Z powodu wielu przeciwności losu i niespodziewanych zwrotów akcji (ach, życie z całą swoją nieprzewidywalnością) minęły wieki od ostatniego naszego wspólnego „czasu ze sobą spędzania”. Tak jak jeszcze kilka miesięcy temu Lidka w mojej kuchni  to był widok zwykły (choć oczywiście nie-zwykle przyjemny) tak nasze ostatnie spotkanie miało posmak świeżości, radości i lekkich rozmów a charakteryzowało się zaspokajaniem tęsknoty i całkowitym brakiem  jakiegokolwiek planu. Nagle jednak palącą potrzebą stało się „coś ugotować”. Tego można się było spodziewać. Jeden dokładniejszy wgląd w zasób lodówki i menu samo się skrystalizowało.

Miałyśmy pod ręką, nie dający się ukryć, nadmiar truskawek. Jak tylko zaczyna się truskawkowy sezon nie mogę powstrzymać się od ich kupowania. To nie tylko ich smak powoduje mój brak wstrzemięźliwości ale także element sentymentalizmu tak mocno obecny w moim życiu. Przestałam się już przeciw temu buntować. Wystarczy, że truskawki się pojawią ja zabieram się za kupowanie i wspominanie truskawek z dzieciństwa. Smaku tych zbieranych prosto z grządki i tych podawanych przez moją mamę nie zapomnę nigdy. Najadałam się nimi z radością bo wiedziałam, że wiele dobrych rzeczy szybko się kończy. Tak było i jest z truskawkami. Tylko wydaje mi się, że tamte miały jednak inny smak… Sentyment czy fakt?

W oparach dość taniego sentymentalizmu upiekło się CIASTO JOGURTOWE. Oczywiście z truskawkami. Jakby inaczej. Ciasto jogurtowe bardzo lubi owoce dlatego tak doskonale współgra właśnie z truskawkami. Czy ciasto nas usatysfakcjonowało? Ulegając lękowi przed rychłym końcem zrobiłyśmy jeszcze jeden deser. NALEŚNIKI Z MASCARPONE I SOSEM CZEKOLADOWO-KAWOWYM. Oczywiście z truskawkami. Z dość dziwnym zacięciem zaczęłyśmy od deseru nie poprzestając na jednym. I dopiero wtedy przyszło nam do głowy, że może warto by coś nie na słodko skołować. Skołowane i podekscytowane zabrałyśmy się za kołowanie dania właściwego…

Podobnie jak w przypadku deserów zestaw domowych zapasów zasugerował nam skład naszego głównego dania. Była nim TARTA JAK MGIEŁKA Z BOTWINĄ I KALAFIOREM. Czy się udała? Nad wyraz. I co z tego, że wystąpiła po deserach. Nic nie przyćmiło jej godnego wystąpienia. Już wkrótce powtórka…

Miło było przypomnieć sobie, że gospodyni domowa brzmi dumnie. Zarządzanie ludzkim apetytem, dyrygowanie smakami i przyjemnością a także odpowiedzialność za zdrowie mas sprawia, że nie wstydzimy się tego pojęcia. Do współpracy zapraszamy wszystkich domowych gospodarzy, zarówno małych jak i dużych. Niech niesie Was fantazja i poczucie bycia potrzebnym. Smacznego i wspólnego!

Zapraszamy do korzystania z przepisów kryjących się pod linkami.

Photo by Iza