Mussaka

Musaka niby znana i popularna, a każdy robi ją po swojemu. Nawet w rodzimej Grecji jedni podaja danie z ziemniakami inni bez. Stałą niezmienną jest bakłażan, mięso mielone wołowe i pomidory (potrzebne do sosu). My uważamy, że to zapiekanka „jednogarnkowiec” więc bez ziemniaków ani rusz. Tym bardziej że zima tego roku dopisała :-) A więc do dzieła!
  • 2- 3 bakłażany
  • 500 g ziemniaków
  • 2 świeże pomidory
  • ok 1 kg mielonej wołowiny
  • oliwa z oliwek
  • 2 cebule
  • 3 ząbki czosnku
  • 2 łyżki posiekanej natki z pietruszki
  • 1 puszka pomidorów
  • 2 łyżki koncentratu pomidorowego
  • przyprawy: sól, świerzy pieprz, cukier, 1/2 łyżeczki cynamonu

Sos:

  • 3 jajka
  • 400 g jogurtu greckiego
  • gałka muszkatołowa
  • 150 g tartego sera żółtego

Bakłażana kroimy wzdłuż na cienkie plastry i smażymy na grillowej patelni lub na zwykłej (ale bez tłuszczu) z obu stron.
Ziemniaki gotujemy 10-15 minut, aż lekko zmiękną, a po ugotowaniu studzimy i kroimy na 0,5 cm plasterki.

Na dużej patelni rozgrzewamy oliwę, dodajemy drobno posiekaną cebulę, czosnek i smażymy do zeszklenia. Nastepnie dodajemy mięso, przyprawy i dusimy wszystko przez około 15 min. Dodajemy  pomidory, koncentrat pomidorowu i dusimy bez przykrycia. Na koniec dorzucamy posiekaną natkę pietruszki i w razie konieczności doprawiamy do smaku.

Żaroodporne naczynie o średnicy około 26 cm smarujemy masłem i wysypujemy bułką tartą. Na dnie układamy warstwę bakłażanów, połowę farszu mięsnego, nastepnie kolejna warstwa bakłażanów, na nią drugą warstwę mięsa i na samą górę kolejna warstwa bakłażanów, pokrojone w plastry pomidory, ziemniaki i całość zalewamy sosem powstałym z wymieszania jajek, jogurtu i gałki. Wierzch posypujemy startym serem żółtym. Zapiekamy w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni przez około 35 minut lub do momentu, gdy ser ładnie zbrązowieje. Podajemy musakę prosto z pieca najlepiej w naczyniu, w którym została przygotowana. Smacznego.

Zapraszamy do lektury spotkania przy stole: Powiało chłodem.

Photo by Iza

Kasza jaglana z karmelizowaną gruszką i …

  • szklanka kaszy jaglanej (przed ugotowaniem)
  • 2 dojrzałe gruszki
  • około 200 g gorgonzoli
  • 200 g orzechów włoskich
  • 4 łyżki brązowego cukru
  • trochę masła
 Kaszę płuczemy kilka razy i wrzucamy na suchą  patelnię. Aby ugotować ją na sypko, co jak wiadomo nie jest łatwe, powinno się ją najpierw nieco podprażyć. Gdy już to zrobimy (nie spalmy jej) gotujemy ją wg przepisu na opakowaniu. Najczęściej jest to proporcja jeden (kasza) do dwóch (woda) z odrobiną soli. Gotuje ją się około 20 minut, aż kasza wchłonie wodę.
Teraz dodatki. Na patelnię wsypujemy cukier z łyżeczką masła i dodajemy orzechy (nieco rozdrobnione). Smażymy do momentu gdy ładnie oblepią się cukrem. Teraz wrzucamy orzechy do kaszy a następnie całość łączymy z obraną i pokrojoną gruszką i pokrojonym w kostkę serem gorgonzola. Delikatnie mieszamy. Danie jest właściwie gotowe, pyszne zarówno na ciepło i na zimno. Polecamy! Pamiętajcie, że kasza jaglana to naturalny antybiotyk.
Smacznego!
Zapraszamy do lektury Spotkania przy stle: Powiało chłodem.
Photo by Iza

 

Grochówka

  • włoszczyzna
  • około 300 g (przed ugotowaniem) grochu
  • olej rzepakowy
  • 3 ziemniaki
  • 3 cebule
  • około 150 g boczku
  • garść majeranku
  • pieprz, sól, liść laurowy, ziele angielskie

W dużym garnku zagotowujemy około 2 litrów wody, wlewamy 4 łyżki oleju i dodajemy 3 listki laurowe i kilka ziaren ziela angielskiego. Dodajemy oczyszczoną i startą na tarce włoszczyznę (można użyć gotowej mrożonki). Po około 10 minutach wsypujemy umyty i namoczony (około 2 h) groch. Najlepiej wylać wodę, w której się moczył aby nie był zbyt wzdymający, co się strączkowcom, jak wiadomo, zdarza. Po kilku minutach dodajemy część majeranku (około jednej łyżki, delikatnie roztartego ziela). Gdy groch zacznie się rozpadać wrzucamy pokrojone w kostkę, oczywiście obrane i umyte ziemniaki. Dodajemy podsmażone ma oleju piórka cebuli (uwaga, żeby nie spalić). Pozostało nam jeszcze około 15 minut gotowania. Teraz czas na solenie, pieprzenie i kolejną porcję majeranku. Można też dodać ekologicznej kostki rosołowej (warzywnej). Póki co, nasza zupa jest jeszcze wegetariańska. Należy więc odlać część dla bezmięsnych a mięsnym dodać do zupy pokrojony i podsmażony w kostkę boczek. Za chwilę zupa będzie gotowa. Podajemy ją oczywiście gorącą z odrobiną natki pietruszki.

Smacznego!

Zapraszamy do lektury Spotkania przy stole: Powiało chłodem.

Photo by Iza

Pizza orkiszowa z owocami morza

Ciasto na pizzę:

  • około 300 g mąki orkiszowej
  • jajko
  • 250 ml śmietany 18%
  • 3 dkg świeżych drożdży
  • łyżeczka cukru
  • solidne pół łyżeczki soli

sos do pizzy:

  • około 6 łyżek oliwy z oliwek
  • 3 ząbki czosnku
  • mały kawałek papryczki chili
  • garść świeżej kolendry
  • odrobina pieprzu i soli

Dodatki:

  • około 25 sztuk surowych krewetek (tygrysich)
  • puszka kalmarów w oleju
  • 2 szalotki
  • garść zielonych oliwek
  • 150 g mozarelli
  • wielka garść rukoli
Dość łatwo się robi tę pizzę i dość ekspresowo. Zaczynamy oczywiście od …zaczynu. Łączymy  3 łyżki śmietany (nie daj boże zimnej) z drożdżami i cukrem i czekamy aż grzecznie „ruszą”…
W tym czasie przyrządzamy sos, którym potraktujemy ciasto przed pieczeniem. Łączymy oliwę z czosnkiem, pokrojoną drobno kolendrą i chili. Można też dodać nieco soli i pieprzu. Wszystko razem mieszamy dokładnie i zostawiamy na trochę aby się przegryzło.
Gdy drożdże zaczną wypuszczać bąbelki możemy zabrać się za przygotowanie ciasta. Łączymy mąkę z jajkiem, śmietaną, solą i dodajemy zaczyn. Teraz czas na wyrabianie ciasta. Robimy to z sercem, dokładnie aż ciasto zacznie częściowo odstawać od ręki. Gdy już będzie wyrobione zostawiamy je w ciepłym miejscu i znów pozwalamy mu wyrosnąć.
Gdy ciasto będzie gotowe (około pół godziny) zaczynamy wałkowanie na wysypanym mąką blacie. Warto zadbać o to, aby ciasto było rozwałkowane dość cienko. Z naszej porcji wyjdą dwie spore, okrągłe pizze. Układamy je (rozwałkowane) na papierze do pieczenia rozłożonym na blasze.
Rozwałkowane pizze smarujemy sosem. Przygotowujemy krewetki (nieco je rozmrażamy) i pozostałe składniki. Rozkładamy je na plackach. Najpierw krewetki, rozdrobnione kalmary, pokrojoną w cienkie krążki szalotkę i oliwki. Posypujemy delikatnie startym serem (mozarella) i gotowe. Tzn. prawie… Pizzę pieczemy w 180 stopniach przez około 20 minut. Pizzę podajemy gorącą posypaną (wręcz przysypaną) świeżymy liśćmi rukoli. Jako dodatek świetnie się sprawdzi oliwa z chili.
Smacznego!

Photo by Iza

 

 

 

Dlaczego kochamy pizzę

Bo tak. Są obiekty stworzone do kochania i już i pizza jest niewątpliwie jednym z nich. Ta doskonała proporcja między węglowodanem a niewęglowodanowym dodatkiem. Chrupkość ciasta i wygoda w spożywaniu. Ta niezliczona ilość możliwość tworząca kuszące pole dla wyobraźni. Nie ma co, dziś jest międzynarodowy dzień tego złotego krążka więc powiedzmy to głośno, pizzę kochać trzeba. Ale czy spożywać?

Zacząć należy od tego, że pizza pizzy nierówna. Nie bez powodu jest ona zaliczona do „junk food”, odsądzana od czci i wiary i znieważana. Potrafi być iście diabelskim daniem. Bywa tłusta, mączna, pełna chemicznych poprawiaczy, spulchniaczy i śmieciowych dodatków. Nie ma wątpliowości, że na pewno powinniśmy się wystrzegać pizzy z popularnych sieciówek. Pewności co do jej składu i wartości nie mamy, więc ryzyko naprawdę duże. Już na pierwszy rzut oka widać, że mąka i tłuszcz to główne składniki większości z nich. Na pewno dzisiejszy dzień, nie jest dniem takiej pizzy. Ale nie porównujmy „takiej” pizzy z tą domową albo pochodzącą z pełnej szacunku dla jej pochodzenia restauracji.

Pizza może być naprawdę wspaniałym, szlachetnym, pożywnym i zdrowym posiłkiem. Naprawdę… Wystarczy użyć ciemniejszej mąki, albo choćby orkiszowej, dobrać odpowiednio proporcje pomiędzy ciastem a dodatkami i odpowiednio dobrać same dodatki. Odpowiednie dodatki to podstawa. Nasza PIZZA WEGETARIAŃSKA Z CUKINIĄ to doskonały przykład pizzy „zdrowo” skomponowanej. Mnóstwo warzyw i domowej roboty, smakowite ciasto. Jej wersja dla mięsożernych PIZZA Z JAJKIEM, SZALOTKĄ I BEKONEM to też niczego sobie połączenie pożywnych składników i łatwego w przygotowaniu, smacznego ciasta. Choć ja oczywiście usunęłabym bekon… Uwielbiam pizze sałatkowe, takie z wybitnie cienkim ciastem, pokryte solidnym bukietem świeżych warzyw. Dziś na obiad, taką właśnie zrobimy… (Już zrobiona: PIZZA ORKISZOWA Z OWOCAMI MORZA)

Z całego serca polecamy też pizze w wersji mini. Szczególnie te z PASTĄ Z RUKOLI i innymi fantastycznymi produktami. Ale też nie wzgardźmy ich prostą wersją dla dzieci z Z SZYNKĄ I DOSKONAŁYM SOSEM POMIDOROWYM. To świetna propozycja na przyjęcie ze szwedzkim stołem lub gromadką dzieci. Swoją drogą to niesamowite jaką karierę zrobiło to proste danie. Wyrwało się kuchni neapolitańskiej i obiegło cały świat, zadomowiając się na dobre w każdym miejscu, do którego trafiło. Poszukiwanie pizzy idealnej nie ma końca. Ostatnio jadłam jedną z bliskich ideałowi w zaskakującej Restauracji warszawskiej   IL CAMINETTO (http://www.ilcaminetto.pl/). Nie zrażajcie się wejściem do lokalu. Zaglądajcie do środka śmiało zamawiając już w progu pizzę o nazwie wdzięcznej jak nazwa restauracji „Il Caminetto”… Rozmarzyłam się. A wy gdzie jadacie swoją ulubioną pizzę?

I jeszcze jedno, na koniec, nie udawajmy, że kształt nie ma znaczenia. Pizza powinna być okrągła! Mała, duża, średnia, pulchna, chrupiąca, wszystko jedno ale, na miły bóg, bezwzględnie okrągła. Nie ważmy się robić jej w blaszce prostokątnej, no chyba, że nie ma wyjścia… Zmieniam zdanie. Lepsza pizza prostokątna niż żadna!

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami

Photo by Kamil/magazynwrazen.pl

 

„Jestem miłością” – Przez żołądek do serca

 

To jak niedaleko kuchni do miłości udowodniono już miliony razy. Kuchnia przez wielkie K i Miłość przez wielkie M mieszkają w tym samym mieście. To prawda, że to daleko i trudno tam trafić, ale umówmy się, niektórym się udaje. Ciało jest narzędziem zarówno miłości, jak i kuchni, a zmysły darem, który otrzymaliśmy aby móc delektować się jednym i drugim. I jest jeszcze Film przez wielkie F – kolejny pretekst do przeżywania rozkoszy…

„Jestem miłością” to godny hołd złożony Viscontiemu, prawie arcydzieło, jak ktoś to ładnie i trafnie ujął. (Może kilka niepotrzebnych zdań i gestów, kilka zbędnych emocji, nieco za dużo melodramatu w melodramacie). Film niewątpliwie godzien obejrzenia, a może raczej nasycenia się nim. To wspaniała uczta dla oczu i ducha opowiedziana w pełen wrażliwości i delikatności sposób. Prowadziłam ostatnio ciekawą dyskusję na temat tego czy film jest pochodną malarstwa czy literatury. Skłonna byłam przychylić się do pierwszego twierdzenia, ale „Jestem miłością” uwolniło mnie od potrzeby decydowania. Ten film jest dowodem na to, że można połączyć te dwa warianty w jednym utworze. Ba, jest to doskonały przykład tego jak genialnie kino potrafi jednoczyć różne dziedziny sztuki. Tu spotyka się piękno obrazu, z wielką mocą muzyki i wspaniałą, godną snucia, historią.

Poetyka „Jestem miłością” nie musi przypaść do gustu wszystkim, wiem to, akceptuję, ale nie rozumiem dlaczego tak właśnie być musi. Powolna opowieść, zatapianie się w pozornie zbędnych obrazach, gestach i dźwiękach, niemal namacalna, cieknąca z ekranu tęsknota, wydają się wyzwalać uniwersalne, elementarne emocje i skojarzenia. Budzenie się namiętności podsycanej przez dopieszczone kubki smakowe wywołuje dreszcze zapewne nie tylko u mnie. Scena, w której Emma (brawurowa Tilda Swinton) kosztuje przyrządzone przez Antonia krewetki to jedna z najpiękniejszych scen „falling in love” jaką zrodziło kino. Zjedzenie stworzonego przez genialnego kucharza dania to sygnał dla Emmy, już dłużej nie uda jej się ściskać i skrywać swojej natury i pochodzenia, pod idealnie skrojonym kostiumem. Niezależnie od tego jak ją oceniamy czujemy ulgę gdy stopniowo uwalnia ściśniętą duszę.

„Jestem miłością” to oczywiście nie tylko film o Miłości i Kuchni. To także opowieść o ludziach, a raczej o świecie, który wydaje się mieć mocne, usankcjonowane kulturowo i finansowo podstawy, a okazuje się kruchy i bezbronny wobec praw natury, zwykłych ludzkich odruchów, tęsknoty za przeżyciem i prawdą. Tak, oczywiście jest to tylko jakaś prawda, albo część prawdy, ale z perspektywy, którą obrał reżyser to jedyna prawda pasująca do opowieści. I ja się na tę prawdę załapuję. „Jestem miłością” to także historia o tym jak trudno wieść życie będąc zaprzęgniętym  w cugle banalnie ograniczającej kultury. Czasem trzeba te cugle popuścić. Człowiek potrzebuje powietrza, oddechu, a zmysły łakną ukojenia i bodźców. To akurat jest prawda bezsprzeczna, wywołująca poczucie słabości wobec odwiecznej konfliktu tkwiącego pomiędzy tym kim jesteśmy, a tym kogo udajemy. Lub tego, kim po prostu chcielibyśmy być.

Wróćmy jednak do kuchni. Oczywiście tej przez wielki K. Czyż nie jest ona cudownym sposobem na pofolgowanie cielesnej stronie naszej natury? Czy nie daje szansy ukojenia starganym wiecznym ograniczeniem zmysłom? Antonio (porywająco powściągliwy Edoardo Gabbriellini) jest artystą największej klasy, duchowym arystokratą rozkochanym w tworzeniu, nieco nie przystającym do świata, w którym żyje. Gotowanie to jego miłość i powołanie. Dba o swoje dania na każdym etapie, sam hoduje produkty w zakątku, który najprawdopodobniej jest przedsionkiem raju. W  milczeniu i kontemplacji dopieszcza proces wzrostu warzyw, jest z nimi od ziarenka do „talerza”. Antonio jest ascetycznym kapłanem, który nabożnie rozkwita podczas kuchennych obrządków. Nie sposób go nie podziwiać i nie kochać.

My też zabawmy się w artystów. Pozwólmy szaleć pięknu na naszych talerzach. Dajmy się ponieść pragnieniom zaskakujących połączeń smakowych. Nasze ciała łakną takich zmysłowych niespodzianek i jak się okazuje możemy co dzień te pragnienia spełniać. Tylko ostrożnie, pobudzone kubki smakowe otwierają nas na potrzebę nowych przeżyć. Ich właśnie, z całego apetytu, Wam życzymy. Smacznego, pięknego życia…

„Jestem miłością” (Il sono l’amore), Luca Guadagnino (2009)

 

Mrozy a stół…


Nadeszły upragnione mrozy i to od razu w formie wybujałej bo jak się marzy, to trzeba marzyć ostrożnie, tak aby spełnienie marzeń nie przeszło naszych najskrytszych oczekiwań. A mrozy mamy teraz siarczyste… Podobno w takich warunkach temperaturowych najlepiej jadać częściej (4-5 posiłków dziennie) tak jak jedna z nas ma w zwyczaju (Lidka nie zapomnij o obiedzie!). Posiłki co 2-3 godziny pozwolą naszemu organizmowi dogrzewać się regularnie. Bo same polarki i kurteczki-śpiworki nie wystarczą. Najlepiej grzać się od samego środka. Kolejna dobra wiadomość to to, że możemy jeść nieco więcej. W ogóle w takie mrozy należy być dla siebie łaskawym. Posiłki zjadajmy ciepłe a nie gorące. Podobno w ten sposób najlepiej oszczędzamy potrzebną nam energię. Czyli na ciepło się raczmy i oczywiście w miłym towarzystwie (uwaga na trawienie).

Idealna będzie ciepła ZUPA Z SOCZEWICY, nasz niewątpliwy ostatni przebój. Porcja warzyw podana w optymalnej temperaturze (czyli na ciepło) zaopatrzy nas w składniki obronne. Witaminy i mikroelementy. Bo warzywa są jak lekarstwa. Porcja REDEMTION SOUP na śniadanie (w takie mrozy nie mam mowy o pominięciu śniadania) to doskonała zbroja do walki z osłabieniem i wyziębieniem. Czyli: należy uzbroić się w warzywa!

I to nieopanowane zapotrzebowanie na witaminę C. Opowiadałam Wam jak rzuciłam się na CYTRYNOWĄ ROSZPONKĘ kilka dni temu. I choć teoretycznie surowe rzeczy nie pasują do „mroźnego menu” (podobie jak cytrusy) czesem warto posłuchać instynktu. Folgujmy takim potrzebom. Słuchanie ciała, świetnie działa, a współczeny człowiek jest raczej ogłuszony i niewiele rozmów ze swoim organizmem przeprowadza.

Kierując się staropolską zasadą, „jest zima-jest kiszonka” (no może nie ma takiej zasady jasno sformułowanej ale na pewno stosuje się ją od stuleci) zajadajmy kiszonki. Rzucajmy się zatem na surówkę z kiszonej kapusty i ogóreczki ze słoiczków przygotowane jesienią (Hmm?). Zaserwujmy sobie ROSOLNIK a będzie to pożywna, rozgrzewająca zupa i ogórki w jednym. Ale nie wzgardźmy też natką. Posypujmy nią niecnie wszystkie potrawy, które nawiną nam się pod rękę. Albo zaserwujmy sobie od razu natkę w ilości znacznej. Polecamy: PESTO Z NATKI PIETRUSZKI lub TABULEH.  W ogóle nie pomijajmy przypraw, ostrych i aromatycznych. Chyba nie jest tajemnicą jak działa imbir i chili. Polecamy MAKARON Z SOSEM POMIDOROWYM z dodatkiem rzeczonych przypraw. Dałam się ponieść skłonności do podróży. Mimo wszystko należy pamiętać, w jakiej strefie klimatycznej żyjemy. Wprawdzie większość z nas na codzień korzysta z menu globalnej wioski (i dobrze) lecz teraz, w ekstremalnych warunkach przyjrzyjmy się nieco łaskawiej tradycyjnemu polskiemu menu. Stara dobra tradycja…

I nie mówię tu o schabowym w panierce z ziemnakiem. Chodzi o prawdziwie tradycyjną polską kuchnię bogatą w kasze i inne węglowodany (zimą pamiętajmy o pochodzącej z nich energii) nie wywodzące się z cukrów prostych. Polecamy Wam RISOTTO Z KASZY GRYCZANEJ jako cudowny dodatek do posiłku albo danie samo w sobie . I nie zapominajcie o „jaglance”, to podobno naturalny antybiotyk. Zamiast białego pieczywa (jakież to nudne tak w kółko powtarzać…) pamiętajcie o pełnoziarnistym. Nie przejadł się nam jeszcze nasz przebojowy CHLEB Z ZIARNAMI.

A na koniec zła wiadomość. Mrozy nie zwalniają nas z obowiązku aktywności fizycznej. Właśnie w takie mrozy trzeba się ruszać. Choćby spinając mięśnie podczas siedzenia na kanapie….

Szykujemy dla Was kolejne mroźne niespodzianki. I życzymy smacznego! Z całych naszych, gorących serc!

Photo by Kamil/magazynwrazen.pl, Milo, Borys/positivestudio.pl

 

Obiad w domu

Ferie zimowe są po to by za nimi tęsknić. Przeżywać ich właściwie się nie da bo mijają tak szybko, że nie zdążymy się obejrzeć a już rozpoczyna się nowy semestr i praca i zobowiązania i urzędy i praca i praca… A ferie są wspaniałe. Bo bywają zaśnieżone i odpowiednio mroźne, bo przyciągają przyjaciół i miłe pogawędki, bo można się czegoś nowego nauczyć i dowiedzieć. O sobie, o innych a może jakiś nowy sport zimowy włączyć w sferę aktywności. Ferie są super…

Właśnie przed chwilą skończyły się nasze smakowite ferie w miejscu, gdzie głodnego trzeba nakarmić a najedzonego trzeba poczęstować deserem. Rozpusta była, że aż strach. Brzuszki się zaokrągliły znacznie, mięśnie wzmocniły a dusze wytchnęły i napełniły potrzebną duszy do życia – pozytywną energią. Powracanie do miejsc znanych, kochanych i oddanych rytuałom (patrz POTĘGA RYTUAŁU) to dla ludzi sentymentalnych niemal obowiązek. Daje poczucie przynależności i jakże potrzebnej powtarzalności. Czyż nie jesteśmy częścią natury? A czy natura nie podlega uparcie i ze spokojem przeróżnym cyklom? Także cyklicznie, raz na pół roku pozwalamy sobie na regularne, sprawdzone jakościowo i smakowo przejedzenie.

Częstowano nas z uśmiechem, karmiono z troską, odżywiano z zaangażowaniem. W normalnych warunkach człowiek by tego nie zniósł. Najlepsze desery świata do każdego posiłku. Pożywne zupy, tradycyjne drugie dania z obowiązkowym ziemniakiem i dwiema surówkami (dla wegetarian zamiast mięska coś niemięsnego w panierce), pierogowe kolacje (ach, boskie ruskie, och, obłędnie i paradoksalnie dopracowane leniwe), śniadania do łóżka… Ci, którzy byli wiedzą, rozumieją i tęsknią. Ale jak mówiłam to nie może trwać wiecznie. To NAPRAWDĘ nie może trwać wiecznie! To mogłoby się skończyć jakąś katastrofą. Dwa tygodnie wystarczą!

Nastąpił nieunikniony powrót. Po niemożliwie krótkich dwóch tygodniach stanęliśmy przed perspektywą pierwszego obiadu w domu. Nie było źle. Osamotniona przez czas jakiś kuchnia zapraszała. Szuflady same się otwierały a pośpiesznie zrobione pierwsze zakupy sugerowała, że nastąpi odmiana. Lidka przyjechała, żeby dodać mi odwagi i dać się pooglądać po długiej rozłące. Wyczuwało się  pewne wytęsknienie za makaronami, sałatkami i tartami. Przekarmieni tak zwanym tradycyjnym polskim obiadkiem domagaliśmy się „niepolskiego”. To Lidka zaproponowała tartę. Padło na TARTĘ ORKISZOWĄ „NICEJSKĄ”. Brzmiało cudownie i eksperymentalnie. A to lubimy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Uwijałyśmy się radośnie i sprawnie. Stęskniłam się za Razemsmaczniej (i razemszybciej). Poczasie liczącym okołó pół godziny tarta piekła się w piekarniku, Lidka zajęła się sałatką a ja deserem. A sałatka była zadziwiająco nie-zimowa. Tym bardziej zadziwiające jest to jak bardzo miałam ochotę na ROSZPONKĘ CYTRYNOWĄ. Może chodzi o witaminę C… Nie wiem. Zjadłam pół miski i następnego dnia zrobiłam sobie kolejną sałatkową cytrynówkę. Cudowny był ten nasz pierwszy domowy obiad. Uświetnił go Franek, syn mój niezastąpiony: „Słuchajcie, ta tarta jest znakomita” powiedział ku naszej rozkoszy. „A chcesz wiedzieć co jest w środku?” spytała Lidka. „Nie mówcie mi, nie chcę wiedzieć”… Także… Może warzywa smakują dzieciom lepiej gdy są owiane tajemnicą. Tartę, polecamy tym samym, demokratycznie, całej rodzinie.

Kochana Lidzia, wymyślając deser pomyślała od razu o drugim śniadaniu dla chłopaków. Bo przecież nadszedł czas śniadań szkolnych, które wymagają inwencji i nieco pracy. Poza tym jakoś tak fajnie zanieść nieco domowego jedzonka do szkoły. Zwłaszcza jeśli dziecko w szkole bardzo tęskni za domem. DROŻDŻÓWKI Z SEREM to było upieczenie dwóch pieczeni (deserów) na jednym ogniu (w jednym, nagrzanym po tarcie piekarniku). Smakowaliśmy je zanim wystygły. Cudowny deser na mroźne popołudnia. Miło było sobie przypomnieć jaki z nas rewelacyjny duet w kuchni. Obiad powstał w tempie ekspresowym i był doskonałym wstępem do nowego semestru w kuchni. Dziękuję Lidziu…

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Iza

 

Cytrynowa roszponka

  • opakowanie świeżej roszponki
  • 1 średnia cytryna
  • 3 łyżki oliwy
  • sól (ewentualnie pieprz)

Nic prostszego a jednak zabija znakomitym smakiem. Jeśli mamy ochotę na coś idealnie kwaśnego i odświeżającego wymieszajmy  roszponkę z cudownie kwaśnym sosem. Oliwę łączymy z sokiem z połowy cytryny i skórką startą z całej. Dodajmy odrobinę soli i pamiętamy, że sałaty nie należy zbyt okrutnie mieszać. Najlepiej delikatnie, czystymi, gładkimi rączkami. Ostatnio pochłonęłam bezwstydnie połowę porcji i wcale się tego nie wstydzę.

Zapraszamy do lektury spotkania przy stole: Obiad w domu.

Photo by Iza

Tarta orkiszowa „nicejska”

Ciasto:

  • 300 g mąki orkiszowej
  • 200 g masła
  • 4 łyżki śmietany

Z podanych składników zagniatamy ciasto, pamiętając, że ciasta kruchego nie należy zagniatać zbyt długo. Następnie schładzamy je w lodówce przez około 20 minut.
Schłodzone ciasto rozwałkowujemy na okrągły placek i wkładamy do nasmarowanej i posypanej bułką tartą okrągłej blaszki lub naczynia do tarty tak aby brzegi wystawały powyżej formy (nam wyszły z tego ciasta dwie tarty, mniejsza i większa). Ciasto przed pieczeniem nakłuwamy widelcem.
W czasie kiedy ciasto się schładza w lodówce przygotowujemy nasz „nicejski „farsz:

  • 2 średnie cebule (biała i czerwona)
  • około 300 g ugotowanej fasolki szparagowej (my dałyśmy z puszki)
  • garść czarnych oliwek
  • 2 ugotowane ziemniaki
  • puszka tuńczyka w kawałkach
  • 4 jajka

Cebulę kroimy w cienkie piórka i rozkładamy na dnie tarty. Rozsypujemy rozkrojone na pół oliwki, rozkładamy fasolkę i tuńczyka. Następnie układamy pokrojone w dość grube talarki ziemniaki. Na wierzch rozbijamy surowe jaja. Całość zalewamy „mieszaniną” z:

  • 3 jajek
  • 300 ml śmietany 12 %
  • soli, świeżego pieprzu i ziół prowansalskich
  • 150 g sera mozarella

Połączone w misce składniki równomiernie przekładamy na wierzch tarty. Całość pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez około 40 minut. I gotowe.

Zdrowe, smaczne i zaskakująco pożywne danie.

Zapraszamy do lektury spotkań przy stole: Obiad w domu.

Photo by Iza