Fajnie jest wygrywać. Uwielbiam miłą rywalizację i mini zwycięstwa (te duże również). Szczególnie wtedy, kiedy wygrywam wieczór albo nawet cały dzień. Aby nie dać się nudzie, nie pozwolić codzienności zszargać naszego zamiłowania do chwil szczególnych musimy polować na te chwile z zaciętością kłusownika i cierpliwością godną filatelisty. Na takim polowaniu niezbędni są: uśmiech, dobre jedzenie i przyjaciele. U Marty, Oli i Mikołaja zawsze jest miło. Pełno tu zarówno uśmiechu  jak i dobrego jedzenia a na pewno przyjaciół. Pewnego wieczoru, zebrała się u nich całkiem pokaźna gromadka ludzi głodnych i spragnionych. Również uśmiechu i towarzystwa. Ja z dziećmi, Basia i Borys z dziećmi i Szymon, który o mały włos by nie dotarł (a byłoby szkoda). Swoją drogą muszę się nauczyć od Basi kilku technik nakłaniających ludzi do działania zgodnie z powziętym przeze mnie planem. Brawo Basiu!


Plan był prosty, ugotować coś wspólnie, zjeść wspólnie i zabawić się wspólnie. Uwielbiamy gry towarzyskie i to one dziś oprócz obiado-kolacji miały uczynić nasz dzień szczególnym. Pracę sprawiedliwie podzielono między obecnych. Kizia upiekła dwa ciasta, BROWNIE NIGELLI (a właściwie Kizi) oraz CHLEBEK BANANOWY SOPHIE (a właściwie Kizi). Kilka osób dostało po paluszkach bo najpierw miało wjechać PESTO Z NATKI PIETRUSZKI jako pasta. Ciasta odłożono zręcznie na bok aby nie kusiły wygłodniałej tłuszczy a wokół rozległy się odgłosy siekania, mielenia, skwierczenia, przelewania i mlaskania (testowanie smaku i, jakże konieczna, konsultacja). Gdzieś na obrzeżach głównego nurtu powstawały sałaty, nie mniej istotne ale jak zwykle cierpliwie znoszące drugoplanowe role. Zieleniły się obie dumnie, przykryte konstelacją barwnych dodatków. Piękna była SAŁATA Z PIECZONĄ PAPRYKĄ a i SAŁATA Z JAJKIEM I BOCZKIEM (bardziej zapewne doceniana przez mięsożernych) kusiła kolorami. Najpiękniej jednak wyglądał bezalkoholowy poncz (przepis wkrótce) wypieszczony przez Basię i Borysa. Ciepło otuleni wspólnotą i zapachami powstających dań szykowaliśmy się do zajęcia miejsc za stołem.

A potem? A potem była czysta rozrywka. Zaczęliśmy od „karteczek na łepek”, gry znanej powszechnie z „Bękartów wojny” Tarantino i dostosowanej idealnie do obecnego na przyjęciu zróżnicowania wiekowego. Okazało się, że był z nami Lenin, Barbapappa, Chudy a nawet Terminator. Że nie wspomnę o Królu Lwie i Panu Tadeuszu. Przy okazji wyszło na jaw, że zadawanie pytań to wielka sztuka. Dla niewtajemniczonych: gra polega na odgadnięciu za pomocą pytań, na które odpowiedź brzmi „tak” lub „nie”, jaki napis umieszczono na naszej głowie. Tylko pozornie skomplikowanie.  Płynnie przeszliśmy do, tak zwanych, kalamburów (odgadywanie haseł pokazywanych za pomocą pochodnej pantomimy). I tu znów popisać się mógł każdy. W ruch poszły umiejętności aktorskie a także talenty do syntetyzowania uzyskanych informacji. Ale najważniejsze, że chyba wszystkim nam było miło i ciepło i to nie tylko dlatego, że byliśmy porządnie objedzeni a gmina włączyła kaloryfery.

Mimo, że kulinarnie panował klimat śródziemnomorski to obyczajowo było po koreańsku. Podobno w Korei większość dorosłych spotykając się ze sobą miło spędza czas na grach i zabawach towarzyskich. Wiedzę mam pewną bo z pierwszej ręki. Wujek Pawła, kompozytor i profesor muzyki, spędził tam kilka semestrów. Początkowo był zaskoczony gościnnością i serdecznością ludzi a także ich sposobami na wolny czas. Nikt tam nie siedzi godzinami za stołem, mimo że jada się sporo i dobrze. Szybko się do dobrego przyzwyczaił, pokochał tamtejszych ludzi, ich kuchnię i niektóre gry. Do tego stopnia, że lata tam spędzone uznaje za jedne z najbardziej radosnych w swoim życiu.  Cudownie byłoby przenieść takie zwyczaje na nasze podwórko. My i nasi przyjaciele lubimy po koreańsku. Zwłaszcza, że Dominika przywiozła z podróży z Korei kilka propozycji wprost do schrupania i jest szansa rozwinąć naszą sympatię. Nie możemy się doczekać!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Borys/positivestudio.pl