie. Życzymy smacznego!

P.S. Ja przy smażeniu sera się zagapiłam… patelnia była za mała i ogień niewielki, ser zamiast się usmażyć roztopił się. Zaczął przypominać przyrządzamy na patelni …mózg. Ale że to Halloween było zrobiłyśmy sałatkę z rwanym mózgiem i oczami gnoma (obrane winogrona). Pycha helloween…

Zapraszamy do lektury spotkania przy stole: Hello, helloween…

Photo by Borys/positivestudio.pl

 

Smoothie czyli koktajl owocowy

  • 450 g mrożonej mieszanki kompotowej (jagody, czarne porzeczki, truskawki, maliny)
  • 4 dojrzałe banany
  • ok. szklanka soku z czarnej porzeczki
  • garść świeżej  mięty
  • 1 szk. lodu
Wykonanie jest niesłychanie proste i szybkie. Wszystkie składniki miksujemy w blenderze i już….
Oczywiście owoce i sok mogą być dowolne, w zależnoości od sezonu i ochoty. My sugerowałyśmy się okazją, czyli jak najbardziej na czerwono, a że sezon na truskawki mrożone i banany w pełni to wypadło na taki właśnie duet. Smacznego!

 

Zapraszamy do lektury spotkania przy stole: Hello, helloween…

Photo by Borys/positivestudio.pl