Ferie zimowe są po to by za nimi tęsknić. Przeżywać ich właściwie się nie da bo mijają tak szybko, że nie zdążymy się obejrzeć a już rozpoczyna się nowy semestr i praca i zobowiązania i urzędy i praca i praca… A ferie są wspaniałe. Bo bywają zaśnieżone i odpowiednio mroźne, bo przyciągają przyjaciół i miłe pogawędki, bo można się czegoś nowego nauczyć i dowiedzieć. O sobie, o innych a może jakiś nowy sport zimowy włączyć w sferę aktywności. Ferie są super…

Właśnie przed chwilą skończyły się nasze smakowite ferie w miejscu, gdzie głodnego trzeba nakarmić a najedzonego trzeba poczęstować deserem. Rozpusta była, że aż strach. Brzuszki się zaokrągliły znacznie, mięśnie wzmocniły a dusze wytchnęły i napełniły potrzebną duszy do życia – pozytywną energią. Powracanie do miejsc znanych, kochanych i oddanych rytuałom (patrz POTĘGA RYTUAŁU) to dla ludzi sentymentalnych niemal obowiązek. Daje poczucie przynależności i jakże potrzebnej powtarzalności. Czyż nie jesteśmy częścią natury? A czy natura nie podlega uparcie i ze spokojem przeróżnym cyklom? Także cyklicznie, raz na pół roku pozwalamy sobie na regularne, sprawdzone jakościowo i smakowo przejedzenie.

Częstowano nas z uśmiechem, karmiono z troską, odżywiano z zaangażowaniem. W normalnych warunkach człowiek by tego nie zniósł. Najlepsze desery świata do każdego posiłku. Pożywne zupy, tradycyjne drugie dania z obowiązkowym ziemniakiem i dwiema surówkami (dla wegetarian zamiast mięska coś niemięsnego w panierce), pierogowe kolacje (ach, boskie ruskie, och, obłędnie i paradoksalnie dopracowane leniwe), śniadania do łóżka… Ci, którzy byli wiedzą, rozumieją i tęsknią. Ale jak mówiłam to nie może trwać wiecznie. To NAPRAWDĘ nie może trwać wiecznie! To mogłoby się skończyć jakąś katastrofą. Dwa tygodnie wystarczą!

Nastąpił nieunikniony powrót. Po niemożliwie krótkich dwóch tygodniach stanęliśmy przed perspektywą pierwszego obiadu w domu. Nie było źle. Osamotniona przez czas jakiś kuchnia zapraszała. Szuflady same się otwierały a pośpiesznie zrobione pierwsze zakupy sugerowała, że nastąpi odmiana. Lidka przyjechała, żeby dodać mi odwagi i dać się pooglądać po długiej rozłące. Wyczuwało się  pewne wytęsknienie za makaronami, sałatkami i tartami. Przekarmieni tak zwanym tradycyjnym polskim obiadkiem domagaliśmy się „niepolskiego”. To Lidka zaproponowała tartę. Padło na TARTĘ ORKISZOWĄ „NICEJSKĄ”. Brzmiało cudownie i eksperymentalnie. A to lubimy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Uwijałyśmy się radośnie i sprawnie. Stęskniłam się za Razemsmaczniej (i razemszybciej). Poczasie liczącym okołó pół godziny tarta piekła się w piekarniku, Lidka zajęła się sałatką a ja deserem. A sałatka była zadziwiająco nie-zimowa. Tym bardziej zadziwiające jest to jak bardzo miałam ochotę na ROSZPONKĘ CYTRYNOWĄ. Może chodzi o witaminę C… Nie wiem. Zjadłam pół miski i następnego dnia zrobiłam sobie kolejną sałatkową cytrynówkę. Cudowny był ten nasz pierwszy domowy obiad. Uświetnił go Franek, syn mój niezastąpiony: „Słuchajcie, ta tarta jest znakomita” powiedział ku naszej rozkoszy. „A chcesz wiedzieć co jest w środku?” spytała Lidka. „Nie mówcie mi, nie chcę wiedzieć”… Także… Może warzywa smakują dzieciom lepiej gdy są owiane tajemnicą. Tartę, polecamy tym samym, demokratycznie, całej rodzinie.

Kochana Lidzia, wymyślając deser pomyślała od razu o drugim śniadaniu dla chłopaków. Bo przecież nadszedł czas śniadań szkolnych, które wymagają inwencji i nieco pracy. Poza tym jakoś tak fajnie zanieść nieco domowego jedzonka do szkoły. Zwłaszcza jeśli dziecko w szkole bardzo tęskni za domem. DROŻDŻÓWKI Z SEREM to było upieczenie dwóch pieczeni (deserów) na jednym ogniu (w jednym, nagrzanym po tarcie piekarniku). Smakowaliśmy je zanim wystygły. Cudowny deser na mroźne popołudnia. Miło było sobie przypomnieć jaki z nas rewelacyjny duet w kuchni. Obiad powstał w tempie ekspresowym i był doskonałym wstępem do nowego semestru w kuchni. Dziękuję Lidziu…

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Iza