Czymkolwiek jest cobbler na ekranie nie wyglądał zbyt zachęcająco. Taki jakiś ciapciowaty i rozpadający się twór i do tego jeszcze z lodówki. Jednak do dziś nie mogę się opędzić od jego widoku, od dźwięku łyżeczki uderzającej o talerz, od irytująco-pociągającego mlaskania Christophera Waltza (Alana). Przedziwnie wyglądał cobbler na dnie szklanego, banalnego naczynia do zapiekania. I to nieeleganckie nakładanie łyżką. Kto to widział nakładać ciasto łyżką? No chyba, że cobbler. Ale co to jest u licha „cobbler”?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Udała się Polańskiemu „Rzeź” ponad wszelką wątpliwość. Świetny tekst, który oczywiście można było zepsuć, pierwszorzędne kreacje aktorskie (i dość odważny casting), proste środki wyrazu, nic w tym wypadku wcale nie musiało być takie oczywiste. Dokonano najlepszych z możliwych wyborów i bardzo się z tego cieszę. A wydawało się, że to nie może się udać. Większość reżyserów łapiących się za sztuki teatralne robi wszystko aby wyrwać bohaterów z klaustrofobicznych przestrzeni. Polański odwrotnie, umieszcza ich w drobnomieszczańskim, dusznym od emocji wnętrzu i cieszy się ich niezręcznością i kolejnymi eksplozjami ubitych przez lata frustracji. Nie pozwala im się wydostać choć drzwi przez cały czas są otwarte. Drzwi tak. Jacy my jesteśmy śmieszni, uwięzieni przez konwenans i przykryci przez, nie zawsze dobrze dopasowane, maski. A spróbujmy je ściągnąć. Zaraz ktoś podrzuci nam następną i nawet nie zauważymy kiedy. Niezwykłe jest obserwować siebie w bohaterach, którzy właściwie wcale nie budzą sympatii. Choć tak bardzo się starają.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

No i ten cobbler. Wróćmy do niego bo o niego przecież tu chodzi. W dobrym filmie czuje się zapach i smak jedzenie. Podobnie jest w „Rzezi”. Ja miałam ochotę nałożyć sobie cobbler mimo, że ta, „do której nie wiadomo jakim językiem mówić”, potraktowała go w tak okrutny i nieodpowiedzialny sposób. Cobbler w lodówce?!!  Niewybaczalne. Cobbler nie może być podawany prosto z lodówki. I choć, jak każde danie, miewa swoje sekrety, ten fakt akurat tajemnicą nie jest. Nazywany w polskiej wersji „szarlotką” zaintrygował mnie niemiłosiernie. Musiałyśmy nieco pogłębić temat. I co się okazuje: COBBLER to coś pomiędzy szarlotką a tartą tatin. Mało znany w Polsce, choć podobne na pewno się znajdą, w USA i wielkiej Brytanii jest dość popularny i oczywiście posiada milion wersji. Najważniejsze jest to, że w odróżnieniu od „pie” ciasto znajduje się tylko na górze. Jest to rodzaj biszkoptowego pokrycia, choć pozornie z biszkoptem niewiele ma wspólnego. Na spodzie bywają różne rzeczy. Najczęściej jabłka, gruszki, brzoskwinie itp. Generalnie, choć nie wyłącznie, są to owoce. My, słuchając rady Penelope, zrobiłyśmy cobbler z jabłkami i gruszkami i … (uwaga nasz sekret) piernikową przyprawą! U Penelopy, były to zdaje się okruszki piernikowe (Gingerbread crumbs).

Nie ma to jak prawdziwa uczta filmowa. Nieugięcie poszukując wspaniałych obrazów natykam się na takie od czasu do czasu. Polański wytrwale zaspokaja mój apetyt. Tak było w przypadku „Dziecka Rosemary”, „Lokatora”, „Noża w wodzie”, „Nieustraszonych pogromców wampirów” i  oczywiście „Rzezi”, która od niedawna należy do jednego z moich ulubionych filmów. Nasz COBBLER udał się tak jak film Polańskiemu. Może nie jest aż tak zabawny ale też potrafi zaspokoić pewne potrzeby. Idę po łyżkę, nakładam cobbler i chyba się z kimś pokłócę…

„Rzeź” (Carnage), Roman Polański (2011)

Zapraszamy do korzystania z przepisu kryjącego się pod linkiem.