Tzatziki

Grekom zawdzięczamy tak wiele, że nawet nie śmiem zabrać się do wymieniania owych dóbr. W tym miejscu pragnę jednak podziękować za tzatziki. Bez nich nie byłoby tak zielono…

  • 500 ml naturalnego jogurtu (najlepiej typu greckiego)
  • 1 średni zielony ogórek
  • 2 łyżki oliwy
  • 1 łyżka octu winnego
  • 3 ząbki czosnku
  • sól, pieprz
  • świeży koper
  • do dekoracji, listki mięty
Ogórek obieramy, kroimy na pół i oczyszczamy z nasion. Następnie ścieramy go na tarce z dużymi otworami. Teraz łączymy go z ogórkiem, dodajemy wyciśnięty czosnek, oliwę, ocet i pokrojony drobno koperek. Przyprawiamy solą i odrobiną i pieprzu i pozwalamy tzatzikom schłodzić się w lodówce. Podajemy jako dodatek do innych dań, dip do warzyw lub pieczywa. Najlepiej wygląda przybrany listkami mięty. Smacznego!
Zapraszamy do lektury Spotkania przy stole: Urodziny raz, dwa poproszę…

Photo by Iza

Spaghetti razowe z cukinią i marchewką

 

 

Uwielbiam proste, zaskakujące przepisy. Uwielbiam, kiedy warzywne dania potrafią satysfakcjonować mięsożerców i uwodzić niewiernych. Uwielbiam cukinię i marchewkę i ten aksamitny sos… Kiedyś podobny makaron przygotowała dla mnie moja przyjaciółka Magda i nigdy jej tego nie zapomnę.

To danie to nie tylko wspaniały pomysł na „wykwintny”, codzienny obiad ale również dobra propozycja dla dbających o linię. Nieprzesadnie kaloryczny ale też pożywny pozwoli nasycić się ale nie przejeść. Tym bardziej zachęcamy!

  • 250 g razowego makaronu spaghetti
  • 1 średnia cukinia
  • 3 średnie marchewki
  • około 2 łyżek oliwy z oliwek
  • pieprz i sól do smaku
  • natka pietruszki do dekoracji (ewentualnie)
sos:
  • 5 łyżek oliwy
  • około 60 g sera rokpol
  • 2 ząbki czosnku
  • 3 łyżeczki musztardy sarepskiej (choć nie powinnam, polecam Roleski)
  • nieco pieprzu
Marchewkę i cukinię myjemy, oczyszczamy (kiedy cukinia jest młoda nie musimy jej obierać) i ścieramy na tarce o grubych oczkach. Oczywiście polecamy wszelki maszyny rozdrabniające ale poczciwa, tradycyjna tarka też się doskonale sprawdzi. Na dużej patelni rozgrzewamy oliwę. Dodajemy starte warzywa i najpierw delikatnie podsmażamy a potem dusimy przez około 15 minut. Warto uważać aby zbyt mocno nie zmiękły i zachowały pożądaną, delikatną jędrność. W czasie gdy warzywa się duszą (od czasu do czasu przez nas mieszane) przygotowujemy sos.
W małym rondelku o grubym dnie rozgrzewamy oliwę. Dodajemy rozdrobniony czosnek (najlepiej pokrojony bardzo drobno) i delikatnie podsmażamy uważając, aby się nie spalił. Po chwili dodajemy ser i mieszając rozpuszczamy go. Teraz czas na musztardę. Łączymy ją z pozostałymi składnikami na gładką masę. Zdejmujemy rondelek z ognia, dodajemy nieco pieprzu i sos mamy gotowy.
Makaron, oczywiście ugotowany al dente (wg przepisu na opakowaniu), układamy w zgrabne gniazdo na głębokim talerzu. Pokrywamy duszonymi warzywami i polewamy sosem. Podajemy niezwłocznie, udekorowane liśćmi natki pietruszki. Smacznego! A będzie :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Photo by Iza

 

 

„Rzeź” czyli co to właściwie jest „cobbler”…

Czymkolwiek jest cobbler na ekranie nie wyglądał zbyt zachęcająco. Taki jakiś ciapciowaty i rozpadający się twór i do tego jeszcze z lodówki. Jednak do dziś nie mogę się opędzić od jego widoku, od dźwięku łyżeczki uderzającej o talerz, od irytująco-pociągającego mlaskania Christophera Waltza (Alana). Przedziwnie wyglądał cobbler na dnie szklanego, banalnego naczynia do zapiekania. I to nieeleganckie nakładanie łyżką. Kto to widział nakładać ciasto łyżką? No chyba, że cobbler. Ale co to jest u licha „cobbler”?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Udała się Polańskiemu „Rzeź” ponad wszelką wątpliwość. Świetny tekst, który oczywiście można było zepsuć, pierwszorzędne kreacje aktorskie (i dość odważny casting), proste środki wyrazu, nic w tym wypadku wcale nie musiało być takie oczywiste. Dokonano najlepszych z możliwych wyborów i bardzo się z tego cieszę. A wydawało się, że to nie może się udać. Większość reżyserów łapiących się za sztuki teatralne robi wszystko aby wyrwać bohaterów z klaustrofobicznych przestrzeni. Polański odwrotnie, umieszcza ich w drobnomieszczańskim, dusznym od emocji wnętrzu i cieszy się ich niezręcznością i kolejnymi eksplozjami ubitych przez lata frustracji. Nie pozwala im się wydostać choć drzwi przez cały czas są otwarte. Drzwi tak. Jacy my jesteśmy śmieszni, uwięzieni przez konwenans i przykryci przez, nie zawsze dobrze dopasowane, maski. A spróbujmy je ściągnąć. Zaraz ktoś podrzuci nam następną i nawet nie zauważymy kiedy. Niezwykłe jest obserwować siebie w bohaterach, którzy właściwie wcale nie budzą sympatii. Choć tak bardzo się starają.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

No i ten cobbler. Wróćmy do niego bo o niego przecież tu chodzi. W dobrym filmie czuje się zapach i smak jedzenie. Podobnie jest w „Rzezi”. Ja miałam ochotę nałożyć sobie cobbler mimo, że ta, „do której nie wiadomo jakim językiem mówić”, potraktowała go w tak okrutny i nieodpowiedzialny sposób. Cobbler w lodówce?!!  Niewybaczalne. Cobbler nie może być podawany prosto z lodówki. I choć, jak każde danie, miewa swoje sekrety, ten fakt akurat tajemnicą nie jest. Nazywany w polskiej wersji „szarlotką” zaintrygował mnie niemiłosiernie. Musiałyśmy nieco pogłębić temat. I co się okazuje: COBBLER to coś pomiędzy szarlotką a tartą tatin. Mało znany w Polsce, choć podobne na pewno się znajdą, w USA i wielkiej Brytanii jest dość popularny i oczywiście posiada milion wersji. Najważniejsze jest to, że w odróżnieniu od „pie” ciasto znajduje się tylko na górze. Jest to rodzaj biszkoptowego pokrycia, choć pozornie z biszkoptem niewiele ma wspólnego. Na spodzie bywają różne rzeczy. Najczęściej jabłka, gruszki, brzoskwinie itp. Generalnie, choć nie wyłącznie, są to owoce. My, słuchając rady Penelope, zrobiłyśmy cobbler z jabłkami i gruszkami i … (uwaga nasz sekret) piernikową przyprawą! U Penelopy, były to zdaje się okruszki piernikowe (Gingerbread crumbs).

Nie ma to jak prawdziwa uczta filmowa. Nieugięcie poszukując wspaniałych obrazów natykam się na takie od czasu do czasu. Polański wytrwale zaspokaja mój apetyt. Tak było w przypadku „Dziecka Rosemary”, „Lokatora”, „Noża w wodzie”, „Nieustraszonych pogromców wampirów” i  oczywiście „Rzezi”, która od niedawna należy do jednego z moich ulubionych filmów. Nasz COBBLER udał się tak jak film Polańskiemu. Może nie jest aż tak zabawny ale też potrafi zaspokoić pewne potrzeby. Idę po łyżkę, nakładam cobbler i chyba się z kimś pokłócę…

„Rzeź” (Carnage), Roman Polański (2011)

Zapraszamy do korzystania z przepisu kryjącego się pod linkiem.

 

Cobbler

To ciasto to coś pomiędzy szarlotką a tartą tatin, takie dziwadło. Zainspirowane filmem „Rzeź” (w którym zagrał znaczącą rolę) postanowiłyśmy pokusić się o przyrządzenie tego ciasta. Tylko co to u licha jest cobbler? Mało znany w Polsce, choć podobne na pewno się znajdą, w USA i wielkiej Brytanii jest dość popularny i oczywiście posiada milion wersji. Najważniejsze jest to, że w odróżnieniu od „pie” ciasto znajduje się tylko na górze. Jest to rodzaj biszkoptowego pokrycia, choć pozornie z biszkoptem niewiele ma wspólnego. Na spodzie bywają różne rzeczy. Najczęściej jabłka, gruszki, brzoskwinie, generalnie owoce. My, słuchając rady Penelope, zrobiłyśmy cobbler z jabłkami i gruszkami i … (uwaga nasz sekret) piernikową przyprawą! U Penelopy, były to zdaje się okruszki pierniczkowe.

Wypełnienie spodu:

  • 5 średnich jabłek
  • 3 średnie gruszki
  • 2 łyżki brązowego cukru
  • 1 łyżka masła
  • 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 1 łyżeczka przyprawy do piernika
Ciasto na wierzch:
  • 180 g (kubek) mąki pszennej
  • 75 g (1/4 kubka) białego cukru
  • 75 g (1/4 kubka) brązowego cukru
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 2 przyprawy łyżeczki do piernika
  • 6 łyżek masła (około 180 g)
  • 70 ml gotującej wody
Szklane naczynie do zapiekania o rozmiarach około 22 x 32 cm smarujemy dokładnie masłem i wysypujemy bułką tartą. Na dno wrzucamy pokrojone w kawałki gruszki i jabłka (jabłka nieco mniejsze bo gruszki szybciej się pieką-rada Penelopy). Posypujemy owoce gałką muszkatołową, przyprawą piernikową oraz cukrem. Na wierzchu rozkładamy kawałeczki masła.
Teraz zabieramy się za ciasto. Łączymy ze sobą mąkę, cukier, proszek, przyprawę do piernika, masło za pomocą robota lub po prostu ręcznie. Gdy ciasto zacznie przypominać całość dodajemy gorącą wodę i wyrabiamy mikserem. Ciasto jest stosunkowo płynne, polewamy więc nim owoce.
Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez około 25-30 minut (warto obserwować ciasto).
Podajemy gdy delikatnie przestygnie. Smacznego!

Zapraszamy do lektury Spotkania przy stole: „Rzeź” czyli co to właściwie jest cobbler?

Photo by Iza

Brownie w lodowym kożuszku

Nie jadłam w Andaluzji zbyt wielu deserów i zdaje się, że niewiele jest tam popisowych słodyczy. Hiszpanie nie zajadają się słodkościami i tym mi, między innymi, zaimponowali. Niewiele nie znaczy wcale i tu właśnie przechodzę do sedna. Pamięć o pewnym deserze nie dawała mi spokoju. Na ryneczek we Fuengiroli słońce zagląda zapewne codziennie. Pełno tu turystów delektujących się rozleniwieniem nieobecnym w miejscach, z których przyjechali, ptaków, nie znających miejsc inne niż to i kloszardów nie znających pojęcia czasu i miejsca w ogóle. Jest tu kilka miłych kafejek i właśnie w jednej z nich pijąc kawę zauważyłam kelnera niosącego tacę wypełnioną szklaneczkami z czymś przyciągającym wzrok i wzmagającym apetyt. Niezwłocznie zamówiłam podobne cudo dla siebie i moich towarzyszy. Deser nie tylko wyglądał doskonale ale również doskonale smakował. Gorące, rozpływające się brownie opatulone lodami waniliowymi i śmietankowymi było tym na co miałam wtedy ochotę. Nie wiem, czy to magia miejsca czy deseru ale to jedno z milszych wspomnień. Oczywiście po powrocie pokusiłam się o próbę kulinarną i powiem Wam, że wyszło całkiem nieźle. Do przygotowania brownie w lodowym kożuszku potrzebujemy:

Do brownie:

  • 160 g czekolady 70% (Wedel, Lindt)
  • 200 g drobnego, brązowego cukru
  • 100 g mąki pszennej przesianej przez sitko
  • 4 jajka
  • 250 g masła o temperaturze pokojowej
  • 100 g orzechów włoskich, grubo posiekanych
  • 100 g orzechów laskowych, grubo posiekanych
oraz
  • lody śmietankowe
  • lody waniliowe
  • ewentualnie mięta do dekoracji
Zaczynamy od brownie.

Czekoladę należy potraktować kąpielą wodną. Połamaną na kawałki wrzucamy do metalowej miski stojącej na garnku z gotującą wodą. Ważne aby woda nie dotykała do dna miski. Czekoladę mieszamy i po chwili zacznie się nam ona roztapiać. Po roztopieniu pozwólmy jej nieco przestygnąć.Masło miksujemy, następnie powoli wlewamy przestudzoną (ale jeszcze ciepłą) czekoladę. Teraz, również powoli. dodajemy roztrzepane lekko w miseczce  jajka. Następnie „idą” mąka i cukier. Miksujemy dość krótko, ale tak żeby wszystko się dobrze połączyło. Teraz dodajemy orzechy rozdrobnione raczej niedbale (powinny to być dość duże kawałeczki).

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.

Prostokątną formę (około 20×30 cm) wykładamy papierem do pieczenia. Oczywiście może być też inna, zależy to od stanu posiadania i inwencji.Gęstą masę przekładamy do formy. Ciasto pieczemy około 20 minut. Powinno być upieczone na wierzchu ale w środku wilgotne. To jest bardzo ważne. Trzeba czas pieczenia nieco dostosować do warunków piekarnika, czasem wymaga to kilku prób.

Po wyjęciu należy pozwolić ciastu wystygnąć przez około 20 minut.

Następnie kroimy ciasto w nieregularne kawałeczki. Przygotowujemy przezroczyste szklaneczki i umieszczamy w nich:

-lody waniliowe

- brownie w kilku kawałkach (2,3)

- lody śmietankowe

Najlepiej w takiej kolejności. Podajemy niezwłocznie udekorowane ewentualnie poszatkowaną miętą i cieszymy się smakiem. A zapewniam, że jest czym. Smacznego!

Zapraszamy do lektury spotkania przy stole: Zapach słońca Andaluzji.

Photo by Iza

 

 

Zakwas trójfazowy

Przygotowując CHLEB PSZENNY powinniśmy odłożyć sobie nieco ciasta na następny zakwas. Tak około 1oo g.

Na 2 dni przed pieczeniem wyjmujemy odłożony materiał na zakwas z lodówki (te trzymane około 100 gramów zabrane z poprzedniego chlebka) i czekamy jak złapie temperaturę pokojową.

I co następuje, jeśli do chleba potrzebujemy 200 gramów zaczynu dzielimy to na 2 porcje i tak: wieczorem dosypujemy 50 gramów mąki żytniej i 50 gramów ciepłej wody do jednej z nich. Mieszamy i zostawiamy na noc w temperaturze pokojowej (mamy już 100 gramów zaczynu). Rano dosypujemy 25 gramów mąki żytniej i 25 gramów ciepłej wody. Mieszamy i dalej do ciepłego (mam już 150 gramów zaczynu). Wieczorem ostatnia 3- cia porcja 25 gramów mąki żytniej i 25 gramów ciepłej wody. Mieszamy i znowu do ciepełka.

Jest to tzw. zaczyn trójfazowy. Rano po ostatniej nocy pieczemy czyli bierzemy te 200 gramów do ciasta a te 100 co zostało do lodówki… Oczywiście z czasem zaczynamy robić to na oko, te części które dosypujemy nie muszą być w idealnych proporcjach. Ważne żeby dosypywać 3 razy i odstawiać na około 12 godzin tak, aby każda fermentacja mogła się odbyć z powodzeniem. Potrzebujemy około 36 godzin przed planowym wypiekiem. Mój zakwas nieczęsto ląduje w lodówce, bo jak piekę chleb to od razu zakwaszam kolejne coby piec co 2 dni…

Brzmi to skomplikowanie ale tak naprawdę jest dość proste.

Smacznego chlebka!

Chleb pszenny na zakwasie

Kolejny przebój chlebowy. Jest naprawdę smaczny i przede wszystkim prosty w przygotowaniu. A robi się go z następujących składników:

  • 250g zaczynu z mąki żytniej (można dostać od nas albo ZROBIĆ)
  • 200g wody
  • 500g mąki pszennej
  • 2 łyżki pestek słonecznika
  • 1, 5 łyżeczki soli
  • kminek lub czarnuszka
Zaczyn najlepiej przygotować na noc przed pieczeniem chlebka. Łączymy wtedy około 50 g zakwasu z ciepłą wodą i mąką żytnią w równych częściach i zostawiamy go w ciepłym miejscu.
Przygotowanie chlebka przebiega następująco. Do zaczynu dodajemy mąkę, wodę, ziarna oraz sól. Wyrabiamy dokładnie ciasto, najlepiej w maszynie ale można oczywiście też ręcznie (zajmie to pewnie około 10 minut. Ciasto powinno być idealnie wymieszane i dość luźne (ale nie lejące). Można dodać odrobinę wody jak jest zbyt twarde, lub podsypać odrobiną mąki jak się rozlewa (wiele zależy to od rodzaju mąki i tego jak chłonie ona wodę)
Uwaga! Jeśli mamy ” młody” zakwas to można dodać łyżeczkę drożdży istant. My tego nie robiłyśmy ale nasz zakwas ma już swoje lata.
Ciasto zostawiamy do wyrośnięcia w ciepłym miejscu na około 3 godz. W tzw. międzyczasie można ciasto jeszcze 1-2 razy wyrabiać. Po wyrośnięciu wykładamy je na blachę posypaną mąką,lub wylożoną papierem do pieczenia i formujemy bochenek. Teraz zostawiamy jeszcze na godzinkę. Przed pieczeniem smarujemy (spryskujemy) chleb wodą i delikatnie nacinamy. I co ważne odkładamy sobie nieco zakwasu do zrobienia np. ZAKWASU TRÓJFAZOWEGO aby mieć na następny chlebek Pieczemy go w piekarniku nagrzanym do 230° C przez około 30 min. Do piekarnika dodatkowo dobrze jest włożyć naczynie z wodą. Gdy chlebek się upiecze, warto przykryć go zmoczoną ściereczką i trzymać tak aż wystygnie. Smacznego!
Zapraszamy do lektury Spotkania przy stole: Powiało chłodem.
Photo by Iza

Spaghetti razowe z papryką i kardamonem

  • 250 g razowego spaghetti
  • 3 łyżki oliwy z oliwek
  • około 2 cm korzenia imbiru
  • 1 średnia czerwona papryka
  • 1 szalotka
  • 2 ząbki czosnku
  • 6 ziaren kardamonu
  • garść świeżej kolendry
  • kawałek parmezanu
  • łyżeczka soku z limonki
  • pieprz, sól

„Co tak pięknie pachnie mamo?” – rzekł mój syn powróciwszy do domu ze szkoły. „To moje spaghetti” – odrzekłam – „Masz ochotę spróbować”. „O tak, mamo, wielką…”

I wyobraźcie sobie smakowało. Prosty makaron o dość odważnym smaku ujął mojego syna i mnie również. Dzisiejszy, ekspresowo przyrządzony, obiad zaliczam do niezwykle udanych. A robi się go tak…

Brązowe spaghetti gotujemy al dente w lekko osolonej wodzie. Odcedzamy i przelewamy zimną wodą.

Na patelni rozgrzewamy oliwę i zaczynamy podsmażanie. Najpierw wrzucamy pokrojony w drobną kosteczkę imbir, następnie, dosłownie po chwili, drobno pokrojone czosnek i szalotkę. Po około 2 minutach dorzucamy paprykę. Całość podsmażamy na średnim ogniu przez około 5 minut. Teraz czas na potraktowane moździerzem ziarna kardamonu, sól i pieprz. Po około 3 minutach dodajemy makaron i dosłownie minutkę podsmażamy łącząc go z pozostałymi składnikami. Gasimy palnik. Spaghetti, jeszcze na patelni skrapiamy sokiem z limonki i posypujemy kolendrą. Przekładamy na talerze i dekorujemy tartym parmezanem. Danie, jest gotowe i naprawdę pyszne! Smacznego!

Photo by Iza