Urządzanie przyjęć urodzinowych dla dzieci to już niemal obowiązek. Urodziny w wakacje to pewna komplikacja, która jednak nie znosi obowiązku urządznia przyjęć urodzinowych dla dzieci. Urodzenie dziecka dzień przed własnymi urodzinami sprawia, że nietakt organizowania przyjęć urodzinowych dla mocno dorosłych zostaje zneutralizowany. Można zorganizować podwójne przyjęcie i wtedy wilk jest syty i owca…syta. A podwójne przyjęcia to podwójna zabawa i pojedyncze przygotowania. Choć może przygotowania właściwie podwójne, bo przecież w duecie. Niezawodna Lidzia zaproponowała pomoc i pomogła mi zorganizować podwójne, wakacyjne urodziny. Bo Razem Raźniej!

Dobór menu na takie podwójne urodziny to sprawa niezwykle odpowiedzialna. Należy przecież pogodzić wybredne gusta dziecięce z oczekującymi nowych smaków podniebieniami dorosłych. I jeszcze, żeby wszyscy byli zadowoleni, i żeby dla wszystkich wystarczyło… Nie jest to łatwe. Zrobiłyśmy z Lidką burzę mózgów, rzuciłyśmy parę haseł, padło kilka propozycji i menu jako tako się wykrystalizowało. Organizowanie przyjęcia w charakterze „szwedzkiego stołu” to z jednej strony duże ułatwienie dla gospodarzy, zwłaszcza gdy gości ma być więcej niż szanowny Pan Stół zdoła pomieścić, ale też pewne utrudnienie. Bo potrawy muszą spełniać określone warunki. A mianowicie, łatwo się nakładać, łatwo się zjadać z trzymanego  w ręku talerzyka i tworzyć na stole atrakcyjną konstelację. I jeszcze istotne, aby w trosce o żołądki biesiadników zrobić jakieś potrawy na ciepło. Takie były cele, a efekt?

W efekcie powstało dość sporo różnych dań, które z założenia miały być łatwe i szybkie w przygotowaniu jednak okazało się , że poważnie potknęłyśmy się na tym założeniu. Czas, czas, czas…Najwięcej czasu zajęło Lidce wycinanie kuleczek z arbuza do SAŁATKI Z ARBUZEM I FETĄmi zaś wycinanie MINI PIZZ’UŃ, które miały być główną atrakcją kulinarną dla dzieci. I chyba były. Dość szybko udało nam się zrobić ZUPĘ KREM Z CUKINII, ale pewnie w dużej mierze dzięki przygotowanemu wcześniej bulionowi. Wykorzystywałyśmy piekarnik jak najbardziej ekonomicznie (i ekologicznie) i piekłyśmy wszystko w kolejności, bez jakichkolwiek przestojów. Na pierwszy OGIEŃ poszło ciasto baza do TORTU TIRAMISU Z JAGODAMI, który był swoistym eksperymentem a także źródłem sporów (JA: piękny jest, ONA: Wybacz moja droga, ale nie jest piękny). Następnie w piekarniku wylądowały pomidory do SAŁATKI Z PIECZONYCH POMIDORÓW inspirowanej przepisem Pascala Brodnickiego. Gdy w piekarniku wylądowała SZARLOTKA DOMOWA wiedziałyśmy, że czas nie jest naszym sprzymierzeńcem. Zabrakło nam godziny.

Z wypieków tylko CHLEB NA ZAKWASIE wygrzał się w piekarniku poza kolejnością, wczesnym rankiem, po odstaniu dobrych kilku (obowiązkowych) godzin. Chleb swoje wystać musi. Do chleba zrobiłyśmy pasty. Te, kochane, robią się najszybciej.  Lidka zaproponowała gościom HUMUS LIDKI a ja tradycyjne greckie TZATZIKI , które świetnie wpisały się w upalną aurę, bo wiadomo, jogurt na wysokie temperatury jak znalazł (przepisy niedługo). Chyba najwięcej emocji, nie mówiąc o bezcennym czasie, ukradł nam PHAD THAI, danie już niemal kultowe i tradycyjne w pewnym znanym mi towarzystwie, posiadające lokalną, wdzięczną nazwę (Kasiu, wielkie brawa za Patataja). Było z nim nieco zabawy,budził dyskusje i rodził pomysły. Naszym zdaniem wypadł znakomicie i do dziś za nim tęsknimy.

Gdy stół został już suto zastawiony. Marcheweczki do maczania w dipach pokrojone, szklanki i napoje wystawione a pierwsi uroczy goście dotrzymywali nam towarzystwa w „zamykającej” się powoli kuchni, my „szefowe baru”, a w połowie nawet jubilatki, zastanawiałyśmy się jak to się stało, że czas tak zleciał. Nie dość, że dzień spędzony w kuchni minął jak z bicza strzelił, to jeszcze te lata mignęły z prędkością światła. I nie mówię tu o sobie oczywiście, czuję się niezwykle młodo, ale nie mogę uwierzyć,że Tymek skończył 7 lat…

Ech… Kochani goście… Bez nich to wszystko nie miałoby sensu. Gości mieliśmy cudownych, pięknych, dobrych i mądrych. Nie liczę moim przyjaciołom godzin odstanych i odsiedzianych w kuchni, zwłaszcza, że gotowanie z Lidką to zawsze wspaniała przygoda i wielka przyjemność, szczególnie gdy do mnie mówi. Cieszę się, że przyjaciele byli, że nam śpiewali sto lat (całkiem czysto), że asystowali przy podwójnym dmuchaniu tortu (cudowny tort Kajmakowo-Baileysowy ze „Słodki-Słony” pojawił się dzięki Pawłowi), cieszę się, że było oblewanie się wodą do suchej nitki, że była tradycyjnie burza i oczywiście cieszę się niezmiernie, że goście zjadali przygotowane kulinarne dary. Takie dary matki natury dla nas i dary od nas, dla przyjaciół. Bo gotowanie to obdarowywanie. Dziękuję Wam moi przyjaciele i Tobie Tymku, za to, że jesteś. Sto lat! Nam wszystkim…

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.
Photo by Kamil/magazynwrazen.pl