Babskie spotkania to rytuał wszechobecny i popularny. Coś te baby ciągnie do siebie, gromadzą się, szum robią i nie do końca wiadomo o co w tym wszystkim chodzi. Może one są po prostu jakieś inne? Proponuję uznać to za fakt i nie zaprzątać sobie tym zbytnio głowy. W odróżnieniu od bohaterów obrazu Marka Koterskiego. Cały film poświęcony inności bab, głowy łamane i rozbite (a wszystko na jeden temat) i co?  Tajemnica rozwiązana? A gucio! Nic nie wiecie i się nie dowiecie. Choćbyście robili film za filmem na bab temat. Ale oglądało się bardzo przyjemnie mimo, że trochę straszno…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie wyobrażam sobie życia bez babskich wieczorów, wyjazdów czy spotkań. Jestem uzależniona od rozmów z ukochanymi kobietami, od analiz dotyczących naprawy świata i spraw tylko pozornie błahych. Uwielbiam godziny, które uciekają wspólnie w kuchni, kinie czy na spacerze. Nie zapomnę smaku zbędnych kaw wypitych nad niekończącymi się  dywagacjami, przeprowadzanymi w poczuciu, że oto docieramy do sedna. Kocham kobiety miłością pierwszą i czystą i dumna jestem, że do „babstwa” się zaliczam. Choć przyznaję, nie jest łatwo. Są one różne, wymagające i niezwykle sprytne. Bo niesamowicie sprytnie wymykają się stereotypom, które chyba same na swój temat wymyślają. Choćby po to, żeby niektórych zmylić. Ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo i słowa dotrzymał.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jest kilka rzeczy pewnych na ich temat. Baby lubią sobie wiele zwalić na głowę i zasypać się obowiązkami bo przecież same zrobią TO najlepiej. Lidce przyjęcia wychodzą doskonale więc po co prosić inne o pomoc? Postoi się dobę przy kuchni i wszystko będzie zrobione. I to  na pewno doskonale. Ale baby nie zostawią tej jednej samej na posterunku. Zaraz  z pomocą chętnie pośpieszą. Każda zrobi to co umie. Jedna coś upiecze, druga wymiesza a trzecia zrobi zakupy. Bo takie one już są. Z tegoż powodu, na naszym ostatnim babskim, kilkugodzinnym śniadaniu, oprócz specjałów Lidkowych były inne babskie smakołyki. Głodne nie wyszłyśmy, zapewniam szanownych Państwa…

Ale zacznijmy od gospodyni i jej słynnego „stoliczku nakryj się”. Czy sam się nakrył, czy też ona natrudziła się, żeby nas pięknie przywitać, nie wiadomo. Wejście było imponujące i bajkowe. Tak jak mówię, „stoliczku nakryj się”!  Nie brakowało chyba niczego a na pewno kolorów i smaków. Była tam pastelowa SAŁATA Z CYKORII I GRUSZKI (bo baby lubią eksperymentować z połączeniami – przepis już wkrótce) TERRINA Z TUŃCZYKA w kolorach ziemii  a także pasująca do niej bezbłędnie PASTA Z MAKRELINie zbrakło krewetek marynowanych w odcieniu wysyconego różu, deski serów z owocami i warzywami (mieniącej się kolorami) a także niezbędnych dodatków. Takich jak delikatnie zielone MASEŁKO ZIOŁOWE.  Ja przyniosłam TARTĘ Z DUSZONYMI PORAMI a Beatka PASTĘ JAJECZNĄ Z KAPARAMI (przepis niedługo).

Aby nam nieco dosłodzić (jakie to babskie) gospodyni podała tradycyjne NALEŚNICZKI Z TWAROGIEM I MUSEM TRUSKAWKOWYM oraz (last but not least) SERNIKOWBROWNIE (na dowód, że baby dokonują działań odkrywczych). Baby nie mlaskały zbytnio ale widać było, że im smakuje. Były zadowolone, a zadowolone baby to już połowa sukcesu. Swoją drogą polecam film Marka Koterskiego o pożyczonym przeze mnie tytule. Choć zagadki na temat bab nie rozwiązuje, ciekawie, poruszająco choć nie bez widocznego bólu sączy niekończącą się opowieść na temat nieposiadający końca. Kim są, jakie są i dlaczego tajemnicą są wielką. A przede wszystkim o co im wszystkim chodzi. Panowie w widoczny sposób cierpią ale czy nie trochę na swoje życzenie? A poza tym uroczo i jak zwykle deliberują chyba właściwie o sobie. W wydaniu Koterskiego, zakładając zgodę na wymyślony przez niego, nieco neurotyczny świat, i specyficzny język filmowy (brawo za konsekwencję) jest to BARDZO do zniesienia. Gorąco, z emocjonalnym zaangażowaniem, czyli po babsku, polecam.

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

„Baby są jakieś inne”, Marek Koterski (2011)

Photo by Iza