Pamiętam smak tamtych warzyw, zapach niedzielnych ciast, ekscytację związaną ze zdobieniem sałatek jarzynowych i pustkę w lodówce, z której wprawne ręce mamy potrafiły wyczarować tak wiele. Ale czy na pewno pamiętam? Czy może jednak pamięć z zasady płata nam figle i tworzy nowe obrazy, idyyliiczne, nijak nie przystające do nijakiej wszak rzeczywistości. Trudno dojść do prawdy taplając się w smakowitych wspomnieniach. Nasza pamięć nie godzi się na nijakość i odcienie szarości, niezależnie od tego jak to naprawdę było z kuchnią PRL muszę przyznać. że czasem tęsknię. A Wy?

„Kuchnia Pełna Cudów” Marii Terlikowskiej bestseller lat 70-tych, lektura szkolna i jedyna w swoim rodzaju propozycja na peerelowskim rynku wydawniczym, trafia w nasze ręce po cyfrowym tuningu. Wydana z niedającym się ukryć szacunkiem dla oryginału i nieskrywaną nostalgią za tym co było i minęło uruchamia falę wspomnień. Kto miał ją w ręku? Kto robił myszki z jajeczek, krokodyla z ogórka lub bałwanka z twarożku? Ja! Ja robiłam!

Kuchnia Pełna Cudów przypomina do złudzenia świat dziecka, pełno tu radości z prostych rzeczy, mocy wyobraźni i wielki, ogromny wręcz apetyt na zabawę. Napisana ładnym, przystępnym językiem, zilustrowana mistrzowsko przez Ewę Salamon (uczennicę Szancera) stanowi bezpośrednie zaproszenie do wspólnych igraszek przy gotowaniu. Dziś też lubimy bawić się w kuchni, ta rzecz się nie zmieniła. Bo wiele innych uległo zmianie diametralnej zmianie…

Rodzina Kowalskich, o której kulinarnych zmaganiach opowiada książeczka, zazwyczaj niewiele ma w lodówce. A jednak jada barwnie i fantazyjnie. Toż to rzeczywiście istne cuda! Te same produkty przewijają się prze wszystkie dania klecone sprytnymi rączkami pociech Kowalskich w ramach ich skromnego i jakże radosnego DIY. Mama, w gotowości i oddaniu, stoi na straży ich doświadczeń i wcale, ale to wcale nie martwi się, że coś zniszczą lub pobrudzą lakierowane na wysoki połysk fronty szafek. Mama, Dorota Kowalska, nie ma takich szafek i wie, że wspólne gotowanie z Justynką i Tomkiem to doskonały sposób na spędzenie czasu z dziećmi. Niewymuszony i naturalnie wpisany w rytm życia rodziny. Ach, ten rytm. Niespieszny, wręcz ślimaczy. Dzieci nie przesiadują do ciemnej nocy na zajęciach dodatkowych, a rodzice wracają z pracy tak około szesnastej… Zazdrość! Tylko tata tak rzadko wchodzi do kuchni!

Mama Dorota z lat 70-tych XX wieku wie, że dzieci należy wdrażać w życie domowe pełne wszelkich obowiązków. Dzieci pozbawione obowiązków gnuśnieją i zatapiają się w mrocznym świecie lenistwa i samotności. Nie uczą się wszak odpowiedzialności za bliskich i siebie. Dzieci w kuchni to wyzwanie, ale i konieczność.  A czy mama Dorota z 2017 to wie? A mama Kasia, Ania, Iza, Jola? Czy pozwalają swoim dzieciom gotować?

Najbardziej chyba niesamowite, z punktu widzenia człowieka żyjącego dziś, jest to, że nikt tam się nie przejmuje cukrem, glutenem, GMO czy sztucznymi barwnikami. Może nie za dużo ich w skromnym asortymencie pustych sklepów, do których przychodzi się w jednym celu: najważniejsze jest zdobycie jedzenia. Kraina niewinności czy królestwo kulinarnych konieczności? Świat ograniczeń czy wręcz przeciwnie, możliwości. Czymkolwiek był ten świat uczył nas korzystania z tych niewielu dostępnych opcji produktowych i czarowania z nich istnych cudów.

Dorota Kowalska z dumą oświadcza:

„– Nie kupiłam dziś sera, bo w naszym sklepie był tylko chudy i trochę kwaśny – powiedziała mamusia. – Za to dostałam wspaniałe parówki. Spójrzcie! …”

Dostałam! Zdobyłam! Veni, vidi, vici! To były wyzwania! Nikt na pewno nie zaglądał wtedy darowanej parówce w zęby. Brał co dawali i cieszył się, że może udać się wyczarować z tych kilku rzeczy jakieś cuda. Kto by dziś spojrzał na parówki Doroty Kowalskiej gdy w sklepach ze zdrową żywnością regały uginają się od paróweczek ekologicznych, sojowych, drobiowych w ilościach nie do przejedzenia. A wtedy były po prostu parówki, na które ja, już jako dziecko patrzeć nie chciałam, a dziś jako dorosła wegetarianka wspominam je z dreszczykiem emocji. Co myśmy wtedy zjadali!

Jajka, twarożek, marchewka, kiełbasa, groszek, majonez, papryka, ser żółty, grzybki marynowane… I właściwie to już wszystko. No może prawie wszystko, ale zapewniam Drogich Państwa, że niewiele więcej. A jednak się gotowało, i to jak się gotowało! Bo powiedzcie, tak szczerze, czy ktoś z Was chodził wtedy głodny?

„Kuchnia pełna cudów” inspiruje. Ta niewielka, urocza książeczka to dobrze działająca machina czasu, która uruchamia pokłady wspomnień i apetyt na nieskomplikowaną kuchnię i takiż świat. To również wspaniały pretekst do zabawy, przypominający nam  o tym, że warto wdrażać nasze pociechy w to co dzieje się w kuchni. To idealny przewodnik po radosnej, kreatywnej, nie lękającej się ograniczeń zabawie  dla najmłodszych. Aż wreszcie pretekst do refleksji nad naszym, pełnym możliwości życiem, z ktorego tak wielu nie może lub nie chce skorzystać. Jakże smutne jest to, że w odróżnieniu od Kowalskich, większość z nas po prostu nie ma czasu…

IS

A oto  kulinarne DIY razemsmaczniej.pl. Zupełnie w stylu Kowalskich!

Straszne Burgery

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Kuchnia Pełna Cudów”

autorka – Maria Terlikowska,

ilustratorka – Ewa Salamon

Wydawnictwo Axis Mundi, Warszawa 2017