Czym byłaby kultura bez ceremoniałów, rytuałów i społecznych poruszeń? Nie wiem bo nie sposób jej sobie takiej wyobrazić. Pewnie po prostu by jej nie było. Jaki byłby świat bez kultury? Nie wiem bo człowiek bez niej moim zdaniem nie istnieje. Nie należę do typu osób buntujących się przeciw konieczności uczestnictwa w rytuałach, co więcej wierzę, że odprawianie powszednich ceremonii pozwala przetrwać w jakże koniecznej i przejmującej na wskroś codzienności. Kocham świętować, hołdować zwyczajom, odprawiać gremialne czary mad stołem pokrytym magicznymi papkami i eliksirami. W kuchni czuję się jak czarownica a przepisy brzmią dla mnie jak zaklęcia. Tym mocniej przywiązuję się do miejsc, które z magią ceremoniału są za pan brat.

Miejsce, w którym jestem rytuał wpisany ma w swoją istotę. Ma też wieloletnią tradycję, krążące o sobie legendy i plejadę talentów, ludzi nietuzinkowych, które to uroczysko od lat nawiedzają. Moi bliscy przyjeżdżają tu od półwiecza i choć mi jest dane dopiero dziesięciolecie już mogę się pochwalić pięknymi przyjaźniami, które wśród wakacyjnych ceremonii się zrodziły. Na magię tego miejsca składa się wiele elementów. Wiele z nich umyka sprytnie werbalizacji, nie mieści się w rzeczach widomych a jest raczej pozytywną energią, której skutki działania są po prostu na wskroś odczuwalne. Tutaj bez odprawiania czarów nie ma posiłku. Panie podające dania, niczym dobre wróżki, dbają o magiczny klimat w stołówce, w której rodzi się poczucie wspólnoty. Bo posiłek do doskonały moment, żeby poczuć się przynależnym. Dobre wróżki są zawsze odświętnie, schludnie (uwielbiam to słowo, kwintesencja dobrego wychowania) ubrane i mimo, że wszyscy je przed chwilą widzieli w codziennych strojach nie pozwolą aby ktoś dostał dymiący półmisek od osoby nie przybleczonej w biel.

Rytm daje mi poczucie bezpieczeństwa, lubię posiłki o stałej porze, przewidywalny przebieg zdarzeń. Lubię wiedzieć gdzie siedzę i kogo spotkam przy stoliku obok. Uwielbiam śpiew mojego żołądka, który przypomina mi, że nadeszła pora obiadu. Uwielbiam podporządkowywać rytmowi kulinarnemu rytm dnia. Oczywiście nie wiem jak znosiłabym to przez dłuższy czas. W obrębie wakacyjnego wypoczynku sprawia mi to szaleńczą przyjemność. Tu powtarzalność działa kojąco. Tutaj czuć zapach tradycji, a w ustach, na długo zostaje smak sentymentalnej podróży, smak (bóg mi świadkiem, że nie chciałam tego użyć tego sformułowania, ale muszę) smak dzieciństwa. Tutaj panuje ta fascynująca niezmienność, która porusza delikatne struny w mojej pamięci. Łza kręci się w oku. Nie zmienia to jednak faktu, że uwielbiam poszukiwania. Powtarzalność to jedno, a poszukiwanie nowości to drugie. Zwłaszcza, że nic nie stoi na przeszkodzie aby z nowinki zrobić kolejny piękny zwyczaj.

Dziś podano zupę wiśniową z łazankami oraz kurczaka z ryżem i sosem cytrynowym. Ja, niejedząca mięsa, dostaję zazwyczaj jakieś miłe zamienniki. To jajko sadzone, a to ser panierowany. To czarodziejskie miejsce otwiera się na nowe zwyczaje kulinarne mimo przyświecającej tu zasada „jak nie zjesz mięsa dwa razy dziennie, lepiej nie wychodź z domu”. Co dzień na stole witają nas cudowne desery, nie sposób opisać jak są piękne. Jednego dnia przez cały posiłek zerkają na nas idealnie kształtne ptysie, innym razem perfekcyjna w każdym calu szarlotka kusi widoczną kruchością. Wiem, wiem, że to niezdrowo i bez sensu jeść ciągle słodycze. Gdybym codziennie odprawiała takie rytuału mogłabym mieć do siebie pretensje. Ale przecież pobyt tutakj to święto, kawałek polskiej tradycyjnej gościnności najlepszej jakości. Czujemy się tutaj chciani, lubiani i nieustannie zapraszani. Ci, którzy przychodzą tylko na chwilę mogą być zaskoczeni skromnością i bezpretensjonalnością napotkanych okoliczności. Może im brakować pewnych luksusów i nowoczesnych rozwiązań. Dla mnie jest tu wszystko co trzeba: stare, drewniane schody, gong, który kiedyś wzywał do jadalni, spokój, przyjaciele, dobre duchy i magia rytuału.

Pisząc do Was zerkam na skąpany w słońcu i delikatnej mgle Giewont. Wiem, że będę tęsknić za rytualnym, porannym spojrzeniem na jego śpiącą dostojność. Wiem również, że przez kilka dni mój żołądek będzie obwieszczał czternastą miłym pomrukiem. Wracam do swoich domowych ceremoniałów.  Jednym z nich będzie ma pewno tęsknota za pewnym miejscem…

Dziękuję Ilonie za inspirację, za Fanny , za pocztową bibliotekę i telefoniczne recenzje i za to, że daje się poznawać. A wszystko zaczęło się w domu z rytuałem…

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Iza