Wrzesień rozrzucił nas wszystkich po mieście. Sprawił, że wszędzie się zrobiło daleko i nie po drodze. Ale my się nie dajemy. Brnąc pod prąd w wrześniowej histerii, przedzierając się melancholijnie przez warszawskie korki, ryzykując ośmieszenie i nazwanie pospolitymi wariatkami, postanowiłyśmy spotkać się w jeden z pierwszych piątków września. Nieśpiesznie mijając pędzących dokądś, kierowałyśmy się tam gdzie większości normalnych nie jechałaby przedweekendowym popołudniem. Na uroczystą, refleksyjną, wspólną kolację do Ani Ś.

Mknęliśmy  w zamyśleniu. Towarzyszący mi Franciszek opowiadał o wczesnoszkolnych perypetiach zmuszając tym samym do wspomnień. Stwierdziłam, że czasy się zmieniają ale ludzi nie. Spóźnieni nieznacznie, zaznaczyliśmy tym samym swoją obecność delikatnym popłochem.  I oczywiście pełnym energii zaangażowaniem. Lecz moja energia niczym jest zestawiona z energią Anny i Lidki razem wziętych więc nie dopchałam się do blatu roboczego. A na blacie działo się już poważnie. Pomidorki wydrążone. Twarożek kozi rozmemłany. Ochłonąwszy po zderzeniu z estetycznym tajfunem (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) jakim jest dom Pani eŚ uparłam się, że jednak jakoś pomogę i zajęłam moje drogie kuchareczki rozmową. W odpowiednim momencie, z odsieczą przybyła Regina, królowa ukochana, wnosząc powiew świeżości i elegancji. Padały pytania o przyczyny tak promiennego wyglądu lecz odpowiedzi były niejasne. My swoim sposobem zrzuciłyśmy to na karb dobrej diety. Patrząc na to co przygotowała dla nas Ania miałyśmy nadzieję, że i my, niedługo zaczniemy wyglądać wyśmienicie.

Jedną z podstawowych cech Anny jest skromność ubrana w dowcip i uroczy sarkazm. Jednak my się zwieść nie dajemy, wiemy że Ania jest mistrzynią smaku w wielu, doprawdy, odmianach. Również kulinarnego. Kolacja zapowiadała się nie tylko smakowicie ale również kobieco i kolorowo. Królowała czerwień schłodzona miętową zielenią i doprawiona łososiowym odcieniem różu. Tego wieczoru świat pachniał tak jak powinien: rozgniatanymi w moździerzu kuminem, kozieradką i kolendrą oraz babim latem.

Miałyśmy nie jeść za wiele. Tak, żeby się wykwintnie nie przejadać. Jednak już po skosztowaniu arbuza z sosem balsamicznym wiedziałyśmy, że ten wieczór będzie należał do obfitych. Arbuz się nie dawał przestać zjadać (o słodko-kwaśna prostoto) a przecież miał być tylko wstępem (o gorzkie nieumiarkowanie). POMIDORY FASZEROWANE KOZIM SEREM na szczęście nie piekły się zbyt długo. Cierpliwość nie jest naszą mocną stroną. Tym bardziej SZASZŁYKI Z ŁOSOSIA GRILLOWANE Z CUKINIĄ I ZIOŁAMI. Łosoś wcześniej przygotowany i unurzany w tychże ziołach, na patelni przebywał krótką chwilkę. Wspaniały łosoś. My, kobiety byłyśmy usatysfakcjonowane, nasi mali mężczyźni, Leon i Franek też. Chwilę przed kolacją zjedli kila opakowań czekoladowych łakoci. Tak, żeby im się milej grało na kompie. Zasiadając do kolacji nie byli już głodni. Nasz błąd. Ale wracając, kolacja była przepyszna…

Desery, można było sobie darować, oczywiście. Ale nie zrobiłyśmy tego. Ania przygotowała SERNIK NELLY RUBINSTEIN z owocami, o którym już niedługo. A można by o nim długo… Ja przywiozłam nasze nieśmiertelne MARCHEWKOWE CIASTO z delikatnym kremem i tak z deseru, którego być nie powinno, zrobiły się dwa. Desery były nam tego dnia potrzebne. Potrzebne żeby ukoić kroplą endorfin wysmagane wrześniowym zawirowaniem nerwy, potrzebne aby stół ładniej wyglądał i potrzebne przede wszystkim po to, aby uczcić prawdziwie świąteczną kolacją, nasz wrześniowy, niezwykle udany, eskapizm. Umknęłyśmy sprytnie społecznie wyznaczonym ramom na początek roku szkolnego i zaszalałyśmy przeciągając na naszą stronę nieco wakacji. Warto było.

Wiele razy już nadmieniałam jak trudno zadowolić Lidkę (i nie rzucam tu wyzwania). Lidzia jest sędzią surowym lecz sprawiedliwym. Po Aniowej kolacji rozpływała się w „achach” i „ochach” i Ci, którzy znają szczerość Lidki wiedzą, że wszystkie westchnięcia nie były udawane (Lidka nie umie udawać). Posiłek stanowił naprawdę doskonale skomponowaną, pożywną i ładną całość. Tym większy budził zachwyt, że przygotowywano go z zawodową nonszalancją i idealną dozą spontaniczności. Uwielbiam patrzeć na rodzące się w dyskusji i eksperymencie koncepcje kulinarne i ubóstwiam odwagę, tę w kuchni również. A może właśnie tę szczególnie. Do odważnych smak należy!

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Iza i Lidka