To jak niedaleko kuchni do miłości udowodniono już miliony razy. Kuchnia przez wielkie K i Miłość przez wielkie M mieszkają w tym samym mieście. To prawda, że to daleko i trudno tam trafić, ale umówmy się, niektórym się udaje. Ciało jest narzędziem zarówno miłości, jak i kuchni, a zmysły darem, który otrzymaliśmy aby móc delektować się jednym i drugim. I jest jeszcze Film przez wielkie F – kolejny pretekst do przeżywania rozkoszy…

„Jestem miłością” to godny hołd złożony Viscontiemu, prawie arcydzieło, jak ktoś to ładnie i trafnie ujął. (Może kilka niepotrzebnych zdań i gestów, kilka zbędnych emocji, nieco za dużo melodramatu w melodramacie). Film niewątpliwie godzien obejrzenia, a może raczej nasycenia się nim. To wspaniała uczta dla oczu i ducha opowiedziana w pełen wrażliwości i delikatności sposób. Prowadziłam ostatnio ciekawą dyskusję na temat tego czy film jest pochodną malarstwa czy literatury. Skłonna byłam przychylić się do pierwszego twierdzenia, ale „Jestem miłością” uwolniło mnie od potrzeby decydowania. Ten film jest dowodem na to, że można połączyć te dwa warianty w jednym utworze. Ba, jest to doskonały przykład tego jak genialnie kino potrafi jednoczyć różne dziedziny sztuki. Tu spotyka się piękno obrazu, z wielką mocą muzyki i wspaniałą, godną snucia, historią.

Poetyka „Jestem miłością” nie musi przypaść do gustu wszystkim, wiem to, akceptuję, ale nie rozumiem dlaczego tak właśnie być musi. Powolna opowieść, zatapianie się w pozornie zbędnych obrazach, gestach i dźwiękach, niemal namacalna, cieknąca z ekranu tęsknota, wydają się wyzwalać uniwersalne, elementarne emocje i skojarzenia. Budzenie się namiętności podsycanej przez dopieszczone kubki smakowe wywołuje dreszcze zapewne nie tylko u mnie. Scena, w której Emma (brawurowa Tilda Swinton) kosztuje przyrządzone przez Antonia krewetki to jedna z najpiękniejszych scen „falling in love” jaką zrodziło kino. Zjedzenie stworzonego przez genialnego kucharza dania to sygnał dla Emmy, już dłużej nie uda jej się ściskać i skrywać swojej natury i pochodzenia, pod idealnie skrojonym kostiumem. Niezależnie od tego jak ją oceniamy czujemy ulgę gdy stopniowo uwalnia ściśniętą duszę.

„Jestem miłością” to oczywiście nie tylko film o Miłości i Kuchni. To także opowieść o ludziach, a raczej o świecie, który wydaje się mieć mocne, usankcjonowane kulturowo i finansowo podstawy, a okazuje się kruchy i bezbronny wobec praw natury, zwykłych ludzkich odruchów, tęsknoty za przeżyciem i prawdą. Tak, oczywiście jest to tylko jakaś prawda, albo część prawdy, ale z perspektywy, którą obrał reżyser to jedyna prawda pasująca do opowieści. I ja się na tę prawdę załapuję. „Jestem miłością” to także historia o tym jak trudno wieść życie będąc zaprzęgniętym  w cugle banalnie ograniczającej kultury. Czasem trzeba te cugle popuścić. Człowiek potrzebuje powietrza, oddechu, a zmysły łakną ukojenia i bodźców. To akurat jest prawda bezsprzeczna, wywołująca poczucie słabości wobec odwiecznej konfliktu tkwiącego pomiędzy tym kim jesteśmy, a tym kogo udajemy. Lub tego, kim po prostu chcielibyśmy być.

Wróćmy jednak do kuchni. Oczywiście tej przez wielki K. Czyż nie jest ona cudownym sposobem na pofolgowanie cielesnej stronie naszej natury? Czy nie daje szansy ukojenia starganym wiecznym ograniczeniem zmysłom? Antonio (porywająco powściągliwy Edoardo Gabbriellini) jest artystą największej klasy, duchowym arystokratą rozkochanym w tworzeniu, nieco nie przystającym do świata, w którym żyje. Gotowanie to jego miłość i powołanie. Dba o swoje dania na każdym etapie, sam hoduje produkty w zakątku, który najprawdopodobniej jest przedsionkiem raju. W  milczeniu i kontemplacji dopieszcza proces wzrostu warzyw, jest z nimi od ziarenka do „talerza”. Antonio jest ascetycznym kapłanem, który nabożnie rozkwita podczas kuchennych obrządków. Nie sposób go nie podziwiać i nie kochać.

My też zabawmy się w artystów. Pozwólmy szaleć pięknu na naszych talerzach. Dajmy się ponieść pragnieniom zaskakujących połączeń smakowych. Nasze ciała łakną takich zmysłowych niespodzianek i jak się okazuje możemy co dzień te pragnienia spełniać. Tylko ostrożnie, pobudzone kubki smakowe otwierają nas na potrzebę nowych przeżyć. Ich właśnie, z całego apetytu, Wam życzymy. Smacznego, pięknego życia…

„Jestem miłością” (Il sono l’amore), Luca Guadagnino (2009)